Kolaż, jajka z koroną i płomieniem w tle.
Od kiedy mam ten sprzęt, nie robię jajek w żaden inny sposób. Montaż: naTemat.pl

Jedno urządzenie kompletnie zmieniło sposób, w jaki gotuję jajka. Od teraz są znacznie łatwiejsze w przygotowaniu. Po przyrządzeniu potrawy nie zostaje mi do posprzątania gigantyczny bałagan, a jajka zawsze wychodzą idealnie. To prawdziwy "game-changer", którego potrzebowałem.

REKLAMA

Jajka są ważnym elementem mojej diety. To prawdziwe skarbnice witamin i minerałów, a także doskonały składnik w kontekście "makro". Jajka mają bowiem dużo białka (aż 7 g na sztukę!), zapewniają sytość na długie godziny i przede wszystkim – są fantastycznie smaczne.

Szczególnie, że nie przyrządzam ich w standardowy, nudny sposób. Najczęściej gotuję je na półtwardo (tzw. jajka siedmiominutowe) i umieszczam na kilka godzin w marynacie z sosu sojowego, koreańskiej przyprawy gochugaru, imbiru, octu ryżowego (lub soku z cytryny, jeśli akurat go zabraknie), czosnku granulowanego i cukru. W ten sposób uzyskuję niezwykłą pełnię smaków, w tym umami, kwasowości, ale też delikatnej słodyczy i ostrości.

Kto nigdy nie próbował, polecam. Jest to fantastyczne rozwiązanie do zup, ramenów, korean-style noodles, ale też jako "stand-alone" przystawka. Ale nie o tym.

Jajka są pyszne, ale mają zasadnicze wady, które wyeliminował prosty sprzęt, o którym dalej. Wady, o których mówię, to:

  1. Bałagan. Gotowanie jajek to zawsze problem w tym kontekście. Szczególnie że podejmuję duże wysiłki w zakresie higieny gotowania. Zawsze starałem się obchodzić z nimi jak najbardziej sanitarnie i zawsze zostawało mi kilka naczyń do umycia po ich przygotowaniu.
  2. Skorupki. Każdy, kto je dużo jajek na twardo lub półmiękko, zadaje sobie to pytanie – jak zrobić jajka tak, by skórka idealnie odchodziła. Mogę potwierdzić, że skorzystałem z naprawdę wielu life-hacków, a niewiele przyniosło jakikolwiek efekt.
  3. Nieprzewidywalność. Gotowanie jajek zawsze ma pewien margines błędu. Od minimalnych różnic czasowych zależy stopień ścięcia jajka. No i dodatkowo trzeba uporczywie pilnować czasu. Przegapiony alarm rujnuje całe danie.

W sumie należy też wspomnieć, że mój sposób przygotowania jajek ma też kluczowe znaczenie w kontekście zdrowotnym. Gotuję, a nie smażę, przede wszystkim ze względu na niską kaloryczność. Co więcej, jeśli wymieszamy jajka z majonezem wegańskim, to otrzymamy niezwykle uniwersalną, a niskokaloryczną pastę jajeczną o znakomitym smaku. To świetny fundament wielu zdrowych przekąsek.

Podejmowałem wiele prób poradzenia sobie z tymi problemami

Lata kuchennej praktyki, wiele eksperymentów i wiele niepowodzeń – tak oceniam moją dotychczasową przygodę z jajkami. Do czasu.

Wypróbowałem naprawdę wiele lifehacków na idealnie odchodzące skorupki, w tym:

  1. Jajka z air-fryera – niestety mój model nie radzi sobie z nimi zbyt dobrze. Nierówne dysze powietrza sprawiają, że jajka wychodzą bardzo "nierówne".
  2. Jajka gotowane z dodatkiem octu – ta metoda ma sporo sensu, ale musiałem używać naprawdę dużo octu. No i nie zawsze wychodziły jak chciałem.
  3. Jajka gotowane z dodatkiem sody oczyszczonej – to klon metody z octem, ale nie widzę osobiście żadnej różnicy.
  4. Przekłute jajka gotowane – nigdy mi to nie dało realnych rezultatów, ale wiem, że naprawdę wiele osób zachwala tę metodę.
  5. Potrząsanie ugotowanymi jajkami w słoiku – metoda fajna, ale bywa, że jeśli skorupka nie chce odejść, to w ten sposób uszkodzimy powierzchnię jajek i nie będą one idealne.

Co więcej, gwoli kronikarskiego obowiązku dodam, że zawsze po ugotowaniu jajek czekała na nie zimna kąpiel. To akurat standard, bo dzięki temu mogę je obierać od razu, a mam bardzo wysoką sensorykę na ciepło (dotykanie gorących przedmiotów absolutnie nie wchodzi u mnie w grę). Co więcej, kiedy jeszcze gotowałem jajka w garnku, zawsze wrzucałem je do wrzątku.

Dalsza część artykułu poniżej.

Muszę też nadmienić, że jajka obieram w wodzie (lub pod bieżącą wodą, jeśli akurat nie ma odpowiedniego naczynia), bo ta metoda akurat w każdej sytuacji mi ułatwia całą procedurę.

Jak przygotować idealne jajka?

Rozwiązanie tych kwestii było zaskakująco proste. Bo wystarczył prosty sprzęt, który sprowadziłem z Czech (w tym miejscu czas na lekką posypkę z cebuli; był po prostu tańszy o 20 złotych niż u polskich dystrybutorów), ale oczywiście kupimy go w większości supermarketów.

I nie mam tu zamiaru firmować żadnego konkretnego modelu. Bo wszystkie w zasadzie działają tak samo. Chodzi mi oczywiście o jajowar. Jest to urządzenie, które za pomocą pary tworzy optymalne warunki do gotowania jajek. Używanie go jest proste, czyste, szybkie i intuicyjne.

Zalety korzystania z jajowara, które dostrzegam po roku użytkowania, są naprawdę imponujące:

  1. Skorupka odchodzi łatwiej. Nie wiem do końca, co sprawia taki stan rzeczy, ale różnica jest wyraźna. Dodam, że jajka nakłuwam za pomocą dedykowanego szpikulca w zestawie.
  2. Sprzęt jest łatwy w czyszczeniu i nie zajmuje miejsca. Mój jajowar pomieści idealnie 12 jajek i wyczyszczenie go po ich przygotowaniu zajmuje maks. 3 minuty. Z garnkami zawsze jest to większy problem: trzeba czekać, aż wystygną; są cięższe, mniej poręczne.
  3. Wygoda. W tym przypadku nie ma miejsca na żadne pomyłki. Jajowar sam odmierza czas. Ja tylko muszę wlać odpowiednią ilość wody, tak, by była dobrana do liczby jajek. Jak są gotowe, to wydaje przeraźliwy dźwięk i tyle, "deal done" (okej, to też można interpretować jako wadę, raczej nie jest wskazane gotowanie jajek w trakcie ciszy nocnej!)
  4. Przewidywalność. Od kiedy korzystam z tego sprzętu, jajka zawsze wychodziły tak samo, w zależności od tego, ile dodałem wody. Nigdy nie trafiły mi się nadmiernie "na twardo" lub nadmiernie "wodniste".

Podobno mój jajowar robi też jajecznicę i jajka sadzone (ale nie ufam plastikowym foremkom, które przyszły w zestawie z nim). Wspominam o tym z recenzenckiej przyzwoitości.

Jajkożercom zdecydowanie to rozwiązanie polecam. Powiedziałbym wręcz, że jest to mój najlepszy kuchenny zakup w 2025 roku.