GROM i służby specjalne pod granicą z Królewcem - ilustracja
Pod granicą z rosyjskim obwodem królewieckim zaroiło się od polskiego wojska i służb specjalnych. Fot. naTemat.pl

Kontrterroryści, wojsko i dodatkowe patrole na pograniczu. Co naprawdę dzieje się przy granicy z obwodem królewieckim? – Każdy, kto na niej nie był, powinien tam pojechać i zobaczyć, jakwygląda: zasieki z drutu kolczastego, drogi dojazdowe, kamery i cała infrastruktura wspierająca. To nie jest granica, na której stoją tylko słupki. Nie dajmy się zwariować – mówi naTemat dr hab. Daniel Boćkowski, prof. UwB, ekspert ds. bezpieczeństwa.

REKLAMA

Obwód królewiecki jest w ostatnich dniach odmieniany przez wszystkie przypadki. Mówi się o nim w lokalnych sklepach, na ulicach i w głównych wydaniach serwisów informacyjnych. Wszystko za sprawą wzmożonej aktywności służb w rejonie granicy z rosyjską enklawą. Na drogach pojawiło się więcej mundurowych. Widać policyjne patrole, funkcjonariuszy Straży Granicznej i wojskowe pojazdy. W operację zaangażowano również policyjnych kontrterrorystów oraz służby specjalne.

Operacja została zainicjowana przez Komendę Główną Policji. W jej realizację włączono także Komendę Wojewódzką Policji w Olsztynie i Komendę Wojewódzką Policji w Białymstoku.

Obecność dodatkowych sił z dnia na dzień zmieniła krajobraz sennych dotąd przygranicznych miasteczek. Taki widok nie pozostaje bez wpływu na mieszkańców. O bezpieczeństwie rozmawia się dziś w wielu domach, a wraz z kolejnymi przejeżdżającymi kolumnami mundurowych powraca pytanie: z jakim zagrożeniem faktycznie się mierzymy?

Czy rzeczywiście mamy się czego obawiać?

"To nie jest granica, na której stoją tylko słupki"

– Obwód królewiecki jest szczególnym punktem na mapie bezpieczeństwa. To terytorium Federacji Rosyjskiej, otoczone właściwie z każdej strony państwami NATO i Unii Europejskiej. Nazywa się go niezatapialnym lotniskowcem i rzeczywiście zawsze będzie stanowił pewnego rodzaju zagrożenie – mówi dr Bartosz Maziarz, ekspert ds. bezpieczeństwa.

Widok dodatkowych patroli, wojskowych pojazdów i policyjnych furgonetek w sennych dotąd przygranicznych miasteczkach może budzić niepokój

Ekspert przestrzega jednak przed nakręcaniem spirali strachu. Jak zauważa, opinia publiczna zna jedynie fragment obrazu sytuacji, przedstawiony w oficjalnym komunikacie Komendy Głównej Policji.

– Tego typu działania są czymś, jakkolwiek dziwnie by to nie zabrzmiało, naturalnym, biorąc pod uwagę specyfikę konfliktu hybrydowego. Przygotowujemy się na różnego rodzaju zagrożenia, choć trudno powiedzieć, jakie konkretnie – wyjaśnia.

Ograniczona wiedza opinii publicznej nie oznacza jednak, że służby działają po omacku. Maziarz przypomina, że informacje wywiadowcze nie są przeznaczone do publicznego obiegu. Ujawnianie szczegółów prowadzonych działań mogłoby bowiem przynieść więcej szkody niż pożytku i zwrócić uwagę przeciwnika na to, co powinno pozostać tajemnicą.

– Działania służb lubią ciszę. Im mniej informacji na ten temat, tym my sami jako obywatele jesteśmy bezpieczniejsi, a służby mogą dzięki temu bardziej efektywnie wykonywać swoją robotę – podkreśla.

Podobnie uważa dr hab. Daniel Boćkowski, prof. UwB, ekspert ds. bezpieczeństwa. Zwracam jednak uwagę, że to sam premier poinformował o osobach z latarkami przy granicy. Czy obywatele nie mieli więc prawa poczuć niepokoju?

– Pan premier czasami powinien wziąć landrynkę – rzuca ironicznie ekspert.

Boćkowski zauważa, że w tym samym czasie nałożyło się na siebie kilka wydarzeń: kryzys konstytucyjny, zwołanie posiedzenia Rady Bezpieczeństwa Narodowego, doniesienia o "ludziach z latarkami" i alarm bombowy dotyczący samolotu, który lądował w Warszawie oraz analogiczne w przypadku z kilku innych krajów. Jego zdaniem nie należy jednak wyciągać z tego alarmistycznych wniosków. Przypomina, że polska granica z obwodem królewieckim jest dobrze zabezpieczona.

– Każdy, kto nie był na tej granicy, powinien tam pojechać i zobaczyć, jak ona wygląda: zasieki z drutu kolczastego, drogi dojazdowe, kamery i cała infrastruktura wspierająca działanie Straży Granicznej. To nie jest granica, na której stoją tylko słupki. Nie dajmy się zwariować – podkreśla.

Sonda

Czy obawiasz się jakiejś formy ataku Rosji na Polskę?

... odpowiedzi

Ekspert zwraca też uwagę na siłę politycznych komunikatów. Jak zauważa, wypowiedzi dotyczące zagrożeń mogą wzmacniać zaufanie do rządu, ale jednocześnie potęgować niepokój społeczny. W atmosferze napięcia każda kolejna informacja może być odbierana jako sygnał poważnego zagrożenia.

Boćkowski przekonuje, że takich incydentów nie należy utożsamiać z ryzykiem rosyjskiej inwazji.

– Na Podlasiu aktualnie nikt nie boi się, że wjadą rosyjskie czołgi – zauważa.

Nie oznacza to jednak, że zagrożenie ze strony Rosji można bagatelizować. Niepokój mogą budzić przede wszystkim działania dywersyjne, prowokacje i dezinformacja. Eksperci podkreślają, że wszystkie te aktywności wpisują się w szerszą strategię.

– Dywersja, ataki terrorystyczne, działania dezinformacyjne – wszystkie te elementy wpisują się w dzisiejszy konflikt hybrydowy. Dywersja jest jednym z jego narzędzi i niestety należy się spodziewać takich działań zarówno w Polsce, jak i w innych krajach Unii Europejskiej – mówi Maziarz.

Profesor Boćkowski zwraca jednak uwagę, że w rosyjskich operacjach nie zawsze chodzi o sam fizyczny incydent. Równie ważne jest wywołanie niepewności, chaosu informacyjnego i poczucia zagrożenia.

– Rosji udaje się nas przestraszyć? – dopytuję.

– Bardzo często. Przez pół dnia zastanawiamy się, co właściwie chcieli osiągnąć, a kiedy reagujemy, oni z kolei twierdzą, że to oni są zagrożeni. Bo przecież ich opancerzone gołąbki noszą w dzióbkach gałązki oliwne – ironizuje.

Jak wyjaśnia, rosyjska strategia polega między innymi na prowokowaniu reakcji, uruchamianiu naszych procedur i wykorzystywaniu później tych działań do budowania własnej narracji.

– Rosyjska zabawa polega na tym, żeby nic nie zrobić albo wypuścić jakieś hasło, podrzucić człowieka z latarką, uruchomić nasze procedury alarmowe, a potem ogłaszać, że Polska prowokuje Rosję, organizuje manewry przy granicy, ściąga policję i podejmuje różne złe działania. W ten sposób wykorzystują obrazy, informacje i dane pochodzące od nas – tłumaczy.

Wojska specjalne są ostrzem tego miecza

Próbowałam dowiedzieć się w Komendzie Głównej Policji, co dokładnie dzieje się na przygranicznych terenach i jakie zadania mają zaangażowane tam służby.

"Nie możemy ujawniać szczegółów"- usłyszałam w odpowiedzi.

W biurze prasowym odesłano mnie do wywiadu komendanta głównego policji gen. insp. Marka Boronia w RMF FM.

Z rozmowy z RMF FM wynika, że decyzję o uruchomieniu operacji podjęto po otrzymaniu sygnałów od Służby Wywiadu Wojskowego i służb sojuszniczych. Dotyczyły one możliwości wystąpienia prowokacji lub aktów sabotażu na granicy z obwodem królewieckim. Jak podkreślał komendant główny policji gen. insp. Marek Boroń, operacja ma charakter prewencyjny.

Ciąg dalszy tekstu poniżej

O charakter zaangażowania wojsk specjalnych zapytałam również ppłk. Mariusza Łapetę, rzecznika prasowego Dowództwa Komponentu Wojsk Specjalnych. Jak wyjaśnia, w rejonie obwodu królewieckiego nie działa wyłącznie GROM. I zapewnia, że obecność żołnierzy wiąże się z cyklicznymi szkoleniami.

– Żołnierze wojsk specjalnych biorą udział w różnego rodzaju cyklicznych, programowych zajęciach. Akurat w tym czasie i miejscu odbywają się one blisko naszej granicy z sąsiadem. Przygotowujemy się po to, żeby być gotowym na różnego rodzaju zdarzenia i nieprzyjemne niespodzianki. To właśnie robimy przez 24 godziny na dobę, siedem dni w tygodniu – tłumaczy ppłk Łapeta.

Jak dodaje, wojska specjalne są kierowane w różne rejony, szczególnie te niebezpieczne. Decydują o tym specyfika służby i specjalistyczne przygotowanie żołnierzy, którzy muszą przejść wymagającą selekcję.

– Wojska specjalne są ostrzem tego miecza. Gdziekolwiek coś się dzieje, tam zawsze są na pierwszej linii frontu – mówi rzecznik.

Podkreśla jednak, że skuteczność wojsk specjalnych nie opiera się na działaniach jednej jednostki. GROM ma swoją specjalizację, ale jego działania uzupełniają inne formacje. NIL zapewnia obserwację z powietrza, a AGAT wspiera pozostałe jednostki bojowo.

– To wszystko jest względem siebie komplementarne i może być skuteczne tylko wtedy, kiedy współpracujemy jako cały komponent wojsk specjalnych. Nieustannie doskonalimy nasze umiejętności i uczestniczymy w ćwiczeniach. Taka jest specyfika naszej służby – tłumaczy.

Tak jak moi wcześniejsi rozmówcy, rzecznik zwraca uwagę, że wojskom specjalnym najbardziej sprzyja cisza i brak medialnego rozgłosu.

– Kiedy działamy w ciszy, w spokoju medialnym, wtedy wojska specjalne są najbardziej skuteczne. Ten aplauz, ten krzyk na pewno nie służy naszej pracy – podkreśla.

Rozmówca przestrzega również przed wyciąganiem pochopnych wniosków z obecności dodatkowych sił wojskowych. Jak zaznacza, różnego rodzaju zagrożenia towarzyszą Polsce od początku wojny w Ukrainie. Mowa nie tylko o aktach dywersji, ale również sabotażu i innych działaniach mogących zagrozić bezpieczeństwu państwa.

– Nauczyliśmy się reagować na różnego rodzaju sytuacje, które mogą nam zagrażać. Wszędzie tam, gdzie może pojawić się niebezpieczeństwo dla naszych obywateli i kraju, jesteśmy obecni i utrzymujemy pełną gotowość. To, że wojska specjalne pojawiły się w tamtym rejonie, nie wskazuje na nic niepokojącego – podsumowuje.