
Świeży dorsz z frytkami jeszcze parę lat temu był obowiązkowym punktem wakacji nad polskim morzem. Obecnie na Bałtyku obowiązuje jednak całkowity zakaz połowu tej ryby. Mimo to obecność obiadowego klasyka w menu z adnotacją o świeżości nie zawsze oznacza oszustwo.
Restrykcje unijne uderzyły w polskie rybołówstwo ponad 5 lat temu. Zakaz poławiania dorsza bałtyckiego funkcjonuje nieprzerwanie od 2020 roku. Teoretycznie zjedzenie prosto z kutra tej popularnej ryby graniczy z cudem. W praktyce jednak nadmorskie lokale wciąż potrafią zaserwować gościom świeży, lokalny produkt.
Dlaczego obowiązuje całkowity zakaz połowu dorsza w Bałtyku?
Sytuacja jest fatalna. Portal Morski informuje, że pomimo rygorystycznych działań ochronnych wprowadzonych w 2019 roku stan stada dorszy w naszym morzu w ogóle się nie poprawia.
Wiceminister rolnictwa Jacek Czerniak, podsumowując unijne negocjacje z końca października 2025 roku, przekazał twarde stanowisko Brukseli również na ten rok.
"Utrzymany zostanie obowiązujący od 2020 r. zakaz łowienia dorsza na Bałtyku ze względu na zły stan stada, a także zakaz połowów rekreacyjnych" – poinformował serwis Gospodarka Morska.
Zobacz także
Magiczne słowo "przyłów". Skąd rybacy mają świeżego dorsza z Bałtyku?
Biorąc pod uwagę przepisy, świeży dorsz wydaje się towarem całkowicie niedostępnym. W rygorystycznym unijnym prawie istnieje jednak pewna furtka. Słowem kluczem dla najlepiej prosperujących restauracji i rybaków jest przyłów.
Kiedy kuter wypływa na połów śledzi, flądry i innych gatunków, w sieciach może zupełnie przypadkowo wylądować czasem kilka sztuk objętego ochroną gatunku. Rybacy mogą zupełnie legalnie zatrzymać takie okazy i je sprzedać.
Te przypadkowe sztuki trafiają następnie za bardzo dobre stawki do wybranych lokali, najczęściej na Półwyspie Helskim. Świeżego dorsza serwują głównie te smażalnie, które posiadają własne kutry lub utrzymują doskonałe relacje z lokalnymi rybakami.
Jednak rynkowa pula takich przypadkowych ryb drastycznie maleje, więc w te wakacje będą na wagę złota. Portal Morski podaje, że w zachodniej części Morza Bałtyckiego nieunikniony przyłów dorsza ma zostać ograniczony w tym roku o 84 proc., a śledzia o połowę.
Z kolei na Bałtyku Wschodnim w 2026 roku przyłowy zostaną obcięte aż o 63 proc. względem zeszłego roku. Wysoka cena może być więc wyznacznikiem tego, że to może być prawdziwy dorsz bałtycki.
Dorsz w menu to może być też czarniak. Jak go rozpoznać?
Mimo istnienia przyłowu, w większości nadmorskich knajp nie uświadczymy bałtyckiego oryginału. Internauci od lat licytują się rachunkami, paragony grozy wracają co lato. Turyści bardzo często padają zresztą ofiarą cwanego procederu. Właściciele knajp podsuwają im w karcie dań o wiele tańszy zamiennik.
Na talerze trafia najczęściej czarniak, funkcjonujący pod nazwą handlową... dorsz czarny. Należy on do tej samej rodziny (dorszowate), ale wciąż to nie ta sama ryba, co dorsz bałtycki. I w naturze pływa sobie głównie w Atlantyku.
"W hurcie jest o połowę tańszy od dorsza, więc jak nie wiadomo, o co chodzi, to chodzi o pieniądze" – wyjaśniał Tomasz Strzelczyk, autor kanału "Oddasz fartucha". Youtuber w jednym z lokali w Mielnie zapłacił w zeszłym roku za cały obiad 63 zł, czyli równowartość rynkową samego dorsza atlantyckiego. Bez surówki i frytek.
Rozpoznanie zamiennika pod grubą warstwą panierki jest trudne. Nie da się tego bowiem zrobić na pierwszy rzut oka. Prawdziwe mięso bałtyckiego gatunku jest śnieżnobiałe i bardzo kruche.
Czarniak charakteryzuje się ciemniejszym, szarawym odcieniem (stąd nazwa). Jego struktura mocno się rozwarstwia i jest wyraźnie łykowata. Jeśli po rozkrojeniu porcji nabierzemy podejrzeń, mamy pełne prawo żądać zwrotu kosztów za niezgodność towaru z zamówieniem.






