Angielski Nawrockiego obśmiany po Davos. To jednak nie on powinien się wstydzić

Dno i metr mułu, sztuczny akcent i po prostu żenada... wiecie o kim piszą tak teraz w internecie? O Karolu Nawrockim, a konkretnie o tym, jak mówi po angielsku. Chodzi o jego wystąpienie w Davos. Ale czy nasz prezydent naprawdę się skompromitował? Zamierzam zaorać jeden dziwny trend, który po prostu mnie wkurza.

Karol Nawrocki poleciał do Davos i było jasne, że będzie musiał mówić po angielsku. Kiedy fragmenty z wystąpienia Nawrockiego trafiły do sieci, zaczęło się piekło. "Nie rozumie ani języka, ani przekazu. Biedaczek"; "Pośmiewisko robi z siebie i z Polski. Dramat. Chłop nie rozumie, o czym do niego mówią" – to tylko dwa wybrane wpisy.

Ktoś stwierdził, że kiedyś lepiej się słuchało Andrzeja Dudy w Davos, bo przynajmniej było śmiesznie. Z Nawrockim sytuacja jest inna i tutaj naprawdę poszło to za daleko. Prezydent padł ofiarą dziwnego, ale bezlitosnego trendu, który polega na obśmiewaniu dla zasady. Okej, politycy powinni dobrze posługiwać się językiem obcym, to przecież podstawa. Tylko czy Nawrocki naprawdę skompromitował się w Davos? Przecież to, że prosił o powtórzenie pytania, to jeszcze nie koniec świata.

Jeśli chcemy egzaminować polityków z tego, jak mówią po angielsku czy w innym obcym języku, trzeba zrobić pewną rewolucję. Dzisiaj, żeby kandydować na urząd prezydenta, nikt najpierw nie dostaje testu do rozwiązania, czy jest na poziomie B1, B2, czy nie umie powiedzieć ani słowa. Nie ma rozmowy kwalifikacyjnej kandydatów na prezydenta, premiera czy posła.

Obejrzyjcie nasz odcinek commentary, w którym Łukasz Grzegorczyk dokładnie przyjrzał się reakcjom na wystąpienie Karola Nawrockiego w Davos.