
Zaproszenie Nawrockiego do Rady Pokoju dosłownie rozpaliło scenę polityczną. Andrzej Duda, Władysław Kosiniak-Kamysz czy Krzysztof Bosak stawiają własne tezy.
Zaproszenie prezydenta Karola Nawrockiego do Rady Pokoju Donalda Trumpa okazało się politycznym granatem z opóźnionym zapłonem. Polska głowa państwa sygnalizuje gotowość do rozmów, ale w Davos ogłasza, że na razie nie złoży podpisu.
Na stole leży projekt nowej organizacji, w której Trump ma zostać dożywotnim szefem, a przy tym samym stole usiąść mają także Władimir Putin i Alaksandr Łukaszenka. Do tego dochodzi wątek miliardowych "biletów wstępu" dla państw chcących stałego członkostwa. W takim otoczeniu decyzja Nawrockiego, by wstrzymać się z prawnym związaniem Polski z Radą Pokoju, wywołała lawinę komentarzy – od ostrożnych pochwał, po chłodny sceptycyzm.
Władysław Kosiniak-Kamysz: ulga w rządzie, że prezydent pamięta o konstytucji
Szef MON, Władysław Kosiniak-Kamysz, odczytuje ruch Nawrockiego przede wszystkim przez pryzmat procedur. W jego słowach słychać wręcz pewną ulgę, że prezydent nie zdecydował się na solową akcję ponad głowami rządu i parlamentu.
– Myślę, że to jest dobre posunięcie. Odrzucanie bez analizy byłoby błędem, przyjmowanie bez procesu konstytucyjnego byłoby niemożliwe. Więc te porady, które udzielaliśmy, ale też nasze wypowiedzi publiczne, widać, że trafiły do pana prezydenta i nie działa wbrew Konstytucji. Gdzie jest decyzja Rady Ministrów, przyjęcie w parlamencie, umowy międzynarodowej, jej ratyfikacja i podpis prezydenta. Więc trzeba w takim systemie działać – mówił w programie "Graffiti" szef MON.
Minister podkreśla, że natychmiastowe odrzucenie zaproszenia byłoby błędem, ale równie poważnym błędem byłoby jego przyjęcie bez pełnego trybu konstytucyjnego – od decyzji Rady Ministrów, przez zgodę Sejmu, po ratyfikację. W jego ocenie to właśnie ten sygnał z Warszawy przebił się do Pałacu Prezydenckiego i sprawił, że Nawrocki przyjął rolę uczestnika rozmów, a nie podpisującego gotowy dokument.
Kosiniak-Kamysz zwraca też uwagę na polityczną grę wokół całego projektu. Jego zdaniem Rada Pokoju to klasyczny przykład "licytacji": najpierw maksymalne podkręcanie napięcia, później stopniowe studzenie emocji, korekty zapisów i negocjowanie warunków. W takim ujęciu obecna pozycja Polski – "jesteśmy, rozmawiamy, ale jeszcze nie podpisujemy" – jest dla rządu akceptowalnym kompromisem.
– Na pewno potwierdza się to, co mówiłem w tej sprawie, że to jest element negocjacji, licytacji. Najpierw jest naciąganie strun, potem uspokajanie sytuacji – dodaje.
Andrzej Duda: odrzucenie Trumpa "na dzień dobry" było błędem
Były prezydent Andrzej Duda staje w zaskakująco wyraźnej kontrze do głosów, które chciałyby, by Polska natychmiast odcięła się od inicjatywy Trumpa. W jego ocenie gest Nawrockiego, który do Davos jedzie, ale nie składa jeszcze podpisu, to raczej przejaw politycznego rozsądku niż chwiejności.
– Jest w tym wszystkim jeden poważny problem, jeśli już ktoś chce ten pomysł kwestionować. A mianowicie fakt, że do tej Rady zaproszeni zostali także prezydent Putin i Łukaszenko – mówi Onetowi były prezydent Andrzej Duda.
Duda przyznaje, że największym problemem Rady Pokoju jest lista zaproszonych – w tym Putin i Łukaszenka – ale przypomina, że świat już dziś zasiada z Rosją przy jednym stole w Radzie Bezpieczeństwa ONZ. Jeśli ktoś chce być absolutnie pryncypialny i deklaruje, że "nie usiądzie z agresorem", musiałby konsekwentnie bojkotować także ten format.
W jego narracji kluczowe jest co innego, a mianowicie nie palić mostów z Białym Domem tylko dlatego, że konstrukcja nowej organizacji budzi zastrzeżenia. Duda twierdzi, że najpierw należy dokładnie poznać reguły gry, a dopiero później oceniać, czy Polska w ogóle powinna w niej uczestniczyć – choćby po to, by mieć wpływ na kształt instytucji, która i tak będzie powstawać.
– Jeśli chcemy osiągnąć pokój, i to w formule, gdzie inaczej niż w ONZ nikt nie będzie miał prawa weta, to pytanie, czy nie byłoby warto stać się członkiem tej Rady Pokoju. Bo przecież chcielibyśmy być przy stole, gdy rozstrzygać będą się sprawy dla świata kluczowe. Obecność w takim gremium, które faktycznie miałoby moc decyzyjną i sprawczą, byłoby dużym osiągnięciem polskiej dyplomacji – uważa Andrzej Duda.
Krzysztof Bosak: bez traktatu i liczb nie da się tego ocenić
Zupełnie innym tonem mówi Krzysztof Bosak. Wicemarszałek Sejmu z Konfederacji punktuje przede wszystkim chaos informacyjny wokół Rady Pokoju. Jego zdaniem dziś politycy i media dyskutują raczej o ogólnym pomyśle Trumpa niż o rzeczywistym projekcie organizacji.
Bosak zaznacza, że nie ma jeszcze gotowego tekstu traktatu ani jasnego opisu statusu prawnego Rady Pokoju. Nie wiadomo, jakie dokładnie obowiązki wzięłyby na siebie państwa członkowskie, kto faktycznie zarządzałby wpłacanymi środkami ani jak wyglądałby mechanizm decyzyjny tej instytucji. W tle majaczy też kwestia astronomicznych kwot, jakie miałyby płacić państwa za stałe członkostwo, ale nie wiadomo nawet, do czyjej kasy miałyby one trafić.
– Jeżeli ma to być organizacja międzynarodowa, to powinien powstać lub być gotowy projekt traktatu, który powinien być oceniony w Ministerstwie Spraw Zagranicznych oraz przez ekspertów i prawników. W tej chwili nic nie wiadomo o takim projekcie, więc właściwie dyskutujemy o pomyśle, którego szczegółów nie znamy – mówił Krzysztof Bosak redakcji DoRzeczy.pl.
Jak argumentuje Bosak, w takim stanie informacji odpowiedzialna decyzja jest po prostu niemożliwa. Najpierw trzeba zobaczyć konkretny projekt dokumentu, dać go do oceny prawnikom i ekspertom od prawa międzynarodowego, a dopiero później rozstrzygać, czy Polska powinna firmować swoją obecnością konstrukcję, w której Trump ma niemal nieograniczone uprawnienia, a przy jednym stole siadają zachodni sojusznicy, Putin i Łukaszenka.
Co dalej z Radą Pokoju i polską polityką wobec Trumpa?
Wszystkie te wypowiedzi łączy jedno, a mianowicie świadomość, że zaproszenie Nawrockiego do Rady Pokoju to nie grzecznościowy gest, lecz próba ułożenia nowej architektury wpływów wokół Białego Domu. Dla Polski to szansa na utrzymanie bliskiej relacji z Waszyngtonem, ale także ryzyko wpisania się w projekt, który dopiero powstaje i już teraz budzi spore kontrowersje.
Na razie prezydent przyjmuje rolę uczestnika rozmów, a nie współzałożyciela, co rząd i część opozycji odczytują jako przejaw politycznej ostrożności. Dalszy bieg wydarzeń będzie jednak zależał od tego, co naprawdę znajdzie się w dokumentach Rady Pokoju: czy będzie to poważna, choć kontrowersyjna organizacja, czy raczej polityczny wehikuł zbudowany wokół jednej osoby.
Zobacz także
