Wszystkie znaki wskazywały mu "tego zbira". Kaczyński miał odegrać istotną rolę w sprawie Komendy

Jakub Noch
28 lutego 2024, 20:46 • 1 minuta czytania
Nagłe aresztowanie, policyjne tortury prowadzące do tego, że młody chłopak z Wrocławia był gotowy przyznać się nawet do zamachu na papieża, a potem proces w świetle kamer – zakończony skazaniem niewinnego człowieka na 25 lat pozbawienia wolności i gehenna za kratami. Tomaszowi Komendzie tego wszystkiego nie wynagrodziły nawet miliony z odszkodowania. Zmarł, nim nauczył się żyć na wolności... Tymczasem mało kto pamięta, jaką rolę w jego sprawie miał odegrać sam Lech Kaczyński.
Lech Kaczyński jako minister sprawiedliwości i prokurator generalny miał odegrać istotną rolę ws. Tomasza Komendy. Fot. PIOTR GRZYBOWSKI / East News; Tomasz Holod / Polska Press / East News

Tomasz Komenda nie żyje. Większość dorosłego życia spędził w więzieniu, choć był niewinny

Jak wspominaliśmy w naTemat.pl, Tomasz Komenda został niesłusznie skazany za tzw. zbrodnię miłoszycką, czyli wydarzenia, do których pod Wrocławiem doszło w noc sylwestrową z 31 grudnia 1996 roku na 1 stycznia 1997 roku. Niedaleko wiejskiej dyskoteki w Miłoszycach brutalnie zgwałcono i zamordowano wówczas 15-letnią Małgosię.


Ta sprawa wstrząsnęła całą Polską, a przeciągające się śledztwo i brak podejrzanego tylko podsycały emocje opinii publicznej. Z braku efektów pracy śledczych gęsto tłumaczyć musiało się ówczesne szefostwo policji i prokuratury. "Przełom" nastąpił w kwietniu 2000 roku, gdy zatrzymano Tomasza Komendę.

Z czasem młody mężczyzna przyznał się do zarzucanych mu czynów. To później ułatwiło policjantom, prokuratorom i sędziom doprowadzenie do skazania go na karę 25 lat pozbawienia wolności.

Dopiero w 2006 roku – już w trakcie odsiadywania wyroku – w rozmowie z dziennikarzami "Superwizjera" TVN chłopak z Wrocławia wyjawił, jak śledczy osiągnęli ten "sukces"...

– Zaczęli mnie bić, żebym się do tego przyznał, bo ta sprawa za długo trwa, nie mogą odnaleźć prawdziwych sprawców, i ja muszę się do tego przyznać, bo inaczej nie wyjdę żywy z ich pokoju. Po prostu tak mnie bili, że nawet bym się przyznał, że strzelałem do papieża, nie? Jana Pawła II... – wspominał Komenda policyjne tortury.

Zakład karny ten niewinny człowiek opuścił dopiero po 18 latach. Przez cały okres osadzenia miał być notorycznie torturowany i poniżany przez współwięźniów i funkcjonariuszy Służby Więziennej.

Praktycznie bez szwanku z gigantycznego skandalu wyszli za to ludzie, którzy Tomasza Komendę za kraty wtrącili. Na kilka tygodni przed śmiercią 47-latka w naTemat.pl informowaliśmy, że śledczy odpowiedzialni za jego niesłuszne oskarżenie konsekwencji uniknęli ze względu na... "brak świadomości nieprawidłowości, których dopuszczono się przy wydawaniu opinii przez biegłych".

A biegli wywinęli się już wcześniej, bo dotyczącą ich część śledztwa umorzono z powodu "braku dostatecznych dowodów". W styczniu 2024 roku umorzeniu uległo także postępowanie w zakresie niedopełnienia obowiązków służbowych przez sędziów i ławników Sądu Okręgowego we Wrocławiu oraz wątek możliwego niedopełnienia obowiązków służbowych przez sędziów wrocławskiego Sądu Apelacyjnego.

Lech Kaczyński i zbrodnia miłoszycka. Taką rolę założyciel PiS odegrał w sprawie Tomasza Komendy

Opinia publiczna dawno zapomniała też o związku, jaki ze sprawą Tomasza Komendy miał minister sprawiedliwości i prokurator generalny w okresie "wyjaśnienia" zbrodni miłoszyckiej. A był nim sam Lech Kaczyński.

Szerzej tym tematem zajęła się tylko "Gazeta Wyborcza". Redakcja ta przypomniała wywiad, którego Kaczyński udzielił w listopadzie 2000 roku, czyli kilka miesięcy po zatrzymaniu Tomasza Komendy.

– Brutalnie zgwałcono, a później zamordowano 15-letnią dziewczynkę, właściwie jeszcze dziecko. Znaleziono jej ciało z rozerwanymi narządami rodnymi. I prokurator powiada pełnomocnikowi rodziny, że co najwyżej może jednemu ze sprawców postawić zarzut gwałtu – oburzał się ówczesny minister sprawiedliwości i prokurator generalny.

Są ślady zębów tego zbira, ślady DNA, wszelkie możliwe znaki – i nie można postawić zarzutu – kontynuował narzekania w rozmowie z Jarosławem Kurskim. Jak się później okazało, "wszystkich możliwych znaków" niestety użyto, aby wtrącić za kraty niewinnego człowieka.

W dalszej części rozmowy polityk – przygotowujący się powoli do wystartowania ze swoją nową partią pod nazwą Prawo i Sprawiedliwość – utyskiwał także na "liberalne podejście" oskarżycieli i sądów do przestępców. Jako przykład takiego zjawiska wskazywał właśnie przestępstwo, o które podejrzewano gnijącego już wtedy w areszcie tymczasowym Tomasza Komendę.

W swoim materiale z 2018 roku Wojciech Czuchnowski i Ewa Wilczyńska na tych wspomnieniach jednak nie poprzestali. Dziennikarze "GW" szczegółowo przeanalizowali też działania Kaczyńskiego wokół sprawy Komendy.

I tak okazało się, że w styczniu 2001 roku wymieniono prokuratura, który zajmował się zbrodnią miłoszycką. Stanisław Ozimina został ukarany za opieszałość. W lutym 2001 roku Lech Kaczyński podpisał zaś dekret o odwołaniu Marka Gabryjelskiego, czyli ówczesnego szefa wrocławskiej prokuratury.

Miesiąc później prokurator Tomasz Fedyk finalnie skierował do sądu akt oskarżenia przeciwko Komendzie...

Czytaj także: https://natemat.pl/239505,lech-kaczynski-i-skazanie-tomasza-komendy-tak-bylo-naprawde