
Robot kuchenny firmy Vorwerk kosztuje blisko 6 700 zł i od lat uchodzi za symbol kulinarnego prestiżu. Tymczasem rynek zalała fala termorobotów, które miksują, gotują, ważą i prowadzą po przepisach – za ułamek tej sumy. Sprawdzamy, czy naprawdę warto przepłacać.
Zanim zdecydujemy się wydać fortunę na sprzęt kuchenny, warto zrobić małe ćwiczenie myślowe. Wyobraź sobie, że stoisz przed zakupem nowego samochodu. Jeden ze sprzedawców oferuje ci auto za 130 tys. zł. Dokładnie obok widzisz praktycznie identyczny wóz, który ma te same funkcje, zbliżoną moc silnika i niemal taki sam bagażnik – tyle że kosztuje 30 tys. Co wybierasz?
W świecie robotów kuchennych ten scenariusz rozgrywa się na naszych oczach każdego dnia, a mimo to tysiące Polaków co roku wciąż decyduje się na tę znacznie droższą opcję.
Thermomix od lat cieszy się statusem kuchennej ikony. Jak pisaliśmy już w naTemat, stał się wręcz symbolem przynależności do polskiej klasy średniej – gadżetem, który jaśnieje blaskiem pieniędzy ze środka kuchennego blatu. Urządzenie sprzedaje się wyłącznie przez sieć autoryzowanych przedstawicieli, nie kupisz go w żadnym elektromarkecie, nie porównasz cen w internecie. To celowy zabieg: Thermomix nie jest produktem, jest przeżyciem. Lifestylowym fenomenem. I właśnie dlatego jego cena od lat rośnie bez żadnych zahamowań.
6500 złotych za robota kuchenneg? Dużo
Najnowszy model TM7, dostępny od lutego 2025 roku, kosztuje oficjalnie 6 669 zł. Do tego dochodzi subskrypcja platformy Cookidoo z przepisami – kolejne 259 złotych rocznie. W praktyce mamy więc urządzenie, za które w pierwszym roku zapłacimy niemal 7 000 złotych, a potem regularnie dokładamy za dostęp do bazy dań.
Premiera TM7 odbiła się szerokim echem – i nie tylko ze względu na nowe funkcje. W sieci zawrzało, gdy okazało się, że zebrani na evencie fani zaczęli kołysać się i śpiewać piosenkę z... Króla Lwa. Jeden z komentarzy brzmiał: "przez chwilę pomyślałem, że to relacja z jakiejś mszy".
Nowy model wprowadza kilka realnych usprawnień: większy, 10-calowy ekran dotykowy, możliwość otwierania pokrywy podczas gotowania, cichszy silnik i inteligentne ważenie składników w czasie rzeczywistym. Ale czy te zmiany uzasadniają cenę, która jest wyższa niż niejedna miesięczna pensja? Czy naprawdę musisz mieć w swojej kuchni akurat TM7?
Zobacz także
Rynek odpowiedział. I odpowiedź brzmi: nie musisz
Przez lata Thermomix nie miał godnych rywali. Dziś rynek wygląda zupełnie inaczej. Jak śledził INNPoland, to właśnie Lidl jako pierwszy odważył się zaoferować Polakom wielofunkcyjny termorobot w przystępnej cenie – i trafił w dziesiątkę.
Monsieur Cuisine Smart, zwany przez wszystkich Lidlomixem, stał się prawdziwym hitem. W sieci powstawały grupy "zwiadowcze", śledzące dostawy. Strona lidlomix.pl jak sokół monitorowała dostępność urządzenia w sklepie internetowym. To nie był po prostu tani gadżet – to był ruch oporu przeciw monopolowi prestiżu.
Co tak naprawdę potrafi Lidlomix?
Monsieur Cuisine Smart to dziś najdojrzalszy i najlepiej przetestowany rywal Thermomixa na polskim rynku. Urządzenie oferuje maksymalną temperaturę 130 stopni Celsjusza, 15 różnych funkcji kulinarnych, 5500 obrotów na minutę i 3-litrową misę ze stali nierdzewnej. Ale lista technikaliów to tylko część historii.
Prawdziwa przewaga Lidlomixa leży gdzie indziej: w ekosystemie. Baza przepisów jest bezpłatna i regularnie rozbudowywana. Przepisy prowadzą użytkownika krok po kroku – z filmami instruktażowymi. Można planować tygodniowy jadłospis i automatycznie generować listę zakupów. Urządzenie podłącza się do Wi-Fi, obsługuje Google Assistant i daje dostęp do przepisów tworzonych przez społeczność użytkowników. Brzmi znajomo? Bo to dokładnie to, za co Vorwerk każe płacić 259 złotych rocznie ekstra.
Biedronka też chce swojego kawałka tortu
Lidl nie jest już jednak jedynym dyskontem w tej grze. Jak informowaliśmy już w naTemat, Biedronka wprowadziła do sprzedaży własnego robota kuchennego, który przy odpowiednim wykorzystaniu potrafi skutecznie zastąpić dużo droższe urządzenia. Mowa o robocie Eldom Perfect Mix, sprzedawanym również pod szyldem Biedromixa. Regularna cena oscyluje wokół 1 999 zł, a z promocjami można go dorwać za ok. 1 599–1 699 zł.
Redakcja naTemat przetestowała Biedromix i sprawdziła, co tak naprawdę można w nim ugotować – od zup przez ciasta po dania jednogarnkowe. Wnioski? Urządzenie radzi sobie solidnie z codziennym gotowaniem. Nie ma tak rozbudowanej bazy przepisów jak Thermomix, ale za trzykrotnie niższą cenę oferuje wszystkie podstawowe funkcje: gotowanie, gotowanie na parze, blendowanie, siekanie i ważenie.
Czy Thermomix ma coś, czego naprawdę nie można zastąpić?
Uczciwa odpowiedź brzmi: ma kilka rzeczy. Po pierwsze, prędkość – TM7 osiąga 10 700 obrotów na minutę, podczas gdy Lidlomix jedyne 5 500. Ma to znaczenie przy ciężkich ciastach i kremowych zupach. Po drugie, pojemność Varomy – przystawki do gotowania na parze Thermomixa jest niemal dwa razy większa niż w konkurencyjnych urządzeniach, co pozwala gotować na parze ryby, warzywa i ryż jednocześnie. Po trzecie, funkcja sous-vide i fermentacji w wykonaniu Thermomixa jest bardziej dopracowana.
Ale – i tu jest sedno sprawy – wszystkie te przewagi mają znaczenie głównie dla zaawansowanych kucharzy, którzy gotują intensywnie i codziennie. Dla kogoś, kto chce zrobić zupę krem, risotto, domowy chleb i tatar – różnica jest niemal zerowa. A przepaść cenowa jak najbardziej realna.
Moda, prestiż i syndrom "thermomixowej wiary"
Nie można ignorować aspektu społecznego. Thermomix wychodzi dziś daleko poza kuchnię – wokół robota kuchennego powstała niezwykle zaangażowana społeczność, której przedstawiciele noszą teraz adidasy z logo marki i publikują w social mediach zdjęcia potraw z dumnym hasztagiem. To nie jest tylko robot kuchenny – to znak przynależności do pewnej grupy. I właśnie to sprawia, że marka Vorwerk może dyktować ceny bez oglądania się na konkurencję.
Problem polega na tym, że ten prestiż w dużej mierze jest wykreowany. Thermomix celowo nie trafia na półki sklepowe, nie pozwala porównywać cen online, sprzedaje się przez sieć "doradców", którzy urządzają pokazy w domach klientów. To model rodem z lat 80., który w epoce internetu działa zaskakująco dobrze – bo buduje poczucie ekskluzywności i wspólnoty. Kupujesz nie tylko sprzęt, kupujesz wejście do klubu.
Kto powinien wybrać tańszą alternatywę, a kto może rozważyć oryginał?
Jeśli gotujesz okazjonalnie lub stawiasz pierwsze kroki z wielofunkcyjnymi robotami kuchennymi – Lidlomix jest oczywistym wyborem. Oszczędzasz od 4 000 do ponad 5 000 złotych, otrzymując urządzenie, które poradzi sobie z 90 proc. tego, co potrafi Thermomix.
Jeśli natomiast gotujesz intensywnie, masz duże wymagania wobec faktur potraw, cenisz precyzję sous-vide i jesteś gotów inwestować w regularną subskrypcję przepisów – TM7 może ci to wynagrodzić. Ale musisz mieć świadomość, że kupujesz też markę i przynależność do społeczności.
Dla zdecydowanej większości polskich rodzin wniosek z tych rozważań jest prosty jak domowy bulion: kupcie Lidlomixa, a zaoszczędzone cztery tysiące złotych wydajcie po prostu na dobre składniki, żeby ulepszyć wasze domowe potrawy. Robot kuchenny ma przecież głównie gotować, a nie błyszczeć na blacie.
