
W sobotę Stany Zjednoczone stały się areną protestów o ogromnej skali przeciwko administracji Donalda Trumpa. Ponad 8 milionów ludzi wyszło na ulice, by zaprotestować przeciwko drożyźnie, wojnie z Iranem i autorytarnym zapędom Białego Domu.
W sobotę 28 marca ruch "No Kings" zmobilizował Amerykanów od wybrzeża do wybrzeża, organizując ponad 3 tysiące wydarzeń we wszystkich 50 stanach. Skala protestów zaskoczyła nawet samych organizatorów – szacuje się, że w marszach wzięło udział około 8 milionów osób, co czyni to wydarzenie największym zrywem od czasu ubiegłorocznych manifestacji. Ludzie wyszli na ulice nie tylko w metropoliach takich jak Nowy Jork czy Los Angeles, ale także w małych miasteczkach w stanach tradycyjnie republikańskich.
Drożyzna, wojna i polowanie na imigrantów
Dlaczego Ameryka wrze? Powodów jest co najmniej kilka, a każdy z nich uderza bezpośrednio w portfele i poczucie bezpieczeństwa obywateli. Protestujący sprzeciwiają się przede wszystkim eskalacji konfliktu z Iranem, który zdaniem wielu był fatalną decyzją administracji Trumpa. Wojna ta rykoszetem uderzyła w gospodarkę – ceny paliw na stacjach szybują w górę, a inflacja sprawia, że koszty życia stają się nie do zniesienia dla przeciętnego mieszkańca USA.
Czarę goryczy przelały jednak brutalne działania służb imigracyjnych. Po serii nalotów przeprowadzonych w największych miastach, nastroje społeczne sięgnęły zenitu. Ludzie mają dość polityki opartej na strachu i dzieleniu społeczeństwa. Sobotnie marsze były jasnym sygnałem: Amerykanie nie chcą prezydenta, który zachowuje się jak absolutny władca, ignorując głos "zwykłych ludzi".
Zobacz także
Jednym z ważniejszych punktów na mapie sobotnich protestów była Minnesota. Wybór tego stanu nie jest przypadkowy – to właśnie tam w styczniu doszło do tragicznej śmierci dwojga obywateli USA, Renee Nicole Good i Alexa Prettiego, którzy zginęli z rąk agentów federalnych podczas akcji imigracyjnej. Ich śmierć stała się symbolem walki z brutalnością służb podległych Trumpowi.
W stolicy stanu, mieście Saint Paul, zgromadziły się tysiące osób, w tym także czołowi politycy Partii Demokratycznej. Ponadto na scenie wystąpił piosenkarz Bruce Springsteen, który wykonał utwór "Streets of Minneapolis", będący bezpośrednim sprzeciwem wobec agresywnej polityki imigracyjnej.
Ameryka nie należy do dyktatorów
Ruch "No Kings" (Brak Królów) narodził się na ulicach i w ciągu kilku miesięcy stał się potężnym głosem sprzeciwu wobec tego, co protestujący nazywają "rodzącą się dyktaturą". Organizatorzy podkreślają, że sobotnie wydarzenia to dopiero początek. Ruch rośnie w siłę, jednocząc mieszkańców miast i wsi, robotników i intelektualistów. Hasło "No Thrones. No Crowns. No Kings." (Bez tronów, bez koron, bez królów) odbiło się echem nie tylko w USA, ale także w 16 innych krajach, gdzie ludzie solidaryzowali się z Amerykanami.
Donald Trump musi zmierzyć się z faktem, że miliony jego rodaków przestały patrzeć na niego jak na lidera, a zaczęły widzieć w nim kogoś, kto zagraża podstawowym wartościom Stanów Zjednoczonych.
