
Dla wielu turystów wakacje rozpoczynają się już w momencie przekroczenia bramki bezpieczeństwa i często towarzyszy im drink. Szef Ryanaira domaga się zmian w przepisach, które mają ukrócić pijaństwo w strefach bezcłowych. Według przewoźnika agresja wywołana alkoholem staje się zagrożeniem dla bezpieczeństwa.
Na lotniskowych terminalach nikogo nie dziwi widok osób wznoszących toast przed wschodem słońca. Lotniskowa atmosfera ma jednak swoją mroczną stronę, która objawia się dopiero kilka tysięcy metrów nad ziemią. Problem podróżnych, którzy pod wpływem trunków zamieniają lot w trudne przeżycie dla załogi i innych pasażerów, jest zjawiskiem, z którym linie lotnicze zmaga się z coraz większym trudem.
Ryanair chce limitu alkoholu na lotnisku
Wizja Michaela O'Leary'ego, szefa Ryanaira, zakłada, że porty lotnicze powinny przestać być miejscami nieograniczonej konsumpcji alkoholu. Chodzi szczególnie o godziny poranne.
Jak podaje serwis "Euronews", Ryanair kwestionuje sens serwowania trunków osobom czekającym na poranne rejsy.
– Nie potrafię zrozumieć, dlaczego bary na lotniskach sprzedają piwo o piątej czy szóstej rano. Kto o tej porze potrzebuje drinka? – mówił O'Leary w rozmowie z dziennikiem "The Times". Jego zdaniem pasażerowie nie powinni mieć możliwości zamówienia więcej niż dwóch drinków na lotnisku, co mogłoby być weryfikowane przez skanowanie kart pokładowych przy barze.
Z taką argumentacją nie zgadzają się jednak właściciele lotniskowych restauracji, np. Tim Martin, właściciel sieci Wetherspoon. W wypowiedzi dla "The Times" zaznaczył, że takie restrykcje byłyby niemożliwe do sprawiedliwego wyegzekwowania bez badania podróżnych alkomatem. Martin twierdzi też, że lotniskowe restauracje przestrzegają już własnych zasad, które zabraniają sprzedawania alkoholu wyraźnie pijanym klientom.
Zobacz także
Agresywni pasażerowie vs bezpieczeństwo lotu. Ryanair mówi dość
Naruszanie porządku na pokładach samolotu nie jest jedynie problemem zagranicznych portów lotniczych, ale staje się coraz ważniejszą kwestią również w Polsce. Dobitnym przykładem jest sprawa lotu FR3435 z Krakowa do Paryża, który odbył się w październiku 2024 roku. Jeden z podróżnych, będąc pod wpływem silnych emocji i prawdopodobnie używek, zaatakował współpasażerów, co zmusiło załogę do powrotu na lotnisko w Balicach.
Decyzją sądu sprawca został skazany na 8 miesięcy pozbawienia wolności w zawieszeniu na 3 lata, ale to sankcje finansowe uderzyły w niego najmocniej. Został on zobowiązany do zapłaty odszkodowania w kwocie 4700 euro, co po przeliczeniu daje ponad 20 tysięcy złotych.
Niestety nie jest to pierwsza tak niebezpieczna sytuacja w historii irlandzkiego przewoźnika. Na łamach naTemat pisaliśmy o licznych sytuacjach, w których jego pasażerowie na własnej skórze przekonali się o wysokich karach za zakłócanie lotów. Takie sytuacje oznaczają nie tylko koszty, lecz również zakłócenie siatki połączeń, co w niestabilnych czasach dla branży lotniczej stanowi dodatkowy problem do rozwiązania.
