
Rząd przegrywa narracyjną bitwę o to, kto ma rację ws. TK. I robi to na własne życzenie, bo choć racjonalne argumenty były po jego stronie, to ekipa Donalda Tuska wybrała drogę cwaniacką. Nawet w szeregi politycznych "normalsów" w miniony weekend wkradły się niepokój i rozczarowanie. Podstawowym błędem premiera była zła ocena sytuacji, zwłaszcza niedocenienie tego, co może zrobić prezydent.
Tusk miał plan. Myślał, że sprytny
Na papierze plan Donalda Tuska wyglądał nawet sprytnie. Jest końcówka października, Polacy są zajęci halloweenowo-zadusznym weekendem, jedni w głowie mają przebieranki i cukierki zbierane przez ich dzieci, inni pakują się do podróży na groby bliskich, mało kto ma czas i ochotę na przeglądanie nagłówków.
Do tego Karol Nawrocki akurat udaje się w podróż do Senegalu, więc możliwości jego działania będą ograniczone. Dodatkowo jest szansa na ograniczenie ewentualnej presji zza oceanu, wszak Donald Trump ma na głowie wybory połówkowe. Dlatego premier uznał, że w sprawie Trybunału Konstytucyjnego czas działać. I swojej prawej ręce, dziś sędziemu TK Maciejowi Berkowi, dał sygnał do działania.
Co się wydarzyło potem - doskonale wiemy. Wydarzenia pod Trybunałem Konstytucyjnym błyskawicznie rozniosły się nie tylko po Polsce, ale i po całym świecie. Media, nie tylko prawicowe, pisały o chaosie i oskarżeniach o zamach stanu. Coś, co do tej pory interesowało już jedynie koneserów wymiaru sprawiedliwości i politycznych fanatyków obu stron, nagle zaczęło trafiać pod strzechy, za sprawą niepokojących komunikatów o kordonach policji i przepychankach.
A najmocniej zadziałał sygnał o tym, że prezydent Karol Nawrocki nakazał zawrócić samolot lecący do Afryki. Tego Donald Tusk się nie spodziewał. I między innymi dlatego powinien żałować, że podjął w piątek taką, a nie inną decyzję.
Akcje pod osłoną nocy źle się kojarzą
Bo to, co premierowi wydawało się chytrym planem, przez sporą część opinii publicznej zostało odebrane w zupełnie inny sposób. Interwencje służb wykonywane pod osłoną nocy, i to w okresie świątecznym, kojarzą się bowiem Polakom źle. Tak przez osiem lat często działał rząd PiS.
Sam rząd Tuska też raz się na coś podobnego zdecydował, kiedy to przez Bożym Narodzeniem 2023 roku przy pomocy służb przejęto TVP. I wtedy wywołało to chaos porównywalny z tym, co dzieje się obecnie przy Trybunale Konstytucyjnym i szybko zakończyło miesiąc miodowy Koalicji 15 Października. Jak widać, nie wyciągnięto z tego żadnej nauczki.
Przejmowanie instytucji w piątkowy wieczór od razu budzi bowiem wątpliwości co do tego czy inicjatorzy takiego działania na pewno mają dobre intencje. W latach 2015-2023 ówczesna opozycja słusznie podobne nocne działania rządu PiS (jak zaprzysięganie sędziów-dublerów) nazywała tchórzostwem. Dziś sama musi mierzyć się z takimi zarzutami.
W dodatku po drugiej stronie stoi polityk, który swoim nagłym powrotem podwyższył stawkę całego sporu. Jestem przekonany, że gdyby prezydentem nadal był Andrzej Duda, to tylko bezradnie rozłożyłby ręce i wysłałby z Senegalu słowa oburzenia. Ale nie Karol Nawrocki, dla którego polityczna walka z Donaldem Tuskiem jest absolutnym priorytetem.
Problemem dla Tuska jest też kilkusekundowy film nagrany przez Macieja Berka na wejściu do Trybunału Konstytucyjnego. Choć przepychanie się prezydenta Karola Nawrockiego z sędziami szybko zostało przez polityków koalicji rządzącej porównane do chuligańskiej przeszłości głowy państwa, to na wielu ludziach to wideo mogło zrobić inne wrażenie. Jasne, że prezydent nie miał prawa ot tak sobie wejść do siedziby instytucji, ale w oczach przeciętnego odbiorcy jest to sprawa drugorzędna.
Ważniejsza jest bowiem nietykalność pierwszej osoby w państwie, która w oczach sporej części elektoratu została naruszona. Efekt jest taki, że po weekendzie wiele osób będzie kojarzyło Karola Nawrockiego z jego nagłym powrotem do kraju i przepychankami na wejściu TK, a nie z tym, że tak naprawdę to on doprowadził do tego impasu.
Zobacz także
Akcja pod TK jak granat wybuchający w ręku
Nie mogę zrozumieć dlaczego rząd postanowił rozegrać to w tak kunktatorski sposób. Zdecydowana większość prawnych argumentów była przecież po jego stronie. To przecież Karol Nawrocki swoim jawnie bezprawnym działaniem uniemożliwia prawidłowo wybranym sędziom objęcie urzędów. To jego polityczne środowisko zniszczyło Trybunał Konstytucyjny.
A obecny Trybunał Konstytucyjny jest wydmuszką wypełnioną ludźmi, którzy nie załatwiają spraw ważnych dla obywateli, a działają głównie wtedy, gdy wymaga tego polityczny interes Bogdana Święczkowskiego i jego sojuszników. Mając w rękach te wszystkie argumenty Tusk wybrał akcję pod osłoną nocy, która okazała się granatem wybuchającym w rękach rzucającego.
Po cichu liczyłem, że premier w swoim sobotnim orędziu skupi się mniej na polityce, a bardziej na faktycznym uzasadnianiu tego, dlaczego do interwencji w trybunale doszło. To był na to idealny moment, przejęci sprawą ludzie naprawdę czekali na to wystąpienie.
I zamiast opowiedzieć o tym, jakie ważne dla Polaków sprawy są blokowane przez Święczkowskiego i jego ludzi, Donald Tusk zarzucił społeczeństwo ogólnikami o agresji, łamaniu praworządności i graniu opozycji na rzecz Putina. Widać było po tym orędziu, że plan premiera nie poszedł tak, jak się tego spodziewał jego pomysłodawca.
Tymczasem weekend się skończył, Polacy wracają do codzienności i śledzenia tego, co dzieje się w kraju, a sprawa Trybunału Konstytucyjnego jest nadal tematem numer jeden. Z całą pewnością zdominuje ona nadchodzący tydzień, choćby z uwagi na nadzwyczajne zgromadzenie sędziów Sądu Najwyższego czy zwołaną jeszcze przez piątkowymi wydarzeniami przez prezydenta Radę Bezpieczeństwa Narodowego.
Premier i jego ekipa zaczynają go w defensywie. Odwrócić narrację będzie im bardzo trudno. Choć pamiętajmy, że PiS i jego najbardziej radykalni zwolennicy już wiele razy potrafili swoją nadgorliwością ośmieszyć sprawę, o którą walczą. Tusk pewnie na to liczy. Ale to trochę za mało jak na sprawę o tak potężnym kalibrze.




