
W tym miejscu miał znajdować się poważny felieton, będący komentarzem do ironicznego tweeta wiceministra spraw zagranicznych Arkadiusza Mularczyka. Polityk PiS napisał na Twitterze, że podczas joggingu w Berlinie zaczepiło go niemieckie małżeństwo, które chciało zapłacić mu kilkaset euro w ramach reparacji wojennych. Granice absurdu zostały przekroczone do tego stopnia, że zamiast felietonu powstało króciutkie opowiadanie. Prawie wszystkie wymienione w nim rzeczy chyba się nie wydarzyły.
Ze snu w berlińskim apartamencie wyrywa go telefon zapłakanej kuzynki. - Arek? Arek?! Ja już nie mogę tego wytrzymać! Janusz stanął pod ścianą! - łka rozdzierająco przez WhatsAppa.
- Hände hoch? - mamrocze zrywając się z łóżka.
- Nie, ty pośle! Miałeś mu załatwić robotę w Polsce! Siedzi w tych Niemczech, pracuje za głodowe stawki! Może potrzebujecie gdzieś jakiegoś anestezjologa, może w szpitalu MSWiA? - pretensje w jej głosie ustępują miejsca nadziei.
Arkadiusz przewraca oczyma. Ileż można?!
- Kuzynko, nas zalała fala lekarzy z Niemiec! Sama wiesz, że w Polsce płaci im się znacznie więcej, niż tu… - po raz tysięczny powtarza słowa prezesa.
Łkanie przechodzi w bolesne zawodzenie. Arkadiusz przełyka głośno ślinę, rozmasowuje palcami bolące skronie. - Poszukam czegoś, Lidka - szepcze w końcu. - Może znajdzie się coś w Orlenie, czy gdzieś… - jego głos staje się miękki, łagodny.
- Albo… Albo jakiś instytut możecie mu założyć? Nie musi być duży… - podsuwa kuzynka, pociągając nosem. - Zobaczę, co da się zrobić - obiecuje Arek, po czym kończy połączenie.
W głowie kiełkuje mu myśl: Narodowy Instytut Reparacji Od Niemiec, Ale Nie Od Rosji? NIRONANOR - obraca w myślach zgrabny skrót. "To będzie dobry dzień" - uśmiecha się do siebie wciskając guzik na ekspresie do kawy.
Wśród szumu i pary do filiżanki z likwidowanej polskiej fabryki porcelany płynie czarny, aromatyczny płyn. Arkadiusz szybko wyciąga zużytą kapsułkę, wrzuca do nieprzezroczystego woreczka, zawiązuje go na supeł i ostrożnie umieszcza na dnie dużego worka na śmieci, stojącego przy drzwiach wyjściowych. Nawet gdyby pod jego nieobecność nagle wpadła z rewizją niemiecka policja - coś, czego trzeba się spodziewać, gdy jest się autorem głośnego raportu o reparacjach - nikt nie dowie się, że co rano rozkoszuje się smakiem niemieckiej kawy Jacobs.
Wychodzi z domu starannie zamykając drzwi i wtapia się w tłum na stołecznej ulicy. "Cholerni imigranci" - myśli z niechęcią patrząc na cudzoziemców, którzy wyglądają i brzmią tak, jakby z pewnością nie nazywali się Helga czy Hans. Potem robi to, co zwykle, gdy udaje mu się wyrwać do Berlina: wsiada do pociągu i jedzie w nieznane. Bez biletu - jak prawdziwy patriota. I to pierwszą klasą.
Owszem, konduktorzy próbują go wypraszać (skarżył się już na to prezesowi, i to nie raz), ale pozostaje niewzruszony. - Dlaczego to robisz? - pyta łamaną polszczyzną jeden z nich (Arkadiusz z zasady nie odpowiada na komunikaty po niemiecku). - Może dlatego, że Niemcy w latach 1939-45 ukradli lub zniszczyli ogromną ilość polskiego taboru kolejowego? - rzuca mu w twarz, triumfalnie zamykając dyskusję.
Drugim powodem, o którym jednak woli nie mówić głośno, było to, że po ostatnich podwyżkach nie stać go już na bilety kolejowe w Polsce. Co innego lotnicze. Wszystko jest kwestią odpowiedniej perspektywy. Rozmyślania przerywa mu niemiecki konduktor.
- Herr Mularczyk - skłania głowę, przechodząc.
– Pan - poprawia Arkadiusz przez zaciśnięte zęby, po chwili jednak na jego twarz wraca uśmiech.
Przynajmniej już go rozpoznają.
Do Berlina wraca pod wieczór. Ma świetny patent na to, jak się nie pogubić - najlepsze wyjście, to po prostu nie wysiadać.
W żołądku ciąży mu dobrze wysmażony kotlet, który z urażoną godnością skonsumował w wagonie restauracyjnym, choć nie było to jego danie pierwszego wyboru. - Czy to WARS czy Gestapo?! - wykrzyczał, gdy poinformowano go, że został już tylko Schnitzel.
Przy deserze zastosował już jednak klauzulę sumienia. Ten torcik był podejrzanie podobny do migdałowego torcika z Ikei, a czegoś takiego prześladowany katolik tknąć po prostu nie może.
"A gdyby tak... reparacje od Szwecji"? - rozmarza się Arkadiusz. "XVII wiek. Pamiętamy" - układa z miejsca hasło kampanii billboardowej, która rotowałaby z plakatami o sędziach kradnących kiełbasę. "Przynajmniej nie sznycel" - krzywi się, gdy nogi niosą go w kierunku apartamentu.
W okolicy Bramy Brandenburskiej energiczny marsz zmienia się w trucht. Nie zaszkodzi chwilę pobiegać, po tylu godzinach siedzenia. "Just do it" - powtarza pod nosem, zataczając kolejne okrążenia. Szczęśliwie ma już na sobie dres - strój przystosowany do walki lub ucieczki, a więc dla polityka PiS w Niemczech po prostu idealny.
- Arkadiusz Mularczyk? - macha do niego żywotny, łysiejący sześćdziesięciolatek, nadbiegający z naprzeciwka. Kanclerz Olaf Scholz! Ma na sobie miał biało-czerwoną bluzę do biegania. Przypadek? A może próbuje namieszać mu w głowie?
Arkowi łzy stają w oczach. Akurat dziś wybrał się na jogging bez raportu pod pachą, a tu taki traf!
- Powiem, że na joggingu spotkałem Polaka, który podziękował mi za rozsądek w sprawie czołgów Leopard - dyszy truchtający ciągle w miejscu kanclerz.
- A ja powiem, że spotkałem niemieckie małżeństwo, które chciało mi wypłacić reparacje z bankomatu! - zaperza się Mularczyk, celując w niego palcem.
- Wstawię to na Twittera - grozi Scholz.
- Ja też! - mruży oczy Mularczyk.
Po tej wymianie ciosów ruszają, każdy w swoją stronę. Leżąc w łóżku, wpatrując się w sufit, Arkadiusz robi szybkie podsumowanie.
To był dobry dzień.
