Tylko Fraser ratuje ten film? "Wieloryb" porusza do łez, ale nieco w stylu taniego melodramatu

Maja Mikołajczyk
20 lutego 2023, 15:39 • 1 minuta czytania
Najnowszy dramat Darrena Aronofsky'ego stał się sensacją przede wszystkim za sprawą powrotu Brendana Frasera na ekrany oraz widocznej na zdjęciach promocyjnych tuszy granego przez niego bohatera. I chociaż reżyser nie zawsze wykorzystuje aparycję Charliego do czystych zagrywek i chwyta się także innych tanich chwytów, w ostateczności nad tym "Wielorybem" ciężko nie zapłakać.
Oscary 2023. "Wieloryb" z Brendanem Fraserem [RECENZJA]. Fot. Associated Press/ East News

Autodestrukcja według Darrena Aronofsky'ego

Darren Aronofsky to reżyser, który uwielbia przyglądać się chaosowi i destrukcji – a tej drugiej w szczególności, gdy dotyczy jego głównych bohaterów. Po ekstatycznej wizualnej jeździe, jaką był horror "Mother!", Aronofosky powraca z kameralnym dramatem (nakręconym w miesiąc) na motywach sztuki Samuela D. Huntera.

Brendan Fraser powraca w nim po latach grania w epizodach w naprawdę wielkiej roli – i to dosłownie, i w przenośni (żeby użyć mało subtelnej, ale jak charakterystycznej dla Aronofosky'ego metafory), gdyż jego bohater cierpi na otyłość uniemożliwiającą mu poruszanie się.

Niemal od razu dowiadujemy się, że Charliemu zostało najprawdopodobniej zaledwie parę dni życia. Internetowy nauczyciel pisania odmawia udania się do szpitala, gdyż nie ma opłaconego ubezpieczenia zdrowotnego (welcome to the USA).

Jedyne, na czym mu zależy, to nawiązaniu relacji z nastoletnią córką, którą widział ostatni raz, gdy ta miała osiem lat. W Ellie wcieliła się znana ze "Stranger Things" Sadie Sink, która niestety dostała podobną rolę do tej z przeboju Netfliksa, więc repertuar jej ekspresji jest bardzo podobny.

Wszystkie grzechy Moby Dicka

W kanwę fabuły "Wieloryba" wpisano amerykański klasyk, czyli "Moby Dicka" Hermana Melville'a. I niestety tak – ta metafora jest tak literalna (żeby nie powiedzieć prostacka), że rolę gigantycznego ssaka gra otyłe ciało Charliego, które Aronofsky traktuje parokrotnie z turpistyczną i niezdrową fascynacją.

Sceny obżarstwa są niejako autocytatem i odsyłają do słynnych ujęć innych autodestrukcyjnych uzależnień z "Requiem dla snu", ale mimo wszystko ta fetyszyzacja nie była potrzebna i pozostawiała niesmak.

Napędzanego przez pragnienie vendetty kapitana Ahaba w dramacie napisanym przez Huntera odgrywa nastoletnia córka Charliego, która nie potrafi wybaczyć ojcu opuszczenia rodziny dla ukochanego Alana (to właśnie jego śmierć doprowadziła głównego bohatera do jego obecnego stanu).

Relacja głównego bohatera z córką jest jednym z głównych tematów filmu, ale nie jedynym. Podobnie jak w swoich poprzednich filmach, Aronofsky ponownie sięga po biblijne motywy. Tym razem obiektem jego medytacji staje się siedem grzechów głównych, których większość znajduje swoje ucieleśnienie w postaci Charliego (choć nie tylko).

Jak widać więc sieć, z której utkana jest fabuła "Wieloryba", jest dosyć gęsta, choć złapane w nią zwierzę nie pływa po wodach Pacyfiku, a pluska się w dość płytkiej sadzawce. W gruncie rzeczy bowiem, gdyby oczyścić historię z jej literackiej nadbudowy, zostałyby klisze i (niestety) banał.

"Wieloryb" – kiczowaty melodramat czy uniwersalna przypowieść?

Rola Frasera bez wątpienia należy do tych wybitnych, choć patrząc na wyniki rozdania tegorocznych Złotych Globów, można się spodziewać, że Oscar raczej też powędruje do Austina Butlera za "Elvisa".

I być może szkoda, gdyż można się zastanowić, czy poza Charliem film broni się... czymkolwiek innym. Aronofosky słynie z używania patosu do podbijania dramatyzmu, ale tym razem w niektórych scenach podkręcił go do absurdalnego poziomu, przez co historia bohatera zaczyna zakrawać bardziej na groteskę niż tragedią.

Kulminacja tej emocjonalnej szarży następuje w finale, którego poetyka bardziej pasowałaby do ckliwego melodramatu klasy B niż niezależnego kina spod szyldu studia A24.

W ostateczności jednak "Wieloryb" jako film nie tonie, a tym, co utrzymuje go na powierzchni, nie jest jedynie powrót gwiazdora "Mumii". Jakkolwiek historia Charliego nie została niepotrzebnie przeładowana melodramatyzmem, ta nieskomplikowana, lecz uniwersalna historia o samotności oraz winie, ale też życiowym optymizmie aż do końca i przebaczeniu trafia w serce lepiej niż harpun kapitana Ahaba w cielsko Moby Dicka.

Można się zżymać, że w swoim nowym dramacie Aronofsky znów niebezpiecznie balansuje na granicy kiczu czy momentami nawet kompletnie bezwstydnie gra na najprostszych emocjach widzów, jednak parominutowy aplauz na premierze na festiwalu w Wenecji dowodzi, że czasami w kinie nie potrzeba niczego więcej niż takiego prostego, ale jakże skutecznego katharsis.