Andrzej Duda i Beata Szydło są często krytykowani, ale w gorszej sytuacji chyba jest premier.
Andrzej Duda i Beata Szydło są często krytykowani, ale w gorszej sytuacji chyba jest premier. Fot . Slawomir Kaminski / Agencja Gazeta

Do tej pory było jasne, że największe cięgi od niechętnych wyborców zbiera Andrzej Duda. Zrównany z ziemią w "Uchu Prezesa", powszechnie utożsamiany z długopisem, "memiczną twarzą" i uległością wobec Jarosława Kaczyńskiego. Trudno jednak nie odnieść wrażenia, że Beata Szydło w ostatnim czasie jest w jeszcze gorszej pozycji.

REKLAMA
Teoretycznie Andrzej Duda… nie ma się tak źle. Owszem, jest karykaturą prezydenta. Owszem, nie ma własnego zdania. Ale poza tym, że podpisuje kolejne ustawy bez czytania (z jednym wyjątkiem), w zasadzie z prezydenturą sobie radzi. Jeździ po Polsce, udziela "gospodarskich wizyt", wreszcie po prostu ludzie go lubią, Duda przecież co miesiąc jest na pierwszym miejscu w rankingach zaufania do polityków. Nie szkodzi mu ani śmianie się z własnych dowcipów, ani kiełbaska w wielkopostny piątek na Kasprowym Wierchu. Słowem prezydent trzyma się mocno – czy tego chcemy, czy nie.
Co innego Beata Szydło. Ona w przeciwieństwie do głowy państwa nie może schować się w zaciszu Pałacu Prezydenckiego i po cichu podpisywać podesłanych ustaw. Szydło musi walczyć. Jest pierwsza na froncie walki o dobrą zmianę. I ostatnia do jakichkolwiek laurów.
Werbalne połamańce
Spójrzcie choćby na ostatnią "aferę" – związaną z opłatą paliwową. Prezes Rady Ministrów broniła jej jak lew. Wyprowadzała najbardziej zwariowane wnioski, żeby udowodnić, że jej racja jest lepsza. Przekonywała, że fundusz, z którego miałyby powstać nowe (lub zostać wyremontowane stare) drogi samorządowe, wychodzi naprzeciw oczekiwaniom obywateli. – Ludzi, którzy mieszkają dzisiaj bardzo często w tych miejscach, które nie mają szans na to, żeby zrealizować ten ambitny program infrastrukturalny – twierdziła.
– To jest rzecz dyskusji, czy chcecie państwo realnie zmieniać Polskę, wychodzić naprzeciwko oczekiwaniom Polaków czy też wolicie udawać – mówiła do opozycji. A po kilku dniach okazało się, że i ona woli udawać. O czym może dowiedziała się jako ostatnia, bo światło do odwrotu dał przecież prezes.
W efekcie wyszła na polityka słabego i niezdecydowanego. Być może Prawu i Sprawiedliwość uda się wmówić niektórym wyborcom, że partia wycofała się z propozycji w trosce o ich portfele, ale nie będzie to Beata Szydło. Ona tylko na tej przepychance straciła. Najpierw broniła absurdalnego projektu, a po chwili okazało się, że nie mówiła na serio.
To jest największy dramat premier Szydło. Broni swoim nazwiskiem projektów, na które być może nie zdecydowałaby się, gdyby miała cokolwiek do gadania. A że nie ma nic, to paradoksalnie... musi gadać. Dokładnie tak, jak zagrają jej inni. Duda w tej sprawie miał komfort. Nie musiał się wychylać.
To już recydywa
A przecież premier nie po raz pierwszy firmuje swoją twarzą szaleństwo PiS. Pamiętacie "czarny protest"? – Rząd nie pracuje nad zmianami prawa aborcyjnego – mówiła Szydło, żeby stonować nastroje. Cóż z tego, że rząd nie pracował, skoro projekt "Stop Aborcji" hulał po parlamencie, nie został odrzucony na dzień dobry i trafił do dalszych prac sejmowych. Do dziś jest kojarzona z tymi antykobiecymi propozycjami, ponieważ nie potrafiła się od nich zdecydowanie odciąć. A może potrafiła, ale nie mogła.
Mało? Przypomnijcie sobie prawdopodobnie największy międzynarodowy odlot w historii Prawa i Sprawiedliwości. Urojona w głowie prezesa walka o niewybranie Donalda Tuska na drugą kadencję w roli szefa Rady Europejskiej. Prezes kazał, a Szydło musiała potem w Brukseli odstawić szopkę. 27:1 to przecież tylko początek tamtej żenującej historii. Jeszcze zanim Tusk został wybrany, ale dotarło to już chyba do świadomości pewnych kręgów na Nowogrodzkiej, premier ogłosiła, że... nie przyjmie konkluzji ze szczytu. – Zgłosiłam, iż nie będę przyjmować konkluzji z tego szczytu Unii Europejskiej – mówiła. W ten sposób chciała zablokować wybór byłego premiera, co oczywiście nie wyszło.
logo
A jeszcze przed szczytem rozsyłała list do szefów rządów poszczególnych państw Wspólnoty. "Urzędujący Przewodniczący Rady Europejskiej zdecydował się wielokrotnie przekroczyć swój europejski mandat, używając autorytetu Przewodniczącego RE w ostrych sporach krajowych. Tak się stało m.in. w czasie, kiedy część opozycji blokowała metodami siłowymi prace demokratycznie wybranego parlamentu" – pisała premier. Słowem cyrk na kołach. Co w tej sytuacji robił Duda? Nic – milczał. Ale przynajmniej nie musiał się ośmieszać.
To zresztą stały schemat. Kiedy wiadomo, że partia będzie zbierała cięgi, Szydło wysuwana jest na pierwszy plan. Kiedy odnosi sukcesy – zupełnie jej nie widać. Tak było choćby przy wizycie Donalda Trumpa. Andrzej Duda ogrzewał się w blasku szerokiego uśmiechu prezydenta USA, a premier nie było nigdzie. Kiedy zwrócił na to uwagę dziennikarz Polskiego Radia i zapytał ją o jej pozycję, został zwolniony.
A jak było na ostatnim Kongresie PiS? Przemawiał prezes, przemawiał wicepremier Morawiecki, przemawiał Ziobro. Szydło była skoncentrowana na klaskaniu. Kończy się to tak, jak dzisiaj w Sejmie, w trakcie debaty o reformie Sądu Najwyższego. Premier nie dość, że była nieobecna, to i tak nie była potrzebna. Opozycja swoje apele kierowała bowiem nie do niej, a do prezesa PiS. Każdy tam wie, że akurat ona nie ma nic do powiedzenia.
Przykre i prawdziwe.