
Ta wiadomość wiele osób wprawiła w osłupienie. Bo co jak co, ale znajomość języków obcych w polityce zagranicznej wydaje się kwestią kluczową. Tymczasem...
W Sejmie trwają prace nad rządowym projektem znowelizowanej ustawy o służbie zagranicznej. Z wcześniejszych zapowiedzi wynikało, że głównym celem zmian jest to, aby służbę dyplomatyczną oczyścić z dawnych agentów. – Państwo polskie zasługuje na wolną od patologii służbę zagraniczną, na ludzi, którzy chcą w pełni służyć Rzeczpospolitej, którzy nie mają w życiorysie uwikłania w kolaborację z systemem sowieckim – przekonywał w kwietniu, podczas pierwszego czytania projektu, wiceminister spraw zagranicznych Jan Dziedziczak.
Choć przecież najgłośniej jest o tym agencie PRL-owskich służb, którego na stanowisko ambasadora wyznaczyła już dobra zmiana, czyli mąż prezes Trybunału Konstytucyjnego, Andrzej Przyłębski. IPN ujawnił teczkę personalną TW Wolfganga, a sam obecny ambasador w Berlinie przyznał: "mogłem podpisać jakieś zobowiązanie".
Przyłębski zapewne może być jeszcze spokojny o swoje stanowisko, bo prace nad projektem idą niespiesznie. Powołano podkomisję nadzwyczajną do rozpatrzenia tego dokumentu, która – jak dotąd – spotkała się tylko raz (transmisję z posiedzenia można obejrzeć tutaj). Piątkowych obrad tejże podkomisji media nie śledziły, a niesłusznie! Bo działo się tam, że ho ho! O czym poinformował na Twitterze jeden z jej członków, poseł PO Sławomir Nitras.
Chodzi o to, że urzędnicy służby dyplomatycznej na stanowiskach kierowniczych nie będą się już musieli wykazać (udokumentowaną) znajomością dwóch języków obcych – wystarczy jeden. Czyżby była to kwestia krótkiej ławki w kadrach PiS? Gdy tylko padła zapowiedź złożenia projektu, opozycja alarmowała, że rząd chce przeprowadzić czystki w dyplomacji, zwalniając doświadczonych urzędników i robiąc miejsce dla "Misiewiczów". Wiceszef MSZ na posiedzeniu podkomisji zapewniał jednak, że nie chodzi o obniżenie wymagań wobec dyplomatów.
Jan Dziedziczak
wiceminister spraw zagranicznych
PO wnioskowała ("bo trzeba równać w górę a nie w dół" – przekonywał poseł Marek Krząkała) o wykreślenie z dokumentu tej propozycji – ale w podkomisji większość ma PiS i rządzący nie mieli najmniejszego problemu z odrzuceniem wniosku opozycji. A internautom od razu przypomniało się ostanie wystąpienie posła Marka Suskiego w Bukareszcie bez tłumacza.
Jak kiepsko jest z językami w MSZ, przekonaliśmy się tuż przed wyborami prezydenckimi we Francji. Resort przygotował polską odpowiedź dla Emmanuela Macrona – nie po francusku, lecz po angielsku. I to tak, jakby korzystano z translatora w Google.
