Ci, którzy walczą dziś z[url=http://shutr.bz/12rH5AJ] brakiem kultury[/url], stają się gatunkiem ginącym.
Ci, którzy walczą dziś z[url=http://shutr.bz/12rH5AJ] brakiem kultury[/url], stają się gatunkiem ginącym. Fot. Shutterstock.com

Rihanna spóźniła się na koncert trzy godziny? I co z tego. Spóźniamy się notorycznie, bezwstydnie wszędzie używamy telefonów komórkowych, nie odpisujemy na czas, lekceważmy niewielkie długi "pożycz na kawę", siedzimy w okularach słonecznych przy stole bez pytania, czy to komuś przeszkadza. Mamy XXI wiek, jest wolność i wolno nam więcej niż kiedyś. Nie wypada stać na straży archaicznych manier. Ci, którzy walczą z brakiem kultury, stają się gatunkiem ginącym.

REKLAMA
Atrakcyjna, 35 lat, modna fryzurka, szykowna sukienka, szpilki i niesmak wypisany na twarzy. Kolejka w supermarkecie potrafi zirytować. Pani nerwowo potupuje obcasami, rzuca pod nosem słowa, które damie nie przystoją. Jak rozładować ten niecodzienny stres? Oczywiście przez telefon! I się zaczyna 15 minut pogaduszki. O życiu, osobistych problemach i o cholernej kolejce i powolnej kasjerce. Słyszą wszyscy (kasjerka też). No może nie wszyscy, bo w kolejce podobne rozmowy prowadzi jeszcze kilka osób. Bez oporów jak 35-latka – w końcu ładnej, modnej i nowoczesnej kobiecie nikt uwagi nie zwróci. Z pewnością potrafi się zachować.
Tak... grzeczność, uprzejmość i szacunek dla innych od wieków są w cenie. Dziś nawet bardziej. Mówiąc o kulturze w przestrzeni publicznej możemy śmiało zapomnieć o tradycyjnym rozumieniu "kultury". Publiczne maniery przeszły rewolucję – niektóre przestały w ogóle obowiązywać.
Faktem jest, że obyczaje zmieniają się wraz z technologią, ale czy to usprawiedliwia brak kultury? Chyba nie powinno. Jak zauważył dr Janusz Sibora, specjalista protokołu dyplomatycznego i savoir vivre, przed I wojną światową księgi dobrego wychowania były naprawdę grube, obecnie są znacznie cieńsze. To wcale nie powód do radości. Fakt – mniej zasad do spamiętania, brak dobrych manier zawsze możemy usprawiedliwić powiedzeniem: "dziś już wypada". To trochę tak, jak z dostosowywaniem zasad pisowni pod naporem niedbałości językowej – efekt: i "(co tu) pisze" i "przyszłem (sam)" zyskują pełnoprawność. Zastanawiam się tylko, czy te "ułatwienia" rzeczywiście ułatwiają funkcjonowanie? No może łatwiej wskazać palcem ignorantów.
Spóźnieni
Rihanna, która spóźniła się na koncert w Polsce całą godzinę, zirytowała zdecydowaną większość fanów (cieszyli się co najwyżej ci, którzy sami się spóźnili). No bo jak tak można, bo brak szacunku itd. Na pewno jeszcze bardziej rozwścieczyła tych, którzy czekali na jej występ w Monte Carlo – tam piosenkarka stawiła się z trzy godzinnym poślizgiem. Najwyraźniej to już jakaś sceniczna tradycja. Złoszczenie się, wylewani żalu na Twitterze przynosi, jak widać marny skutek.
Spóźnianie należy do grupy (nie)chlubnych zasad współczesnego savoir vivre. Skoro na co dzień spieszymy się wszędzie, jesteśmy w ciągłym pędzie, to chociaż czasem można sobie na małe uchybienie pozwolić. I tak spóźniamy się na spotkania z przyjaciółmi, na obiad u rodziny, do pracy. Usprawiedliwiamy się przy tym bardzo wymyślnie. Tyle tylko, że nawet spóźnienie usprawiedliwione, tym bardziej regularnie się powtarzające, jest przejawem braku szacunku. Nic więc dziwnego, że zwolennicy punktualności są nerwowo zarumienieni, kiedy wreszcie pojawiamy się na miejscu...
Tu też ważną rolę odgrywa telefon. Wychodząc za późno zawsze możemy zadzwonić, wysłać sms-a i się zręcznie usprawiedliwić, a to że korek, a to że tramwaj uciekł. No i po kłopocie. Przyznaję, że sama tak się czasem ratuję, kiedy źle rozplanuję czas. Tyle, że to wcale nie skróci oczekiwania drugiej osoby, nie zirytuje mniej szefa czy znajomego.
W stałym kontakcie
Niezależnie od tego, czy jesteśmy na czas czy spóźnieni, jesteśmy nierozerwalni z naszym telefonem. Siedzimy z kimś na kawie czy obiedzie, ale to wcale nie oznacza, że wyłączamy telefon. Wystarczy się rozejrzeć w barze, knajpie, czy nawet drogiej restauracji – niezależnie od statusu społecznego, telefony bardzo często leżą na stole tuż obok ręki właścicieli. A jeśli nie, to są obowiązkowo w torebce, czy kieszeni spodni  – tak żeby można było je sprawnie odebrać. Przerywamy więc posiłek kiedy dzwoni, odpisujemy na sms-y – no bo "to przecież ważne".
I co z tego, że w najnowszych kodeksach towarzyskich zwraca się uwagę nawet na to, że nie wypada telefonować w czasie lunchu czy obiadu? Dla wielu to sztuczne i nadęte zasady. Tyle tylko, że lekceważmy w ten sposób nie tylko osoby, z którymi siedzimy, ale i przeszkadzamy wszystkim dookoła. Niewielu bierze to jednak pod uwagę. Tak samo, jak nie zwraca uwagi na naklejki przekreślonego telefonu i zakazu rozmów w kościołach, autobusach, muzeach. Ekspansja telefonicznych terrorystów sprawiła, że takie zakazy rozklejane są nawet w kebabach.
Nie wszyscy traktują je jednak poważnie. Chyba każdy zaobserwował charakterystycznych telefonicznych strategów (można ich spotkać np. w kościołach, kinach, teatrach, muzeach. Najpierw dyskretnie zerkają na telefon w kieszeni/torbie (jeśli byli na tyle przewidujący, że wyłączyli dźwięk), a później go odbierają i pół szeptem (później już szeptem), z ręką zasłaniającą usta, powtarzają: "nie mogę teraz rozmawiać" i tak kilka razy, aż ktoś syknie uciszająco. Są i bardziej odważni – z telefonem przy uchu próbują dyskretnie opuścić pomieszczenie, zahaczając przy okazji wszystkich po drodze. A ci, którym zwróci się uwagę np. w restauracji, są oburzeni, że ktoś im przerywa rozmowę – "Przepraszam?! Nie widzi pani, że rozmawiam przez telefon?". No widzę, widzę. Nie da się ukryć. Wszyscy widzą i słyszą. Wiemy, że w domu nie ma śmietany, że pani siostra jest starą jędzą, że pieniądze należą się bardziej pani niż jej, że Marek jest starym... i że czeka pani 20 minut na cholerne jedzenie. Tak samo, jak pani koleżanka, która siedzi na przeciwko – dla odmiany też z telefonem w ręku.
Maniery 2.0
Może nie mają o czym rozmawiać? W końcu kultura rozmów przy stole też nieco podupadła. Skarżą się na to szczególnie przedstawiciele starszego pokolenia, bo dla nich czas spędzany dawniej przy stole, był tym który spajał rodzinę, był czymś świętym, tradycją. Dziś łatwiej "rozmawia się" wirtualnie. Czy to złe? Na pewno nie ułatwia kontaktów bezpośrednich. Później w sytuacjach konfliktowych rzadko jest miejsce na dyplomację i spokojną rozmowę. No bo kiedy mieliśmy się jej nauczyć? Często wygrywa chamskie i agresywne zachowanie. Zbigniew Hołdys uważa, że chamstwo jest w naszym kraju zjawiskiem powszechnym. Wulgaryzmy w miejscach publicznych, środkach komunikacji nadal gryzą w ucho, ale czy tak, jak kiedyś? Raczej nie, tym bardziej, że z mniej subtelnym językiem bezlitośnie oswajają nas osoby publiczne, chociażby politycy: nieszczędząca wulgarnych sformułowań Krystyna Pawłowicz, czy znany z mało eleganckich przyrównań Stefan Niesiołowski.
Grzeczność językowa jest już w jakimś stopniu antykiem – tylko że niemodnym. Na etap vintage trzeba jeszcze poczekać. Ci, którzy nie wyzbyli się kulturalnego sposobu bycia, prędzej niż jako przykład do naśladowania, będą wskazywani, jako przemądrzałe dziwolągi. Zasady się zmieniły. Odpisujemy kiedy chcemy. Bez zastanowienia pytamy nawet mało znane osoby o związki, rozmawiamy o życiu intymnym, dopytujemy o pensję, rozmawiamy o kłopotach finansowych i osobistych. Jak nie bezpośrednio, to przez telefon, tak że słyszy cały przystanek. Tak! Świat jest otwarty, nic nas nie ogranicza, starsi nie mogą już młodszym narzucać swoich zasad. Właściwie nie wypada pouczać.
Niedawno podczas urlopu miałam mało udany tzw. sigthseeing, czyli zwiedzanie miasta z pomocą specjalnego turystycznego autobusu. W trakcie jazdy 50 proc. osób filmowało trasę "wielkimi" tabletami. Skutecznie zasłaniało całej reszcie widoki zapierające dech w piersiach (przynajmniej tak mówił przewodnik). Kiedyś biegało się z aparatami, dziś wyciąga się telefony, tablety. Mamy postęp. Szkoda, że tylko technologiczny. Zaakceptowaliśmy telefon i nowe technologie, jako element przestrzeni miejskiej i nowej kultury społecznej. To one kształtują w znacznym stopniu nasz sposób bycia. Dzwoniąca komórka rzadko kiedy jest już powodem wstydu. Wywołuje co najwyżej uśmiech. Stała się czymś normalnym. Zwolennicy poszanowania przestrzeni publicznej, miłośnicy intymności przegrali. Niektórzy wbrew woli znaleźli się w tym "niezależnym" świecie z nowymi zasadami kultury. To tylko pozór, że telefony komórkowe i nowe technologie dały nam niezależność. Mimo że nie ciągnie się za nami kabel, mam wrażenie, że jesteśmy uwiązani bardziej niż kiedyś.