
Zabrałam nowy smartwatch od Huawei na aktywny urlop w Portugalii. Było to pięć dni rowerów, trekkingów, spacerów po miastach, pływania i zmagań z południowym słońcem oraz ponad 30-stopniowym upałem. Efekt testów bardzo pozytywnie mnie zaskoczył, ale błąd pojawił się w jednym z najgorszych możliwych momentów.
Od kilku miesięcy znów staram się być aktywna fizycznie. Bieganie zastąpiłam spacerami, a przede wszystkim rowerem stacjonarnym i klasycznym. I jak to w takich przypadkach bywa, uznałam, że przydałby mi się lepszy sprzęt do mierzenia postępów podczas treningów – najlepiej jakiś inteligentny zegarek dla aktywnych fizycznie. Kiedy więc pojawiła się opcja na przetestowanie Huawei Watch Fit 5 PRO, nie kryłam ciekawości. Tym bardziej że mogłam przetestować go podczas bardzo aktywnego urlopu w centralnej Portugalii.
Nie lubiłam smartwatchy. Ale ten od Huawei okazał się inny
Na dobry początek muszę się przyznać, że nie jestem fanką smartwatchy. Główny powód to oczywiście bateria, która w moim poprzednim modelu (nie od Huawei) trzymała dzień, maksymalnie półtora. W podróży to fatalna opcja, bo trzeba go było ładować codziennie. I choć nie trwało to długo, to jednak w hotelach liczba gniazdek bywa mocno ograniczona, a po drugie – po całym dniu zwiedzania i zrobieniu ponad 20 tys. kroków zdarzało mi się po prostu zapomnieć wrzucić zegarek na ładowarkę.
I tu Huawei Watch Fit 5 PRO wjechał jak na białym koniu. Firma informuje, że zegarek wytrzymuje nawet 10 dni bez ładowania. U mnie tylu nie dobił, ale przy dwóch lub trzech treningach tygodniowo i włączonym monitorowaniu snu bateria trzyma 7–8 dni, co jest dla mnie w zupełności zadowalającym zmiennikiem. Nawet portugalskie słońce, upał i regularnie włączane funkcje treningowe nie sprawiły, że musiałam martwić się o pakowanie ładowarki. Po pięciu dniach zwiedzania nadal miał ok. 20 proc. energii, co w zupełności wystarczyło na powrót.
A skoro już o słońcu mowa, to dużą zaletą okazał się ekran. Symetryczne ramki uspokajają moją duszę perfekcjonistki, ale co ważniejsze – wysoka jasność sprawiła, że nawet w południe nie miałam problemów z zobaczeniem powiadomień, aktualnego tętna czy przebytego dystansu. W porównaniu do poprzedniego modelu (Huawei Fit 4) mamy tu też większy wyświetlacz, bo o przekątnej 1,92", a nie 1,82". Może to niewiele, ale dodatkowe milimetry przy tym samym rozmiarze koperty zawsze się przydadzą.
Tryby sportowe w Huawei Watch Fit 5 PRO. Trekkingi super, rower lekko niedomaga
Smartwatch lub smartband, którego używałam do niedawna, jest mi potrzebny do dwóch kwestii. Po pierwsze do powiadomień, bo mój telefon jest wyciszony na stałe od co najmniej ośmiu lat i nawet nie wiem, jaki ma sygnał. W tym zakresie Huawei Watch Fit 5 PRO radzi sobie super. Wibruje nawet szybciej niż smartfon, a i czytanie na nim wiadomości jest bardzo wygodne.
Drugie zastosowanie to oczywiście funkcje sportowe. Bo skoro już zaczęłam tym rowerem jeździć, to jednak chciałabym widzieć swoje postępy. I tu Huawei na początku bardzo miło mnie zaskoczył. W trakcie przejazdu wyraźnie widzę pasek tętna z informacją, że np. na poziomie zielonym przede wszystkim spalam tłuszcz (fajna opcja podczas odchudzania). Na ekranie wyświetlają się też informacje m.in. o prędkości czy przebytej trasie.
Po zakończonym treningu mamy też dużo danych do analizy. Oprócz podstaw, czyli czasu trwania aktywności, średniej prędkości i spalonych kalorii, wiele informacji na temat treningu dostarczają także wykresy kadencji, wirtualnej mocy czy pomiar wysokości. Dzięki nim zrozumiałam nareszcie, czemu szybciej wracam z pracy, niż do niej jadę. Okazało się, że trasa jest wtedy minimalnie bardziej w dół – nie doszukujcie się tu żadnego dodatkowego podtekstu.
I generalnie funkcję jazdy rowerem oceniłabym bardzo dobrze, gdyby nie błędy. Niestety przy postojach, np. na światłach, pomiarowi zdarza się zawiesić. Efekt? Jeszcze w Polsce na trasie miejskiej wynoszącej 12,5 km miałam dane tylko z ok. 1 km. I wiecie, myślałam, że to może jednorazowy przypadek, zwłaszcza że chwilę później przyszły aktualizacje i wszystko działało dobrze. Niestety zegarek dokładnie ten sam numer wywinął mi w Portugalii. 30 kilometrów nie najłatwiejszą górską trasą ze zjazdami i podjazdami, gdzie tętno skakało mi w okolice 176 uderzeń na minutę, poszło… w piach. Zapisał się raptem jeden kilometr.
Zobacz także
To wyjątkowo złośliwy błąd, który pojawia się chyba po automatycznym wstrzymaniu treningu na czas postoju, np. na światłach albo – jak w Portugalii – na podziwianie widoków. Co najgorsze, zegarek cały czas mierzy tętno, więc ma się wrażenie, że wszystko jest w porządku. Niestety w tym samym czasie przestaje mierzyć prędkość i przebyte kilometry, czego podczas szybkiej jazdy w górach po prostu nie sprawdzałam, bo przy luźnych kamieniach na zjazdach o upadek było naprawdę łatwo.
Wiem, bo niestety raz go zaliczyłam, tłukąc godność i zyskując piękny siniec na łydce rozmiaru sporego jabłka. Na takie ewentualności Huawei jest jednak gotowy, bo można w nim włączyć opcję wzywania pomocy. Ja byłam akurat z większą ekipą na trasie, więc tym razem ta funkcja nie była mi potrzebna.
Równocześnie podobnych błędów nie zauważyłam podczas korzystania z opcji "chód na dworze". Tam blisko dziesięciokilometrowy odcinek został zmierzony w całości, a jego pokonanie zajęło mi 4 godziny i 25 minut. Nie śmiejcie się – portugalskie wybrzeże to niesamowity plener zdjęciowy, a w trakcie była też przerwa obiadowa. Ostatecznie liczę więc, że błąd z zacinaniem pomiaru treningów rowerowych uda się szybko naprawić wraz z kolejnymi aktualizacjami.
W sumie zegarek ma ponad 100 trybów sportowych i co fajne, wszystkie wybiera się z poziomu smartwatcha, a nie aplikacji w telefonie. Gdybym miała być czepliwa, to na tej liście brakuje mi aktywności NEAT, czyli spontanicznych aktywności ruchowych, takich jak zmywanie, odkurzanie, wycieranie kurzu czy np. pranie dywanu – swoisty domowy trening. Wiem, że może się to wydawać śmieszne, ale każda kobieta, która na kolanach przez godzinę szorowała dywan, wie, ile wymaga to wysiłku i jak bolesne potrafią być zakwasy kolejnego dnia.
Pomiar snu, funkcje zdrowotne i opcja dla samotnych podróżników
Domyślam się, że dla wielu osób cenną funkcją jest kontrolowanie jakości snu. Zwłaszcza w obecnych czasach, kiedy wielu z nas ma problemy z zasypianiem (pomóc może chociażby zasada 21:30, która przyspiesza zasypianie), monitorowanie tego aspektu naszego życia jest dość ważne. Ja akurat znajduję się w gronie wyjątków, bo sen mam wyjątkowo dobry. W raportach regularnie dostaję ponad 80 punktów, ale nie zmienia to faktu, że aplikacja potrafi mnie czasem "skrzyczeć". Najczęściej obrywam za zbyt długą fazę REM, a aplikacja Huawei Zdrowie podpowiada mi, jak to poprawić. Niestety wiele dodatkowych opcji w apce jest płatnych, więc nie miałam okazji ich przetestować.
Zegarek pozwala też na wykrywanie bezdechu sennego, ale i np. na wykrywanie sztywności tętnic. Nie są to twarde dane medyczne, ale dość dokładne pomiary, które mogą wam zasygnalizować, że coś niedobrego dzieje się z waszym zdrowiem. Aplikacja Zdrowie i zegarek pozwalają także śledzić cykl u kobiet, masę ciała i układać plany treningowe. Bardzo polubiłam też funkcję tygodniowego raportu podsumowującego aktywność. Nie powiem, na mój mózg świetnie wpływają też medale za kolejne osiągnięcia. Kiedy czytam, że wyrobiłam 400 proc. normy w zakresie ćwiczeń, nagle mam ochotę na więcej.
Zegarek ma też super funkcję dla samotnych podróżników. Po zainstalowaniu na nim odpowiedniej aplikacji staje się on bezprzewodowym wyzwalaczem aparatu w telefonie. I nie ma znaczenia, jaki model posiadacie. W moim przypadku zegarek bez problemu połączył się z Pixelem 10 Pro XL i mogłam sobie robić super zdjęcia, kiedy telefon był ustawiony na statywie. Szkoda, że na ekranie smartwatcha nie ma podglądu obrazu, ale dobra i możliwość zdalnego wyzwalania migawki.
Ostatecznie więc moje wrażenia z ok. miesiąca spędzonego z Huawei Watch Fit 5 PRO są naprawdę pozytywne. W Portugalii przeszedł on niełatwą szkołę, która wystawiła na ciężką próbę jego konstrukcję, baterię i wyświetlacz. Kontakt z pyłem, wodą i niemiłosiernym upałem nie zostawił nawet jednej ryski na jego ekranie wykończonym szafirowym szkłem, co jest dobrym prognostykiem na przyszłość. Taka jakość w połączeniu z aktualną ceną wynoszącą ok. 950 zł to naprawdę świetna opcja dla tych, którzy są aktywni, ale równocześnie nie chcą na start wydawać milionów monet na znacznie bardziej zaawansowane modele sportowych zegarków.
Ten zegarek to też fajna opcja dla tych, którzy dopiero zastanawiają się, jak zacząć biegać, czy w ogóle ruszyć się z kanapy. Motywacją do wykonywania ćwiczeń będzie zabawna panda, która sama wyświetli się na ekranie po dłuższej bezczynności. Dodatkowo za kolejne treningi zostaniemy nagrodzeni nowymi skórkami na tarczę zegarka, więc to świetny, dodatkowy napęd do aktywności. Ja nadal się do tego przybieram – mam bowiem wrażenie, że rozciąganie na środku newsroomu mogłoby wywołać spory uśmiech na twarzach moich współtowarzyszy redakcyjnej doli i niedoli.
