Czego boją się przeciwnicy PiS-u?
Czego boją się przeciwnicy PiS-u? Fot. Shutterstock

Nie – ten tekst to nie straszenie PiS-em. To zbiór mniej lub bardziej uzasadnionych obaw tej części Polaków, która na Prawo i Sprawiedliwość nie głosowała. Nazwijmy ich (nie)sławnymi już lemingami, choć wiemy, że nie tylko o nich chodzi. Przekrój listy niepokoju jest spory, ale można wyodrębnić te najpopularniejsze obawy, które pojawiają się częściej niż inne. I sam PiS dał do zrozumienia, że coś tutaj może się dziać.

REKLAMA
Straszenie powrotem PiS przestało działać. To zdecydowanie za mało. Ba, w tej kampanii taka taktyka przyniosła nawet odwrotny skutek do zamierzonego. Im bardziej Platforma PiS-em straszyła, tym bardziej oddalała od siebie potencjalnych wyborców.
Nie bez znaczenia jest też fakt, że znaczna część wyborców (głównie młodych) rządów IV RP po prostu nie pamięta i ten argument traci dla nich jakąkolwiek rację bytu. Widać to we wstępnych, sondażowych danych, z których wynika, że najmłodsi wyborcy w wieku 18-29 lat poprali PiS i partie prawicowe (Kukiz'15 / KORWiN), dając im razem ok. 52 proc. głosów.
Po drugiej stronie mamy cały czas ok. 48 proc. wyborców, którzy rządów tej ekipy nie chcą. To 7-8 mln osób (przy ok. 50 proc. frekwencji), które PiS się obawia. Czego dokładnie – zwłaszcza znając konserwatywny skręt zwycięskiej partii?
Co jakiś czas do polskiego Sejmu trafia projekt ustawy dotyczącej aborcji, ale dotychczasowy Sejm konsekwentnie je odrzucał. Tak było m.in. miesiąc temu, gdy pomysł całkowitego zakazania aborcji odpadł przy pierwszym czytaniu. Przeciw byli niemal wszyscy posłowie PO i SLD. Natomiast za głosowali politycy PiS, Zjednoczonej Prawicy i PSL. Można się domyślać, jak podobne głosowanie będzie wyglądało w nowym składzie Sejmu, w którym całkowicie zabraknie lewicy, a zwiększy się obecność partii prawicowych.
Przez najbliższe lata dyskusje o rozdzieleniu Kościoła i państwa można odłożyć na bardzo wysoką półkę. Romans Episkopatu z PiS przybierze na sile, a dyskusje o religii w szkole przejdą na zupełnie inny etap. I nie będzie już rozmów o tym, czy w ogóle powinno się jej nauczać, czy nie, ale pojawi się temat jej obecności na maturze. Kilkanaście dni temu "Gazeta Wyborcza" dowiedziała się, że Episkopat planuje akcję, mającą na celu wprowadzenie religii, jako przedmiotu maturalnego. Coś, co nie miało szansy na realizację przez ostatnie 8 lat, może ziścić się teraz.
To jeden z najbardziej kontrowersyjnych projektów ostatniej kadencji. Po wielu aferach i gorących posiedzeniach Platforma Obywatelska zostawiła Polskę, w której in vitro jest dozwolone i finansowane przez państwo pod pewnymi warunkami.
Co na to PiS? W ostatnich miesiącach otwarcie zapowiadał, że w przyszłej kadencji złoży projekt zmieniający ustawę o in vitro. Elżbieta Witek przekonywała, że jej partia nie chce zakazywać in vitro, ale nie godzi się na ustawę, w której "życie jest nieszanowane". Pozostaje mieć nadzieję, że do prac nad projektem nie dopuszczą polityków PiS, którzy w poprzedniej kadencji o niej debatowali. Tutaj możecie zobaczyć kultowy już film z tej dyskusji. Co ciekawe, iw tej dyskusji pojawia się Kościół. Jeden z senatorów mówił wprost, że po wyborach ustawa o in vitro zostanie zmieniona "w uzgodnieniu z Episkopatem". Wszyscy chyba pamiętają ich głośny projekt więzienia za in vitro.
W styczniu tego roku Unia Europejska zdecydowała się na ułatwienie dostępu do antykoncepcji i sprzedaż tabletek "dzień po" bez recepty. To – jak można się domyślić – podzieliło Polaków i wywołało zamieszanie, na które szybko wskoczyli politycy. Marcin Mastalerek, wtedy rzecznik PiS, mówił potem, że gdyby to zależało od jego partii, takie tabletki w ogóle nie byłyby dozwolone. Krystyna Pawłowicz proponowała skierowanie tej kwestii do Trybunału Konstytucyjnego.
Powyższe kwestie światopoglądowe bardzo szybko sprowadzają nas do następnej kwestii, która w mijającej kadencji była wyjątkowo nośna. Klauzula sumienia, na mocy której lekarze lub pracownicy służby zdrowia mogli odmówić antykoncepcji, eutanazji, aborcji, in vitro itd., powołując się na deklarację wiary. Już teraz mogliśmy obserwować sytuacje, w których pacjentom odmówiono leczenia np. aborcji lub sprzedaży np. antykoncepcji ze względu na światopogląd lekarzy lub farmaceutów. Teraz istnieje obawa, że takie podejście może zostać tylko bardziej umocowane w prawie, a nawet rozszerzone o kolejne zawody.
To jedno z najbardziej wyraźnych i niestety negatywnych wspomnień z czasów rządów PiS. Polska polityka zagraniczna pozostawiała wiele do życzenia, a ówczesna szefowa MSZ Anna Fotyga, stała się dla wielu synonimem, obciachu. Jeśli dodać do tego przewrażliwienie polityków PiS na swoim punkcie, można łatwo wyobrazić sobie sytuacje, gdy zwyczaje obrażania się na kogoś/za coś z krajowego podwórka przenoszą na salony międzynarodowe.
Coś, o co staraliśmy się latami. Polska powoli zaczynała być traktowana, jako członek UE z pierwszego rzędu. Próbowaliśmy równać do "lepszych" i zaczęło to przynosić efekty. Wystarczy przywołać przykłady Donalda Tuska i Jerzego Buzka na najwyższych unijnych stanowiskach lub fakt, że z deklaracji budżetowych wróciliśmy z tarczą, a nie na niej.
Najwyraźniej było widać to przy okazji debaty dotyczącej przyjmowania uchodźców, gdy polskie władze stanęły po stronie zachodniej części UE. Teraz, patrząc na negatywny stosunek zwycięskich partii (PiS/Kukiz'15) do migrantów, może to ulec zmianie. A nie warto zapominać, że Polska zgodziła się na przyjęcie uchodźców także ze względu na bliskie sąsiedztwo Ukrainy, z której w każdej chwili może trafić do nas fala kolejnych migracji. A tutaj już pomóc UE by się przydała. Ta nie pomoże nam jednak chętnie, jeśli wcześniej sami nie okażemy solidarności.
Ile to wszystko będzie kosztować? PiS przekonuje, że ze wszystkimi obietnicami wyborczymi zmieści się w 39 mld złotych. Przeciwnicy mówili, że będzie to nawet 90 mld. Gdzie leży prawda? Zapewne po środku, choć konkretną sumę ciężko podać. Głównie dlatego, że PiS wszystkich propozycji prawdopodobnie nie spełni, a zrealizowanie nawet części z nich będzie wymagało wprowadzenia autopoprawki przyjętego przez PO budżetu. Choć może do zrujnowania nie dojdzie, bo już dziś Zjednoczona Prawica słowami Jarosława Gowina dała do zrozumienia, że może delikatnie wycofywać się z pomysłu 500 zł na dziecko.
Przez długi czas paliwo polityki PiS-u. Po latach męczenia Polaków tą sprawą odsunięto ją trochę na bok, ale naiwny jest ten, kto sądzi, że w PiS o tym zapomnieli. Wystarczy posłuchać przemówienia Jarosława Kaczyńskiego, który po ogłoszeniu wyników przez kilka minut mówił TYLKO o katastrofie smoleńskiej i jej ofiarach. Samodzielne rządy PiS przy wsparciu prezydenta po prostu muszą prowadzić do kolejnego poruszenia katastrofy smoleńskiej. W końcu tyle się nasłuchaliśmy o tym przez te kilka lat. A jak Smoleńsk, to i Antoni Macierewicz, który w kampanii był konsekwentnie chowany. Pytanie tylko, jak to wpłynie na nasze relacje z Rosją.
Wszystko da się zaakceptować, ale z umiarem. Patrząc na retorykę PiS z ostatnich lat, można się spodziewać, że dostaniemy wzór "jedynego-prawdziwego-Polaka". Fanatyka historii, żołnierzy wyklętych, przeciwnika migrantów i związków partnerskich. "Patriotę", który idzie w pierwszym rzędzie na Marszu Niepodległości, choć z prawdziwym patriotyzmem niewiele ma wspólnego.
Ten podpunkt to obawa przed ogólnym wzmożeniem narodowym, które łatwo może popaść w karykaturą samego siebie. Bo jak inaczej traktować wezwania Jarosława Kaczyńskiego do zbiórki na hollywoodzkie filmy o Polsce, skoro przez lata sami nie potrafili zebrać funduszy na film o Smoleńsku?
Wypadkowa punktu wyżej. Środowisko PiS-u otwarcie wspierało tych, którzy stawali przeciwko Platformie Obywatelskiej. Tak się złożyło, że zazwyczaj były to środowiska kibicowskie i prawicowe, które – delikatnie mówiąc – w środkach nie przebierały. Marsze z nienawistnymi hasłami, kończące się zamieszkami spotykały się z wyjątkowym zrozumieniem polityków z tego ugrupowania. W końcu "działali w słusznej sprawie". Oby to się zmieniło.