
Albert Świdziński, dyrektor analiz w Strategy&Future, przekonuje w "Wieczorze naTemat", że polska debata o atomie za długo opierała się na wygodnych złudzeniach. Jego zdaniem świat wchodzi w czas niedostatku bezpieczeństwa, a państwa takie jak Polska będą musiały zadać sobie pytania, których dotąd unikały.
Albert Świdziński, dyrektor analiz w Strategy&Future w "Wieczorze naTemat" mówi wprost: Polska powinna przestać udawać, że temat broni jądrowej jej nie dotyczy.
Polska od dekad żyje w cieniu broni jądrowej, ale prawie nigdy nie traktowała jej jako własnego problemu strategicznego. W PRL na naszym terytorium znajdowała się sowiecka broń jądrowa, którą polskie lotnictwo miało użyć przeciwko celom NATO. Jednocześnie Polska sama była uwzględniana w amerykańskich planach nuklearnych jako cel uderzeń.
Po 1989 roku zmieniliśmy sojusz, ale nie zmieniliśmy logiki. Nadal jesteśmy państwem frontowym, nadal leżymy obok Rosji, nadal liczymy na parasol atomowy silniejszych sojuszników. Świdziński przekonuje jednak, że w polskiej debacie przez lata przyjmowano za pewnik scenariusze, które wcale nie są pewne.
Broń jądrowa w centrum wojny na Ukrainie
– Broń jądrowa jest przede wszystkim narzędziem politycznym, narzędziem groźby i szantażu. Do tego służy. I w tej roli była używana na Ukrainie od pierwszego dnia konfliktu, a właściwie nawet przed – mówi Albert Świdziński.
Ekspert podkreśla, że rosyjskie groźby nuklearne nie były skierowane głównie do Ukraińców. Ci walczyli o przetrwanie państwa, więc szantaż Moskwy nie mógł łatwo złamać ich woli oporu. Adresatem był przede wszystkim Zachód.
– Rosjanie grozili Zachodowi. I te groźby użycia broni jądrowej nie były w gruncie rzeczy skierowane wobec Ukrainy, tylko wobec nieformalnych sojuszników Ukrainy. Stanów Zjednoczonych przede wszystkim, państw zachodnich – mówi Świdziński.
Efekt? Debaty o czołgach, rakietach i samolotach. Każdy kolejny pakiet pomocy dla Kijowa przechodził przez filtr pytania: czy to nie będzie zbyt eskalacyjne? Zdaniem Świdzińskiego w tym sensie rosyjski atom zadziałał, bo opóźniał decyzje Zachodu.
Broń, której nie trzeba użyć, żeby działała
Najbardziej niewygodny fragment rozmowy dotyczy wiary, że gdyby Rosja zaatakowała Polskę, Stany Zjednoczone albo Francja natychmiast odpowiedziałyby uderzeniem w Moskwę. Świdziński tego nie wyklucza, ale ocenia jako scenariusz skrajnie mało wiarygodny.
– Wykluczyć jakiegokolwiek scenariusza do końca nie można. Ale ten scenariusz jest skrajnie mało prawdopodobny. I prawdopodobieństwo cały czas maleje – mówi Albert Świdziński.
W jego ocenie sojusze nie działają na zasadzie sentymentu. Państwa pomagają sobie wtedy, gdy uznają to za zgodne z własnym interesem. A ryzyko nuklearnej wojny z Rosją w obronie sojusznika to dla Waszyngtonu kalkulacja zupełnie innego kalibru niż dla Warszawy.
– Musimy zrozumieć, że sojusze między państwami nie opierają się na przyjaźni czy sympatii. One opierają się tylko i wyłącznie na interesach. I wiadomo, że jakikolwiek interes nie powodowałby, że taki sojusz został zawarty, on nie uzasadnia takiego ryzyka, że ktoś przeprowadzi zmasowane uderzenia nuklearne na twoje ośrodki miejskie w Stanach – mówi Świdziński.
Zobacz także
Ubezpieczenie od rozbiorów
Dlaczego więc broń jądrowa jest tak ważna? Bo, jak przekonuje Świdziński, państwo z własnym arsenałem jest znacznie trudniejsze do zniszczenia. Nie staje się bezpieczne od każdej formy presji, prowokacji czy wojny hybrydowej, ale zyskuje ochronę przed scenariuszem najgorszym – końcem państwowości.
– Zasadniczo, jak masz broń jądrową, to twoje przetrwanie jest znacznie mniej zagrożone niż w jakimkolwiek innym przypadku. To nie jest tak, że jesteś bezpieczny od każdej agresji. Jednak jesteś bezpieczny od rozbiorów – mówi Albert Świdziński.
W rozmowie pojawia się też temat nuclear sharing, czyli natowskiego współdzielenia broni jądrowej. Świdziński studzi oczekiwania: to nie jest mechanizm, w którym Amerykanie po prostu oddają Polsce bomby do dyspozycji. Ładunki pozostają pod kontrolą USA, a ich użycie zależy od decyzji politycznej w Waszyngtonie.
Mimo to sam udział w takim programie miałby znaczenie. Nie dlatego, że Polska mogłaby samodzielnie nacisnąć czerwony guzik, ale dlatego, że obecność amerykańskiej broni i infrastruktury tworzyłaby automatyzm: USA byłyby dużo trudniej w stanie zdystansować się od konfliktu na wschodniej flance.
– My bylibyśmy dzięki temu bezpieczniejsi. Bo Rosjanie musieliby kalkulować, że w sposób nieunikniony wciągnięci będą w tę wojnę pierwszego dnia Amerykanie. Więc nasze bezpieczeństwo dzięki dołączeniu do nuclear sharing, dzięki stałemu stacjonowaniu, szłoby do góry – mówi Świdziński.
Ale właśnie dlatego – dodaje – Waszyngton nie ma interesu, by Polsce taki mechanizm dać. Dla Warszawy oznaczałoby to więcej bezpieczeństwa. Dla USA mniej pola manewru.
Nie prosić, tylko mieć plan B
Najostrzejsza diagnoza Świdzińskiego dotyczy sposobu, w jaki Polska zabiega o bezpieczeństwo. Jego zdaniem same prośby do USA nie wystarczą, bo Amerykanie nie zrezygnują ze swojego komfortu strategicznego tylko dlatego, że Polska jest lojalnym sojusznikiem i kupuje amerykański sprzęt.
– Nie mogą być prośby. I nie może być ojczenie: dajcie nam więcej bezpieczeństwa, bo jesteśmy takimi dobrymi sojusznikami. I kupiliśmy od was samoloty i machamy amerykańskimi flagami, bo to Amerykanów nie przekona – mówi Albert Świdziński.
Według niego realnym narzędziem nacisku nie musi być natychmiastowy program budowy bomby, bo jako formalny sojusznik USA Polska prawdopodobnie szybko napotkałaby amerykański opór. Możliwy jest jednak hedging nuklearny: jasne komunikowanie, że jeśli sojusznicy nie zwiększą gwarancji bezpieczeństwa, Polska może zacząć przygotowywać własne opcje.
– Hedging w wymiarze nuklearnym ma dwa wymiary. Wymiar deklaratywny jest taki, że mówisz, że my teraz jesteśmy waszym dobrym sojusznikiem i nie dążymy do zdobycia broni jądrowej. Ale jeżeli coś się wydarzy albo się nie wydarzy, czyli jeżeli zajdzie jakaś okoliczność, to możemy przemyśleć naszą pozycję i możemy zacząć dążyć do broni jądrowej – mówi Świdziński.






