"Bardzo polska awantura". Marek Belka ostrzega, czym może skończyć się afera z zarobkami w NBP

Markowi Belce, byłemu prezesowi NBP jest żal tej instytucji
Markowi Belce, byłemu prezesowi NBP jest żal tej instytucji Fot. Adam Stepien / Agencja Gazeta
– Skończy się tym, że w banku centralnym te zarobki zostaną radykalnie obniżone, a fachowcy będą szukać pracy w bankach komercyjnych. To jest przykre. Pamiętamy, że niedawno w Sejmie obniżono pensje o 20 proc. Zadziałał podobny mechanizm – mówi w rozmowie z naTemat prof. Marek Belka, b. premier i b. prezes NBP. Jego zdaniem na awanturze wokół zarobków w NBP cierpi przede wszystkim wizerunek banku.


Często w szeregach PiS słyszymy o "winie Tuska”, ale ostatnio głośno było o "winie Belki”. To pan jako były prezes NBP odpowiada podobno za to "eldorado” z wynagrodzeniami w banku centralnym?

Prof. Marek Belka, były premier i były prezes NBP: Przede wszystkim płace w NBP zawsze były bardzo wysokie, na innym pułapie niż w większości instytucji publicznych. Za mojej kadencji uporządkowaliśmy po prostu sytuację zarobkową. W 2010 roku nie nastąpiła jakaś istotna podwyżka płac, tylko uporządkowanie systemu wynagradzania.

Jak w każdej instytucji także w banku centralnym istnieje określona siatka płac. Prezes może zarabiać tyle, dyrektor departamentu tyle, a "świeżak” dużo mniej.

Dokładnie tak to funkcjonuje. Myśmy po prostu stworzyli takie ramy, żeby system wynagradzania był klarowny. Czyli jest pensja, premia uznaniowa i nagroda za szczególne osiągnięcia.

A te dodatkowe "fuchy” w instytucjach zależnych od NBP skąd się wzięły? Według mediów, pani Martyna Wojciechowska zarabia przecież także w Bankowym Funduszu Gwarancyjnym. Zawsze to tak funkcjonowało?

Za mojej kadencji było chyba kilka przypadków, żeby dyrektorzy z NBP albo ich zastępcy byli też członkami rad nadzorczych instytucji finansowych. Takich jak np. BFG czy Krajowy Depozyt Papierów Wartościowych. Reprezentowali tam interesy banku centralnego. Nawet nie wiedziałem, że to się wiąże z dodatkowymi zarobkami. Ale najważniejsza kwestia jest taka, że łączyło się to z absolutnie wyjątkowymi kompetencjami tych osób. To były osoby bardzo ściśle związane z funkcjonowaniem tych instytucji zależnych. Nikt tam nie chodził po naukę.

I nie zasiadali tam z klucza politycznego?

Oczywiście, że nie. To były bardzo rzadkie przypadki i dotyczyły finansowej "elity elit”. Najlepszych pracowników, którzy dbali tam o interesy NBP, czy szerzej o interesy skarbu państwa.

Pan jako prezes NBP funkcjonował w określonym środowisku politycznym. To środowisko nieraz pana krytykowało. Jak pan ocenia to, co dzieje się ostatnio wokół prezesa Glapińskiego? Niektórzy twierdzą, że on postawił się prezesowi Kaczyńskiemu, PiS, a nawet że poszedł na zwarcie, bo wie, że może sobie na to pozwolić, że jego 6-letnie kadencja jest "zabetonowana” w Konstytucji.


Bank jest instytucją niezależną i stąd się bierze jego siła i choćby to, o czym my wszyscy bardzo często zapominamy, czyli stabilność złotego. Łatwo sobie powiedzieć, że jakoś to będzie. My powinniśmy pamiętać jeszcze te czasy, gdy złoty nie był wcale ulubioną walutą Polaków. To, co się dzieje wokół NBP, jest bardzo niedobre.

Nie służy złotemu?

Nie sądzę żeby dzisiaj coś mogło zagrażać polskiej walucie. Natomiast gdy pojawi się jakiś trudniejszy moment - wtedy możemy zatęsknić za tym, żeby bank centralny był poza zakusami władzy politycznej i cieszył się należytym szacunkiem.

Póki co mamy taką sytuację, że trzy kluczowe instytucje finansowe w kraju, a więc poza NBP także KNF i BFG, są na cenzurowanym.

Przede wszystkim chciałbym powiedzieć, że nie należy wymieniać tych instytucji na jednym oddechu. To, co się stało w KNF, to jest zupełnie inna półka. Dzisiaj wszyscy się podniecamy, jak to w Polsce, wysokością zarobków, ewentualnie kompetencjami osób, o których mówimy, ale zapominamy, że to co się wydarzyło w KNF jest nieporównywalne do awantury o zarobki.
Niestety media i ich odbiorcy ekscytują się głównie wysokością pensji. Skończy się tym, że w banku centralnym te zarobki zostaną radykalnie obniżone, a fachowcy będą szukać pracy w bankach komercyjnych. To jest przykre. Pamiętamy, że niedawno w Sejmie obniżono pensje o 20 proc. Zadziałał podobny mechanizm.

Ale wróćmy do prezesa Glapińskiego i "zabetonowanej kadencji”.

Uważam, że nic nie jest do końca pewne i nienaruszalne. To jest ideał. Jeżeli słyszy się teraz o zakusach by ktoś z zewnątrz, ustawowo, ustalał wysokość zarobków prezesa NBP, to jest to działanie w kierunku podporządkowania tej instytucji władzom politycznym.

Dużo się mówi ostatnio o ustawie o jawności płac w NBP, kolejne ugrupowania szykują swoje projekty. Europejski Bank Centralny wysokość zarobków swoich pracowników zamieszcza na stronach internetowych.

Ale w Polsce nie chodzi o to żeby pensje w NBP były jawne, tylko o to żeby prezes mniej zarabiał.

A czy w tej całej przepychance, poza "zabetonowaną” kadencją, znaczenie ma to, że prezes Glapiński wywodzi się z tzw. zakonu PC, że tworzył zaplecze finansowe PiS?

Na ten temat będę milczał w trzynastu językach.

Jak się, według pana, zakończy ten dość żenujący spektakl w NBP?

Cała ta awantura o zarobki jest bardzo polska. My przecież składając sobie życzenia często życzymy sobie, żeby było nam lepiej niż innym. Przede wszystkim jest mi żal tej instytucji, bo to, że się w NBP bardzo dobrze zarabia, przekładało się na to, że to była instytucja na bardzo wysokim poziomie, która cieszyła się olbrzymim autorytetem międzynarodowym. Zespół analityczny, który tam pracuje, jest najlepszy w Polsce. Ale teraz obawiam się, że to wszystko może się zacząć rozsypywać.

To może prezes Glapiński powinien przeciąć ten spektakl. Może te panie nie powinny tyle zarabiać, bo wiele wskazuje na to, że mogą nie mieć wystarczających kwalifikacji? Jakby pan rozwiązał tą kryzysową sytuację?

Na pewno trzeba to jak najszybciej przeciąć, bo to się odbija na wizerunku NBP, ale nie chcę nic doradzać prezesowi Glapińskiemu.
Znajdź nas na Znajdź nas na instagramie

Oceń ten artykuł:

Trwa ładowanie komentarzy...