
Podłączasz do gniazda zapalniczki, parujesz z telefonem, ustawiasz wolną częstotliwość w radiu i gotowe. Transmitery FM to zbawienie dla kierowców starszych aut. Kontrola państwowego regulatora wykazała jednak, że producenci nagminnie lekceważą przepisy radiowe. Większość modeli to szkodliwy szmelc.
Transmiter FM to genialny wynalazek, który ratuje właścicieli starszych samochodów przed nudą i kosztowną wymianą radia. Problem w tym, że to miniaturowy nadajnik radiowy, który musi spełniać surowe normy. Kontrolerzy UKE wzięli pod lupę urządzenia znanych marek i ujawnili skalę technicznych nieprawidłowości.
Tani gadżet z gniazda zapalniczki na celowniku UKE
Kto z nas tego nie zna: wsiadasz do leciwego auta, przekręcasz kluczyk i gra ci tylko radio, bo CD też dawno umarło, odtwarzacz kaset nie działa, co nie jest problemem, bo i tak nie masz kaset. Wymiana całego panelu na nowoczesną stację z dotykowym ekranem to często wydatek rzędu kilkuset lub nawet kilku tysięcy złotych – gra niewarta świeczki w aucie wartym niewiele więcej.
Zbawieniem jest transmiter FM z modułem Bluetooth. Kosztuje kilka dyszek, wtyka się go w gniazdo zapalniczki, łączy ze smartfonem, a sygnał z telefonu przesyła na wolnej fali radiowej wprost do fabrycznych głośników.
Problem w tym, że wtykając transmiter do zasilania, instalujemy w samochodzie prawdziwy nadajnik radiowy. A nadajniki podlegają w Polsce skomplikowanym przepisom. Sprawę postanowił zbadać Urząd Komunikacji Elektronicznej (UKE) – i wyniki tej kontroli mogą mocno zaskoczyć.
Na marginesie: warto pamiętać, że odbiornik w samochodzie też podlega obowiązkowi rejestracji.
Laboratorium UKE: większość modeli oblała egzamin
Pracownicy Departamentu Kontroli UKE wzięli na warsztat 10 losowo wybranych, popularnych modeli transmiterów FM, które były dostępne w polskich sklepach stacjonarnych i internetowych. Sprawdzano nie tylko papiery i oznaczenia CE, urządzenia zabrano też do Centralnego Laboratorium Badań Technicznych UKE.
Większość przetestowanych modeli nie spełniała wymogów. W efekcie interwencji Prezesa UKE 6 modeli transmiterów FM wycofano z obrotu, w 2 modelach producenci musieli poprawić braki formalne. Tylko 2 były w porządku: Savio TR-14 oraz Savio TR-15. Te urządzenia przeszły testy wzorowo – spełniły zarówno wymogi formalne, jak i techniczne w laboratorium.
Problemy miały urządzenia popularnych marek:

Problem nie dotyczy zresztą tylko transmiterów. Szokujące wyniki testów wskazują, że produkty z Temu i Shein, które masowo trafiają do polskich domów i samochodów, bywają bardzo niebezpieczne.
Dlaczego zły transmiter to nie tylko sprawa urzędu?
Źle zaprojektowane urządzenia to realny problem dla użytkownika i otoczenia. Transmiter bez odpowiednich filtrów elektromagnetycznych (jak w przypadku wykazanym przez UKE w modelu Vakoss) potrafi generować pisk i trzaski nie tylko w głośnikach. Zdarza się, że zakłóca działanie fabrycznych czujników cofania, wariuje wskaźnik temperatury albo całkowicie odcina zasięg CB-radia.
Jeśli urządzenie emituje sygnał o zbyt dużej mocy lub na niewłaściwych częstotliwościach, kierowca stojący obok ciebie na światłach zamiast wiadomości radiowych może usłyszeć w swoich głośnikach twoją rozmowę telefoniczną albo playlistę.
Warto przy okazji przypomnieć, po co w ogóle sięgamy po takie rozwiązania. Bezprzewodowe połączenie z głośnikami pozwala odłożyć smartfon, a to istotne, bo – jak opisywaliśmy – policja wlepia mandat w wysokości nawet 3000 zł za korzystanie z nawigacji, jeśli trzymamy telefon w ręku.
UKE radzi, na co zwrócić uwagę przed zakupem
Transmiter FM wciąż pozostaje genialnym, budżetowym ratunkiem dla starszych samochodów. Aby jednak nie kupić niebezpiecznego elektrośmiecia, warto trzymać się kilku prostych zasad:
Ta sama zasada z oznaczeniem CE dotyczy zresztą całej masy samochodowych akcesoriów. Pokazywaliśmy to na przykładzie kontroli Inspekcji Handlowej w poradniku jak kupić okulary przeciwsłoneczne, gdzie zakwestionowano 10 z 15 badanych modeli.






