Wszyscy będziemy cyborgami. Smartfony umrą za kilka lat, ich miejsce zajmie zupełnie nowy gatunek elektroniki

Michał Jośko
Zasypiasz i budzisz się w latach 20. wieku XXI. Wychodzisz z domu i okazuje się, że twój smartfon – flagowiec naszpikowany absolutnie wszystkimi nowinkami technicznymi, jakie były dostępne w roku 2019 – jest sprzętem przestarzałym. Nie chodzi nawet o to, że trąca myszką niczym dziś Nokia z lat 90. ub. w.
Czy zbliża się dzień, w którym pojawią się masowo hybrydy ludzi i maszyn? Fot. Instagram.com/yvanquinet
Jest znacznie gorzej: na korzystanie z takiego sprzętu wszyscy patrzą jak na słuchanie muzyki z odtwarzaczy Walkman, oglądanie filmów na kasetach VHS albo komunikowanie się z innymi ludźmi przy pomocy faksu. Okazuje się, że od jakiegoś czasu żaden producent nie oferuje już smartfonów. Jakichkolwiek. Stały się wynalazkiem, który trafił na śmietnik historii. Powyższy scenariusz wydaje ci się nierealny? Jesteś w błędzie. Wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują, że smartfony pożyją jeszcze maksymalnie dekadę.


Po co to zmieniać? Przecież jest świetnie
Z dzisiejszej perspektywy smartfon jest wynalazkiem nieprawdopodobnie wręcz praktycznym: przecież to niewielkie urządzenie o wadze stu kilkudziesięciu gramów, które zastępuje całe mnóstwo sprzętów. Aparat fotograficzny, kamera wideo, odtwarzacz muzyki i wideo, notes, książka, nawigacja satelitarna, dyktafon, budzik i laptop – listę urządzeń, których nie musimy nosić przy sobie, bo mamy smartfona, można wymieniać jeszcze długo.

Ten sprzęt albo potrafi zastąpić je całkowicie (np. w przypadku możliwości fotograficznych – przecież dzisiejsze flagowce przestały mieć kompleksy wobec niedrogich aparatów kompaktowych), albo jest ich ersatzem (pisanie dłuższych tekstów i surfowanie po sieci jest łatwiejsze, jeśli skorzystać z komputera), choć to niewielki kompromis. Idziemy na niego chętnie ze względu na coraz większe umiłowanie do mobilności.

Co istotne, rynek smartfonowy imponuje tym, jak szeroką gamę modeli proponuje. Chcesz wydać parę tysięcy złotych i oczekujesz sprzętu wybitnego? A więc możesz kupić "wszystkomającego" flagowca w stylu Huaweia Mate'a 20 Pro. Możesz, lecz nie musisz. Bo naprawdę dobre smartfony trafiły również pod strzechy – przecież inteligentne, naszpikowane nowoczesnymi technologiami oraz świetnie wykonane modele, jak chociażby Motorola One, bezproblemowo kupisz w cenie poniżej tysiąca złotych. Zapewne sprzęty z tej drugiej kategorii najdłużej oprą się nadchodzącej rewolucji. Za kilka lat żadna licząca się firma nie będzie już bawiła się w tworzenie drogich flagowców, zastąpi je zupełnie nowym gatunkiem sprzętów. Powtórzy się scenariusz z czasów, gdy na rynku pojawiły się pierwsze smartfony: na początku kupowali je wyłącznie ludzie skłonni zapłacić duże pieniądze za gorące nowinki.

Produkcja drogich "zwykłych" telefonów straciła sens. Tradycyjne komórki okopały się w rejonach budżetowych.

Scenariusz dla odważnych
Zastanówmy się, co zastąpi dzisiejsze smartfony. Jeżeli myśleć z rozmachem, owo pytanie z "co" należy zamienić na "kto". Otóż może okazać się, że będą to nasze ciała, oczywiście nieco stuningowane przy pomocy zminiaturyzowanej elektroniki.

Nie chcę oczywiście roztaczać tutaj wizji z gatunku: jutro wszyscy będziemy cyborgami. Chodzi o to, aby uświadomić sobie, że tego rodzaju rzeczy dzieją się nie tylko w głowach pisarzy science fiction. Mają miejsce w świecie rzeczywistym i to nie od wczoraj.

Za pierwszy naprawę udany eksperyment na tym polu uznaje się coś, co miało miejsce już w roku 1998. Wówczas Kevin Warwick, dziekan wydziału cybernetyki na angielskim University of Reading, wszczepił sobie pod skórę mikronadajnik, który wykorzystując fale radiowe, łączył się z siecią komputerową w jego laboratorium. Przy jego pomocy pan Warwick – nazywany Pierwszym Cyborgiem bądź też Kapitanem Cyborgiem – mógł sterować komputerami, oświetleniem pomieszczeń, otwierać zamki w drzwiach, a nawet zmieniać temperaturę w pomieszczeniach.

Dziś naukowcy nie spoczywają na laurach, weźmy pod lupę chociażby firmę Neuralink (nadmieńmy, że jej współtwórcą jest Elon Musk), która postanowiła wbudować komputery w ludzkie mózgi, wykorzystując technologię "neuronowej koronki", łączącej możliwości naszego umysłu z mocą procesorów.

Tak, mamy tutaj do czynienia z przerażającą wizją połączenia świata fizycznego z cyfrowym. Człowiek staje się maszyną? Maszyna staje się człowiekiem? Człowiek i maszyna stają się jednym? To zagadnienia, nad którymi głowią się tabuny filozofów, etyków i wszelakich futurystów.

Jednak wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują, że technologie pójdą w taką właśnie stronę. Spójrzmy się temu, gdzie zmierza rozwój asystentów wirtualnych, takich jak Alexa (Amazon), Bixby (Samsung) Siri (Apple), czu też Cortana (Microsoft). Nie chodzi tu wyłącznie o to, aby sprzęty coraz skuteczniej wykorzystywały sztuczną inteligencję, lecz także lepiej rozumiały potrzeby użytkownika. Zmienia się również sposób interakcji – dziś sterowanie dotykowe i głosowe to już zdecydowanie za mało. Dla wygodnickiej ludzkości nawet wydawanie poleceń poprzez mówienie lub klikanie w ekran, staje się zbyt wyczerpujące. Nic więc dziwnego, że jajogłowi skupiają się na metodach komunikowania się z elektroniką bezpośrednio przy pomocy mózgu.

Jesteś człowiekiem, którego przeraża poziom współczesnej inwigilacji cyfrowej, nakręcasz się i stresujesz, że Google albo Facebook czytają twoje wiadomości? A więc wyobraź sobie, że za parę lat technologiczni giganci oraz hakerzy będą będą mogli mieć bezpośredni dostęp do ludzkich myśli.

OK, spróbujmy nieco ochłonąć
Oczywiście zamiana ludzi w cyborgi nie jest najbardziej prawdopodobną z dróg, którymi w najbliższym czasie będzie szedł świat technologii. Używana dziś elektronika zostanie raczej zminiaturyzowana i pozbawiona ekranów.

Elementy takie, jak procesor zostają umieszczone w niewielkiej obudowie, która stanie się centrum rozrywki oraz komunikacji. Będziesz ją nosił jako breloczek do kluczy albo biżuterię. Całość zostanie skomunikowana z np. z projektorami (opcja dla miłośników większego futuryzmu: holograficznymi), dzięki czemu do lamusa odejdą znane nam dzisiaj telewizory.

Jeżeli mowa o smartfonach, ich wyświetlacze zostaną w tym scenariuszu zastąpione specjalnymi okularami, przekazującymi obraz i dźwięk. To kolejny przykład, który bynajmniej nie jest fantastyką naukową. Przypomnijmy sobie np. Google Glass, czyli androidowe okulary do rozszerzonej rzeczywistości, które do developerów trafiły już na początku roku 2013. Skupiały się na odbieraniu komunikatów głosowych, natomiast dźwięk użytkownikowi przekazywały bez użycia słuchawek, wykorzystując przewodnictwo kostne. OK, urządzenie poniosło sromotną porażkę rynkową. Główna przyczyna: w rożnych częściach świata momentalnie pojawiły się zakazy używania Google Glass, gdyż możliwość dyskretnego nagrywania wideo przy ich pomocy poirytowała zarówno właścicieli kin, jak i zwykłych obywateli. Czy owa wtopa zniechęciła do dalszych eksperymentów na tym polu Google'a oraz inne firmy?

Odpowiem pytaniem retorycznym: a czy w XIX w. rozmaite zakazy dotyczące poruszania się nowym, przerażającym, "szatańskim" wynalazkiem, jakim był samochód, zatrzymały rozwój motoryzacji?

Znacznie większym zagrożeniem dla tego rodzaju okularów może być ekstremalna miniaturyzacja, czyli soczewki kontaktowe do wirtualnej rzeczywistości, wyświetlające wszystko, czego sobie zażyczysz: od wskazówek dojazdu, po treści wideo.

Choć w owej kwestii pozostaje jeszcze do przeskoczenia wiele problemów technicznych, myliłby się ten, kto sądzi, że prace nad podobnymi rozwiązaniami nie idą pełną parą. Zajmują się tym firmy takie, jak np. Verily, która w roku 2016 opatentowała inteligentne soczewki, które po wszczepieniu do oka nie tylko korygują wady wzroku, lecz odbierają i wysyłają dane, a także wyświetlają obrazy. Czyżby grupka świrów, która rzuciła się z motyką na słońce? Nic z tych rzeczy. Verily to gigant, w którego inwestorzy wpompowali już ponad 7 miliardów złotych, ściśle współpracujący z Google.

Blisko, coraz bliżej
Amy Webb, amerykańska futurystka i założycielka Future Today Institute, w swoim raporcie dotyczącym roku 2018 nazwała go czasem, w którym zaczęła się śmierć smartfonów. Jej zdaniem katalizatorem rewolucyjnych zmian ma być rozwój technologii 5G, umożliwiającej rozwiązaniom z zakresu rzeczywistości rozszerzonej i wirtualnej naprawdę imponujący skok w przód.

Ów skok przyśpieszy dzień, w którym wielcy gracze uznają, że dla smartfonów nie ma już ratunku. Zostaną wyparte przez urządzenia znacznie bardziej zminiaturyzowane i wykorzystujące niewidoczny interfejs, raz na zawsze zmieniające sposób, w jaki doświadczamy świata i jak się z nim komunikujemy.

Oczywiście, w najbliższych latach nie zabraknie głośnych smartfonowych premier, podczas których usłyszymy o rozwiązaniach iście rewolucyjnych. Jednak umówmy się: w gruncie rzeczy to jedynie nakładanie grubego makijażu na technologię, która zaczyna pachnieć nieświeżo. Składane bądź rolowane ekrany telefonów, coraz większa bezramkowość itd.? Nie są to rozwiązania naprawdę przełomowe, bo na takie w świecie smartfonów już nie można liczyć. Po prostu, ta formuła się wyczerpuje. Co najbardziej odwleka dzień, w którym umrą smartfony? Zapewne fakt, że korporacje mogą jeszcze na takich urządzeniach zarabiać gigantyczne pieniądze. W ten sposób dzisiejsze "mądre telefony" finansują swoje zabójstwo, przecież część zysków z ich sprzedaży jest pompowana w stworzenie sprzętów, przez które smartfon trafi na śmietnik historii.