Jarosław Kaczyński na tle polskich flag. Maciej Bąk, dziennikarz
Jarosław Kaczyński sam wpakował PiS na minę. Fot. Shutterstock / canva

Zgoda w Prawie i Sprawiedliwości okazała się fasadą, i to kiepską. Po niecałym miesiącu od pojednawczej kolacji u Adama Bielana widać jak na dłoni, że Morawiecki z Sasinem po prostu nie są już w stanie grać w jednej drużynie. A już na pewno nie tej dowodzonej przez coraz bardziej zagubionego Przemysława Czarnka, mającego nad sobą coraz słabszego politycznie prezesa Kaczyńskiego. PiS co prawda próbuje pokazać jedność, zapowiadając na czerwiec wspólny wiec frakcyjnych liderów. Ale coraz bardziej przypomina to pudrowanie trupa.

REKLAMA

Kuriozalna inicjatywa prezesa PiS

Nie ma lepszego dowodu na to, jak zła jest obecna sytuacja Prawa i Sprawiedliwości niż ostatnia inicjatywa największej opozycyjnej partii w sprawie kryptowalut. Ten sam PiS, który od miesięcy gardłuje, że Tusk z ekipą chcą przeregulować rynek, utrudnić życie tysiącom ludzi inwestujących w ten system (a finalnie najpewniej ich okraść), w poniedziałek postanowił przekręcić wajchę dokładnie w przeciwną stronę. Do Sejmu wpłynął bowiem projekt ustawy materializujący wypowiedziane w kwietniu na głos marzenie prezesa Jarosława Kaczyńskiego: by obrót kryptowalutami stał się w Polsce nielegalny.

Projekt wywołał w partii gigantyczną konsternację. Skąd bowiem ci biedni szeregowi posłowie, chodzący codziennie na wywiady do mediów, mają nagle znaleźć argumenty za delegalizacją kryptowalut, skoro konsekwentnie, od pierwszego krypto-weta Karola Nawrockiego, bronią tej branży i przekonują, że zły rząd Tuska się na nią zasadza.

Jasne, po drodze wydarzyła się afera Zondacrypto i trudniej dziś mówić o tym zjawisku jako o czymś całkowicie bezpiecznym. Ale żaden wyborca nie ma aż tak krótkiej pamięci, by zapomnieć, że Prawo i Sprawiedliwość dopiero co chciało branżę krypto rozwijać, a nie zwijać.

Całe zamieszanie bardzo szybko wykorzystał Mateusz Morawiecki. Były premier w Radiu ZET wprost powiedział, że nie złożył podpisu pod tym projektem, bo nie można poruszać się z jednej skrajności do drugiej. W ślad za Morawieckim podobne słowa krytyki wobec inicjatywy prezesa wypowiedzieli tego samego dnia w różnorakich mediach jego ludzie, między innymi Paweł Jabłoński czy Szymon Szynkowski vel Sęk.

A Jacek Sasin? Lider nieformalnej grupy "maślarzy", próbujących wyniszczyć "harcerzy" Morawieckiego, raptem godzinę po wywiadzie byłego premiera napisał: "polityka to gra zespołowa i odpowiedzialność za państwo, a nie solowa gra pod własne ambicje i budowanie kariery na podkreślaniu różnic z własną formacją".

I choć i Sasinowi pomysł Kaczyńskiego zupełnie nie siedzi, to w walce o względy prezesa lider "maślarzy" musi zajmować stanowisko przeciwne Morawieckiemu. Co w tym wypadku skazuje go na obronę projektu, który jest po prostu nie do obrony.

I tak oto PiS z niewygodnego dla siebie tematu zrobił temat jeszcze mniej wygodny. Co błyskawicznie pochwycił Sławomir Mentzen, publikując AI-owy filmik z Kaczyńskim chcącym zakazać wszystkiego, czego nie rozumie. A Morawiecki znów miał okazję do tego, by pokazać się jako "ten rozsądny prawicowiec".

W PiS jest źle, a będzie tylko gorzej

Drodzy państwo, zapnijcie pasy, bo tak już teraz będzie cały czas. Pozwolenie na to, by "maślarze" z "harcerzami" funkcjonowali w jednym organizmie partyjnym, który jako przyszłego premiera lansuje bliższego tej pierwszej grupie Przemysława Czarnka, jest proszeniem się o katastrofę. A jeden z jej pierwszych aktów zadział się w minionym tygodniu, na mającym zintegrować i zmobilizować klub parlamentarny PiS-u wyjazdowym posiedzeniu, które - co opisały między innymi WP i TVN24 - zakończyło się awanturą i wzajemnym obwinianiem o słabe sondaże.

Co prawda zaraz potem poszedł przekaz o planowanym na początek czerwca wiecu w Gorzowie Wielkopolskim, na którym Sasin, Morawiecki i Czarnek wystąpią niczym trzej muszkieterowie na jednej scenie.

Trudno jednak nie odnieść wrażenia, że był to po prostu damage control, skonstruowany na szybko, by ratować sytuację po niezliczonych przeciekach do mediów w sprawie awantury na spotkaniu klubu. Co skądinąd też w PiS jest coraz częstszą praktyką - tak nielubiane przez partię media liberalne regularnie dostają cynki od posłów z którejś z frakcji na temat wewnętrznej sytuacji w partii, co jeszcze niedawno nie zdarzało się na tak dużą skalę.

Prawo i Sprawiedliwość w obecnym kształcie nieuchronnie zmierza do implozji. Da się ją powstrzymać tylko w jeden sposób - pozbywając się jakiejś części trwającego gorącego konfliktu frakcyjnego. Sasina z Bocheńskim i resztą pozbyć się nie da, bo są oni sklejeni z Czarnkiem, który, póki co, wciąż jeszcze jest (nieudolnym, bo nieudolnym) kandydatem na premiera.

Jasnym jest więc, że jeżeli już ktoś ma zostać zrzucony z konia, to będzie to Mateusz Morawiecki. Problem w tym, że ten kilka tygodni temu zdążył oficjalnie się policzyć i okazuje się, że ma za sobą nawet około 50 szabel. A na takie uszczuplenie swoich kadr Kaczyńskiemu trudno się zdobyć.

Będzie spadek poniżej psychologicznej granicy poparcia?

Mamy więc w PiS-ie typową sytuację bez wyjścia. Z popełniającym gafę za gafą Czarnkiem, tułającym się za oceanem Ziobrą i krytykującym regularnie partię Morawieckim, coraz bardziej niedookreślone Prawo i Sprawiedliwość będzie tracić na atrakcyjności dla prawicowego wyborcy z tygodnia na tydzień.

Stąd realne obawy w partii o to, że w pewnym momencie sondaże zaczną pokazywać naprawdę alarmujące wyniki poparcia, być może lądując poniżej psychologicznej bariery 20 proc.

Metafora dwóch płuc, czyli dwóch frakcji, dwóch stowarzyszeń, dwóch wizji PiS działających na siebie w sposób tylko i wyłącznie pozytywny, okazała się metaforą plastyczną, bo łatwo te płuca porównać dziś do płuc nałogowego palacza. Który właśnie usłyszał trudną diagnozę i tylko radykalne decyzje mogą zapewnić mu szanse na przeżycie, a jednak nie jest w stanie się na nie zdobyć.

Pamiętajmy jednak, że i w tej analogii znajduje się iskierka nadziei dla prezesa. Wszak wielu nałogowych palaczy żyje i ma się dobrze aż do bardzo podeszłego wieku. Pytanie tylko, czy tak będzie w przypadku Kaczyńskiego, w którego politycznych płucach słychać już naprawdę niepokojące rzężenie.