
Ryszard Kalisz zrezygnował z walki o prezydenturę, przekonywał bowiem, że nie chce utrudniać jednoczenia lewicy. Dziś okazuje się, że popełnił błąd. Wobec liczby i jakości kandydatów reprezentujących w wyborach tę stronę sceny politycznej miałby duże szanse na to, by zyskać dobry trzeci wynik. To z kolei miałoby ogromne znaczenie przed jesienną batalią o parlament.
REKLAMA
Być albo nie być – wyborcze rozterki posła
Parafrazując słowa słynnej bajki: już był w ogródku już witał się z gąską... Poseł Ryszard Kalisz, po niespodziewanej decyzji Leszka Millera miał stać się reprezentantem środowisk lewicowych (na czele z SLD) w wyborach prezydenckich.
Parafrazując słowa słynnej bajki: już był w ogródku już witał się z gąską... Poseł Ryszard Kalisz, po niespodziewanej decyzji Leszka Millera miał stać się reprezentantem środowisk lewicowych (na czele z SLD) w wyborach prezydenckich.
Ostatecznie, partia zaskoczona decyzją szefa powiedziała „nie”. Doświadczonego posła zastąpiła polityczna nowicjuszka, środowisko Unii Pracy bez powodzenia reprezentować próbowała Wanda Nowicka, a sam Kalisz – zamiast reprezentantem „zjednoczonej” lewicy stał się politykiem pogubionym w przedwyborczym światku.
Startować czy nie startować – hamletycznymi rozterkami szefa DWP żyły przez długi czas media, politycy oraz wyborcy (zwłaszcza o lewicowych sympatiach). Ostatecznie, cztery tygodnie temu, poinformował, że rezygnuje.
Patrząc na dalsze zmagania lewicowych kandydatów, można przyznać, że popełnił błąd.
100 tys. na 100 proc.
Jednym z głównych powodów wycofania się Kalisza z prezydenckiego wyścigu była obawa o to, że nie zdoła on zebrać wymaganych 100 tys. podpisów. Błąd. Po sukcesie nie tylko Pawła Kukiza, ale także Grzegorza Brauna czy Pawła Tanajno, o którego istnieniu wielu dowiedziało się dopiero w czwartek, śmiało można założyć, że zebrałby na pewno.
Jednym z głównych powodów wycofania się Kalisza z prezydenckiego wyścigu była obawa o to, że nie zdoła on zebrać wymaganych 100 tys. podpisów. Błąd. Po sukcesie nie tylko Pawła Kukiza, ale także Grzegorza Brauna czy Pawła Tanajno, o którego istnieniu wielu dowiedziało się dopiero w czwartek, śmiało można założyć, że zebrałby na pewno.
Nie warto też przytaczać argumentów, że Nowickiej czy Grodzkiej się nie udało. Ich wyborcza klęska spowodowana była innymi przyczynami. W przypadku Grodzkiej, to wciąż brak otwartości i tolerancji ze strony polskiego społeczeństwa, w przypadku Nowickiej – zupełny brak jakiejkolwiek kampanii, poważnej oferty politycznej i niewykorzystywanie swojej obecności w mediach. Dla obydwu – niedociągnięcia ze strony organizacyjnej.
Kalisz zebrałby – dzięki stałej obecności w mediach, odpowiednim eksponowaniu swojej kandydatury, popularności i małym (ale jednak istniejącym) strukturom swojej organizacji.
Lewicowiec bez zastrzeżeń
Konieczność dostarczenia podpisów i tym samym pierwszy wyborczy sprawdzian dla kandydatów, spowodowały po lewej stronie spore przerzedzenie. Z kilku kandydatów została raptem dwójka, a i do ich „lewicowości” można mieć pewne zastrzeżenia. Janusz Palikot przez swoje liczne ideologiczne „wycieczki” nadszarpnął zaufanie i wykluczył z grona poważnych kandydatów.
Konieczność dostarczenia podpisów i tym samym pierwszy wyborczy sprawdzian dla kandydatów, spowodowały po lewej stronie spore przerzedzenie. Z kilku kandydatów została raptem dwójka, a i do ich „lewicowości” można mieć pewne zastrzeżenia. Janusz Palikot przez swoje liczne ideologiczne „wycieczki” nadszarpnął zaufanie i wykluczył z grona poważnych kandydatów.
Magdalena Ogórek zaś światopoglądowo plasuje się bardziej w centrum, a pod względem planów gospodarczych – zdaniem niektórych – uderza bardziej do wyborców partii KORWiN niż SLD (wystarczy przypomnieć jej ostatni wywiad w TVP Info i plany obniżenia podatku CIT). Ryszarda Kalisza można lubić i podzielać jego poglądy – można też zupełnie się z nimi nie zgadzać. Co do jego lewicowych korzeni nie można mieć jednak żadnych zastrzeżeń.
Prognozowane wyniki Ogórek i Palikota pokazują, że lewica już przegrała te wybory, bez większych szans na nagłą „reaktywację”. Magdalena Ogórek najprawdopodobniej zdobędzie trzeci wynik, jednak nic nie wskazuje na to, aby była to liczba, którą warto się chwalić. W dzisiejszych prognozach oboje zyskują łącznie ok. 10 proc.
Ryszard Kalisz nie przyniósłby lewicy wielkiego zwycięstwa, ale mógłby sprawić, że jej porażka nie byłaby tak dotkliwa i szeroko komentowana. Szef DWP nie dostałby się do II tury, bowiem przy obecnym duopolu PO-PiS jest to po prostu niemożliwe. Miałby jednak wielkie szanse na wynik wyższy niż dr Ogórek (o Januszu Palikocie nie wspominając).
Rozenek: Lewica nie ma reprezentanta
Fakt, iż obaj lewicowi kandydaci zyskują 10 proc. nie oznacza bowiem, że lewicowych wyborców nie ma. Otóż są, lecz wobec braku realnego kandydata albo w ogóle nie idą do wyborów, albo oddają głos nieważny, albo – kierując się metodą najmniejszego zła – stawiają na Bronisława Komorowskiego, który zresztą w ostatnim czasie (wraz z całą Platformą) światopoglądowo skręca nieco w lewo i próbuję owych lewicowych rozbitków na swoją łódź zaprosić.
Fakt, iż obaj lewicowi kandydaci zyskują 10 proc. nie oznacza bowiem, że lewicowych wyborców nie ma. Otóż są, lecz wobec braku realnego kandydata albo w ogóle nie idą do wyborów, albo oddają głos nieważny, albo – kierując się metodą najmniejszego zła – stawiają na Bronisława Komorowskiego, który zresztą w ostatnim czasie (wraz z całą Platformą) światopoglądowo skręca nieco w lewo i próbuję owych lewicowych rozbitków na swoją łódź zaprosić.
Ryszard Kalisz zgromadziłby wyborców niezadowolonych kandydaturą Magdaleny Ogórek, zażenowanych jej formą kampanii i rozczarowanych ostatnimi potyczkami wewnątrz Sojuszu. Mógłby liczyć na wsparcie Aleksandra Kwaśniewskiego, z którym przed majowymi wyborami do Parlamentu Europejskiego wspierał projekt Europa Plus, a także tych, którzy po konflikcie w Twoim Ruchu odsunęli się od Palikota, np. Andrzej Rozenek.
Były rzecznik TR w rozmowie z naTemat przyznaje, że dziś – po nieudanej próbie Grodzkiej i Nowickiej – lewica nie ma swojego kandydata na prezydenta. – Ryszard Kalisz przegapił swoją szansę – przyznaje Andrzej Rozenek. – Jest merytorycznie przygotowany do pełnienia funkcji prezydenta, a jego poglądy są wszystkim doskonale znane. Gdyby wystartował, mielibyśmy do czynienia z autentycznością, a nie teatrzykiem, który odgrywa przed nami Magdalena Ogórek – dodaje.
Mógł zostać nowym liderem
Dobry rezultat Kalisza nie byłby bez znaczenia w obliczu zbliżających się wyborów parlamentarnych. Rozbita lewica poszukuje obecnie lidera, wokół którego mogłaby stworzyć nowy projekt. Z dwucyfrowym wynikiem (bo na taki spokojnie mógłby liczyć) byłoby wokół czego budować poparcie.
Dobry rezultat Kalisza nie byłby bez znaczenia w obliczu zbliżających się wyborów parlamentarnych. Rozbita lewica poszukuje obecnie lidera, wokół którego mogłaby stworzyć nowy projekt. Z dwucyfrowym wynikiem (bo na taki spokojnie mógłby liczyć) byłoby wokół czego budować poparcie.
Wracając do doświadczenia, o którym wspomniał poseł Rozenek, warto przypomnieć, że Ryszard Kalisz był nie tylko doradcą Aleksandra Kwaśniewskiego, ale także szefem sztabu i pełnomocnikiem komitetu wyborczego jego kampanii w 2000 roku, zakończonej sukcesem już w I turze. W zdobywaniu wyborców ma zatem niemałe doświadczenia.
Miałka kampania. „Nie żałuję swojej decyzji”
Sam Kalisz przyznaje, że nie żałuje swojej decyzji. – Od walki o prezydenturę skutecznie odstraszała mnie i odstrasza miałkość tej kampanii – mówi w rozmowie z naTemat. Przekonuje, że kandydaci nie mają szacunku ani do wyborców, ani tym bardziej do majestatu stanowiska, o jakie zabiegają.
Sam Kalisz przyznaje, że nie żałuje swojej decyzji. – Od walki o prezydenturę skutecznie odstraszała mnie i odstrasza miałkość tej kampanii – mówi w rozmowie z naTemat. Przekonuje, że kandydaci nie mają szacunku ani do wyborców, ani tym bardziej do majestatu stanowiska, o jakie zabiegają.
Poza tym, decydując się na start w wyborach musiałby postawić się po stronie atakującego państwo Andrzeja Dudy i pozostałych tzw. „antysystemowców”, a nie chce tego robić. – Gdybym podzielał poglądy Komorowskiego, mówiliby, że go wspieram – komentuje Ryszard Kalisz.
Uważam, że trzeba wskazywać na ułomności państwa i organów władzy publicznej. Sam je widzę i często krytykuję, ale mimo wszystko, państwo powinno się budować, a nie nawoływać do niszczenia go.
Ryszard Kalisz nie wpisuje się wprawdzie w „model”, jakiego lewica teoretycznie w swoich wyborach potrzebowała – młodego, świeżego polityka, który zapewniłby jej „nowe otwarcie”. Z drugiej strony, dziś widzimy, że taka właśnie „idealnie skrojona” kandydatka oczekiwanego efektu również nie przyniosła. Mało tego, zamiast wielkiego otwarcia czeka nas najprawdopodobniej spektakularne zamknięcie.
Napisz do autora: karolina.wisniewska@natemat.pl
