Przekazy dnia PiS obliczone są na dotarcie do własnego elektoratu albo odwrócenie uwagi od spraw naprawdę ważnych
Przekazy dnia PiS obliczone są na dotarcie do własnego elektoratu albo odwrócenie uwagi od spraw naprawdę ważnych Fot. Slawomir Kaminski / Agencja Gazeta

Prawo i Sprawiedliwość ideologizuje debatę publiczną i utwardza swój elektorat polityką historyczną, godnościową i symboliczną. Nieustannie narzuca także swoje tematy, a tzw. skrzydłowi, czyli politycy tej partii, których zadaniem jest dotrzeć z przekazem do określonych grup wyborców, umiejętnie podgrzewają emocje. Opozycja przegrywa, bo nie kreuje własnych tematów. A przecież ma je pod nosem.

REKLAMA

Co i rusz słyszymy o nowych polach wewnętrznych i zewnętrznych konfliktów kreowanych przez PiS, którymi prezes Kaczyński tak lubi zarządzać. Byli uchodźcy, reparacje od Niemiec, reprywatyzacja, teraz walczymy z Izraelem o prawdę o Holokauście. Na tapecie jest też PRL jako "czarna dziura” w historii Polski, a za chwilę będzie degradacja Jaruzelskiego, Kiszczaka, Hermaszewskiego oraz żołnierze już nieco mniej wyklęci. PiS organizuje kolejne igrzyska, a słupki sondażowe mu rosną.

Przy okazji zamawia własne sondaże, bada odbiór społeczny poruszanych tematów i narzuca swój przekaz. Według władzy nie ma np. problemu antysemityzmu Polaków, jest za to antypolonizm w Izraelu i na świecie w ogóle. Ten syndrom oblężonej twierdzy wykorzystywany jest zresztą z premedytacją.

Jedne tematy mają przykrywać inne albo odwracać uwagę od problemów rządu. I tak non stop. Nawet skutki konfliktów na arenie międzynarodowej obliczane są na wewnętrzny użytek polityczny. Szybko okazuje się, że z tematów kreowanych przez PiS - choć często szkodzą wizerunkowi Polski - niewiele wynika, tak jak z reparacji, czy z reprywatyzacji, albo są to po prostu tematy zastępcze, jak burzenie Pałacu Kultury i Nauki. Niewiele obchodzą więc większość Polaków, bo nie mają bezpośredniego wpływu na ich życie.

Oto 5 tematów, które powinna wziąć obecnie na sztandary opozycja bo bulwersują "normalsów", są dla nich ważne teraz, albo mogą mieć wpływ na ich przyszłość.

W nowej perspektywie finansowej z UE do naszego kraju trafi dużo mniej pieniędzy niż w latach poprzednich. Wszystko przez lodowate relacje rządu PiS z Brukselą, Brexit oraz projekty reform samej Unii Europejskiej, w ramach których wymienia się koncepcję Unii "wielu prędkości" i stworzenia oddzielnego funduszu dla państw strefy euro. Obecnie z unijnego budżetu otrzymujemy cztery razy więcej niż do niego wpłacamy. 82,2 mld euro, czyli 390 mld złotych – taka kwota w latach 2014-2020 roku trafi z UE do Polski. Kształt perspektywy finansowej na lata 2020-2026 rysuje się dużo bardziej pesymistycznie. Bardzo zła wiadomość jest taka, że UE zamierza powiązać przyznawane środki z przestrzeganiem praworządności w krajach członkowskich, co ma związek ze zmianami w wymiarze sprawiedliwości w Polsce forsowanymi przez PiS. Lider PO Grzegorz Schetyna zapowiedział ostatnio, że jego partia będzie przeciw łączeniu budżetu UE z praworządnością, "bo rządy się zmieniają, a budżet zostanie”.

Jak wynika z badania IBRiS dla "Rzeczpospolitej", Polakom nie umknęła informacja o sowitych nagrodach w rządzie. Najbardziej bulwersująca wydaje się być premia (w wysokości 65 tys. złotych), którą w ubiegłym roku osobiście przyznała sobie była premier Beata Szydło. 65,1 proc. ankietowanych twierdzi, że słyszało o nagrodach. Nic o nich nie wiedział więcej niż co trzeci ankietowany. Wyniki tego badania pokazują, że 76,1 proc. ankietowanych źle ocenia wysokość premii, w tym aż 53,8 proc. – zdecydowanie źle. Wysokość nagród popiera tylko 16,2 proc., zaś jedynie 7,7 proc. nie ma określonego zdania w tej sprawie. Wśród ankietowanych aż 55 proc. wyborców PiS źle ocenia finansowe nagrody, zaś dobre zdanie o ich wysokości ma 31 proc. zwolenników tego ugrupowania. Poza rządem nagrody popłynęły też szerokim strumieniem do gabinetów politycznych ministrów i kancelarii prezydenta Andrzeja Dudy. Wicepremier Jarosław Gowin mówił w środę Radiu ZET, że jako wiceministrowi nie starczało mu często z pensji do pierwszego i dlatego – jak przyznał – specjalne premie "mają łatać dziury w budżetach ministrów", czyli są dodatkową formą wynagradzania ich pracy.

Po programie 500 plus, który był wielkim sukcesem PiS, podobny efekt miało wywołać Mieszkanie plus. Okazuje się jednak, że młodzi Polacy nie wynajmą mieszkań na preferencyjnych warunkach, a program może zakończyć się fiaskiem. Pojawiły się wyliczenia, że Mieszkanie+ może wyjść drożej niż lokum na rynku komercyjnym, tak jak to się stało w Jarocinie. Budowanie tanich mieszkań przez państwo idzie wolno i nie opłaca się budowlańcom. Dlatego czynsze w programie Mieszkanie plus muszą być wyższe. Rząd zapowiada teraz dopłaty, zwłaszcza dla młodych, biednych rodziców, ale na na razie to gruszki na wierzbie. Była premier Beata Szydło obiecywała, że rząd zbuduje mieszkania z czynszem 10-20 złotych za metr, co oznacza, że 50-metrowe mieszkanie moglibyśmy wynająć za 500-1000 złotych miesięcznie. Niestety tak tanich mieszkań budować się nie da. W styczniu premier Mateusz Morawiecki przejął bezpośredni nadzór nad realizacją programu. Rozpoczęcie w ciągu roku budowy 100 tys. lokali to utopia – nie mają wątpliwości eksperci.

Co się dzieje, kiedy zwykły przedsiębiorca dzwoni do PiS w sprawie zakazu handlu w niedziele? – Ja też kiedyś byłam bezrobotna i ludzie nie mają prawa użalać się nad sobą. Niech zakasają rękawy i sobie znajdą inną pracę – tak na pytanie o skutki zakazu odpowiedziała niedawno w portalu wp.pl posłanka PiS Barbara Dziuk. W związku z wchodzącym od 1 marca prawem niektórzy stracą pracę, inni będą narzekać na ograniczenie im przez państwo wolności wyboru, a jeszcze inni kombinowali i kombinują, jak przechytrzyć ustawodawcę i zarobić na całym chaosie. Już wiadomo, że w wielu przypadkach za wolne niedziele część pracowników będzie musiała "zapłacić" wydłużonym czasem pracy w inne dni. Stacje benzynowe mają zamiar rozszerzyć swoją ofertę o mydło i powidło. Zakaz handlu nie dotyczy galerii handlowych jako całego kompleksu, a jedynie poszczególnych placówek w nich zlokalizowanych, co daje pole do kombinacji. Poza tym sprawa zakazu handlu w niedzielę inaczej wygląda z perspektywy bogatej Warszawy, a inaczej z punktu widzenia mniejszych miejscowości.

Prace nad nowelizacją kodeksu pracy wciąż trwają, ale do mediów co rusz przeciekają kolejne informacje o tym, czego przedsiębiorcy i pracownicy mogą spodziewać się po nowych przepisach. Są tam i dobre i złe propozycje. Komisja Kodyfikacyjna zamierza praktycznie wyeliminować umowy cywilnoprawne (o dzieło i umowy-zlecenie) i zastąpić je umowami o pracę, co ograniczy jednak możliwość dorabiania po godzinach. Rewolucja czeka też urlopy, które trzeba będzie wykorzystywać w ciągu jednego roku kalendarzowego. Ucieszyć się za to mogą osoby z krótkim stażem pracy. W tym momencie osobom, które mają przepracowane mniej niż 10 lat, przysługuje 20 dni urlopu, powyżej tego okresu – 26 dni. Po nowelizacji liczba dni wolnych ma zostać zrównana do tego górnego pułapu.

Ministerstwo Pracy zamierza również zmniejszyć premie uznaniowe. Monopol na reprezentowanie pracowników przez związki zawodowe ma odejść z zapomnienie, pojawią się bowiem nowe formy przedstawicielstwa. Pieniądze za nadgodziny nie trafią na nasze konta wraz z początkiem nowego miesiąca. Przerwę na papierosa trzeba będzie odpracować. Nowy kodeks wprowadzi obowiązek zaoferowania pracownikowi innej pracy, do której ten ma kwalifikacje.