Iliana Jotowa
Iliana Jotowa wygrała wybory prezydenckie w Bułgarii. Fot. Shutterstock.com / Anton Chalakov

Iliana Jotowa wygrała wybory prezydenckie w Bułgarii, obiecując, że będzie prezydentką pokoju. Kampania wyborcza pokazała jednak, jak bardzo podzieleni są Bułgarzy w kwestii wojny w Ukrainie oraz dronów na Morzu Czarnym.

REKLAMA

– Wybieramy między wojną a pokojem – powiedział wyborcom bułgarski premier Rumen Radew przed drugą turą wyborów prezydenckich, która odbyła się w niedzielę, 1 listopada. Zmierzyli się w niej urzędująca prezydent Iliana Jotowa – przeciwniczka pomocy wojskowej dla Ukrainy, opowiadająca się za dialogiem z Rosją – oraz były tymczasowy premier Andriej Giurow, postrzegany jako zdecydowany zwolennik Europy i Ukrainy.

Słowa te jasno wskazywały, że niedzielna dogrywka stała się swego rodzaju referendum w sprawie polityki zagranicznej kraju oraz jego stanowiska wobec wojny w Ukrainie.

Teraz, gdy znane są już oficjalne wyniki, Radew twierdzi, że Bułgarzy opowiedzieli się za pokojem. Wybory zdecydowania wygrała Jotowa, zdobywając 57,6 proc. głosów wobec 39,5 proc. dla Giurowa. Czy jednak sprawa jest aż tak prosta?

Zaskoczenie w pierwszej turze

Gdy 25 września w Bułgarii rozpoczęła się kampania prezydencka, wynik wydawał się przesądzony: Iliana Jotowa prowadziła w sondażach z poparciem 44,5 proc. Jej główny rywal, Andriej Giurow, pozostawał daleko w tyle z wynikiem 26,1 proc.

Jotowa cieszyła się poparciem zarówno premiera, jak i jego partii – Postępowa Bułgaria – która w wyborach parlamentarnych 19 kwietnia zdobyła bezwzględną większość.

Pierwsza tura okazała się jednak znacznie bardziej wyrównana niż przewidywano.

Podczas gdy Jotowa uzyskała w pierwszej turze 34,8 proc. głosów, Giurow był tuż za nią z wynikiem 31,95 proc., co oznaczało konieczność przeprowadzenia drugiej tury wyborów.

Zdecydowane zwycięstwo, wyraźny podział

Choć w drugiej turze Jotowa odniosła przekonujące zwycięstwo, zarówno kampania, jak i jej wynik pokazały, że bułgarski elektorat jest podzielony. Podział ten ma charakter zarówno pokoleniowy, jak i geograficzny – wyjaśnia Dimitar Ganew, socjolog i politolog z agencji badań rynkowych i wyborczych Trend.

– Młodsi wyborcy – w wieku od 18 do 40 lat – popierają Giurowa. Osoby po czterdziestce częściej opowiadają się za Jotową – mówi Ganew w rozmowie z DW. – Wygląda również na to, że Giurow dominuje w stolicy, Sofii. Z kolei w mniejszych miastach regionalnych, pozostałych miejscowościach i na wsiach zdecydowaną przewagę ma Jotowa – dodaje ekspert.

"Prezydent pokoju"

Podział ten był widoczny także w trakcie kampanii wyborczej.

Podczas gdy Andriej Giurow w swojej kampanii polegał głównie na mediach społecznościowych, Jotowa zdecydowała się przemawiać przede wszystkim do zwolenników Postępowej Bułgarii zgromadzonych salach.

Podczas takich spotkań kwestia wojny w Ukrainie zawsze zajmowała ważne miejsce.

– Dopóki jestem prezydentem – jeśli obdarzycie mnie zaufaniem – ani jeden bułgarski żołnierz nie pojedzie na Ukrainę – zadeklarowała Jotowa na wiecu wyborczym 6 października. Słowa te padły, mimo że zgodnie z bułgarską konstytucją to parlament – ​​a nie prezydent – ​​posiada uprawnienia do wysyłania wojsk za granicę czy wypowiadania wojny.

Przez cały okres kampanii Jotowa nazywała swoich przeciwników "podżegaczami wojennymi", a samą siebie określała mianem "prezydent pokoju".

– Wygraliśmy, ponieważ rozmawialiśmy z ludźmi o dochodach i o pokoju – powiedziała Jotowa po wyborach. Kwestia Rosji i Ukrainy była istotnym tematem kampanii.

Pod tym względem Jotowa jest podobna do byłego prezydenta i obecnego premiera Rumena Radewa.

W odniesieniu do Ukrainy Radew regularnie mówi o potrzebie pokoju i unika nazywania Rosji "agresorem". Zarówno Radew, jak i Jotowa sprzeciwiają się udzielaniu pomocy wojskowej Ukrainie oraz krytykują europejskich przywódców za to, że nie podejmują wystarczających starań, by nawiązać dialog z rosyjskim prezydentem Władimirem Putinem.

Giurow natomiast ostro krytykował rosyjską agresję na Ukrainę. Mianowany w lutym przez Jotową na stanowisko premiera rządu tymczasowego, podpisał w marcu umowę o współpracy w dziedzinie bezpieczeństwa z Ukrainą, co spotkało się z dezaprobatą zarówno Jotowej, jak i Radewa.

Skutki ataków dronów na Morzu Czarnym

W tygodniach poprzedzających wybory u wybrzeży Bułgarii doszło do ataków dronów na kilka statków znajdujących się na Morzu Czarnym. Rada Europejska skrytykowała Rosję za eskalację, a Parlament Europejski wezwał UE oraz państwa członkowskie do "rozważenia rozmieszczenia unijnej operacji morskiej" w tym rejonie.

Premier Radew nie był jednak aż tak jednoznaczny – ograniczył się jedynie do wezwania rosyjskiego ambasadora i stwierdzenia, że ​​"logika podpowiada, iż skutki ataków na Morzu Czarnym są korzystne dla Federacji Rosyjskiej".

Zaledwie kilka dni przed drugą turą wyborów zauważył, że "dwa statki zostały trafione i zatopione na wodach terytorialnych Rumunii" – miało to miejsce już po tym, jak Rumunia wskazała Rosję jako odpowiedzialną za ataki na Morzu Czarnym.

– Wiele osób uważa, że ​​gdy tylko agresor zostanie zidentyfikowany, ataki ustaną – powiedział, bagatelizując odpowiedzialność Kremla. Jego słowa spotkały się z krytyką ze strony rumuńskich polityków i mediów.

Jotowa również nie wskazała Rosji jako sprawcy. W trakcie kampanii stwierdziła, że ​​nie chce widzieć "obcych flag w Bułgarii" – co było wyraźnym nawiązaniem do flagi ukraińskiej, wywieszonej przed kilkoma bułgarskimi instytucjami w geście solidarności z krajem dotkniętym wojną.

Jak głosowali inni wyborcy?

Większość partii opozycyjnych, w tym prawicowo-konserwatywna partia GERB, której przewodzi wieloletni były premier Bojko Borisow, odmówiła wystawienia własnego kandydata na urząd prezydenta. Jest to jeden z powodów, dla których niedzielna frekwencja wyborcza wyniosła mniej niż 30 procent.

W pierwszej turze prorosyjski kandydat Kostadin Kostadinow z nacjonalistycznej partii Odrodzenie zajął trzecie miejsce, uzyskując 12,5 proc. głosów. Według Dimitara Ganewa około 70 proc. wyborców tej partii poparło Jotową w drugiej turze.

Aby zapewnić sobie ich głosy, Jotowa skierowała swój przekaz do wyborców o poglądach prorosyjskich.

– Rosja w żadnym wypadku nie jest wrogiem Bułgarii – stwierdziła w wywiadzie udzielonym w podcaście zaledwie dwa dni przed drugą turą wyborów, dodając: – Rosja jest częścią naszej historii i mam wielką nadzieję, że będzie kluczowym elementem przyszłej architektury bezpieczeństwa w Europie, także dla nas.

W dniach poprzedzających głosowanie niektórzy z jej zwolenników zaczęli twierdzić, że opozycja przygotowuje "Majdan" – nawiązując do ukraińskiej rewolucji z 2014 roku, która doprowadziła do obalenia prezydenta Wiktora Janukowycza, polityka blisko związanego z Moskwą.

– Wszyscy poplecznicy Giurowa otwarcie mówią o nieuchronnych protestach. Wykorzystują czas największej oglądalności, by wywołać „Majdan”. Każdy z nich – napisała w niedzielę na Facebooku Sonia Momcziłowa, powołana do organu regulującego media przez Radewa.

Podobne tezy stawiali również premier Węgier Viktor Orbán oraz prezydent Serbii Aleksandar Vučić przed tegorocznymi wyborami w swoich krajach.

Bułgaria w UE i NATO

– Twierdzenie, że pani Jotowa będzie "prezydentem pokoju", jest bezpośrednio powiązane z podsycaniem lęku przed wojną – stwierdził były minister obrony Todor Tagarew, członek komitetu, który wysunął kandydaturę Andreja Giurowa na urząd prezydenta. – Pod jej rządami pozycja Bułgarii w Europie i NATO uległaby znacznemu pogorszeniu – powiedział w wywiadzie telewizyjnym.

Z kolei Dimitar Ganew nie dostrzega zagrożenia dla zaangażowania Bułgarii w struktury UE i NATO. – Ponad dwie trzecie Bułgarów nie kwestionuje geopolitycznego kursu kraju, a około dwie trzecie z nich pozytywnie odnosi się do Unii Europejskiej – powiedział w rozmowie z DW.

Jednak stanowisko Radewa i Jotowej – przez wielu postrzegane jako niejednoznaczne – zmobilizowało zarówno obóz proeuropejski, jak i wyborców eurosceptycznych, którzy według Ganewa stanowią około jednej trzeciej społeczeństwa.

Zdaniem premiera Rumena Radewa i prezydent Iliany Jotowej, w wyborach prezydenckich Bułgarzy opowiedzieli się za pokojem. Mimo to wojna trwa nadal.

Autor: Aleksander Detew, Deutsche Welle