Tadeusz Gołębiewski na tle nowego hotelu Gołębiewski
Tadeusz Gołębiewski stworzył hotelowe imperium Fot. Facebook/Hotel Pobierowo/YouTube naTemat/montaż naTemat

Jego hotele to molochy, a ich wspólna cecha to przepych i bogactwo. Szczególnie ostatni, największy w Polsce – w Pobierowie. On sam mieszkał niemal w pałacu, jego znakiem rozpoznawczym był helikopter. – Nigdy się nie wywyższał. Nigdy nie było po nim widać, że ma nie wiadomo co – mówi o nim jeden z sąsiadów. Tadeusz Gołębiewski stworzył imperium, jakiego w Polsce nie było. Droga, jaką przeszedł od zera, jest imponująca. O takich historiach, jak jego, powinni uczyć w szkołach.

REKLAMA

Najpierw nazywano go "królem słonych paluszków", potem "królem hoteli". Latami pisano, że wymyka się wszelkim kategoriom. Że Tadeusz Gołębiewski dokonał rewolucji w polskim hotelarstwie. Że nie miał doradców, o wszystkim decydował sam i sam też pilnował wszystkich swoich biznesów – chodził po budowach, spał w hotelu dla pracowników, rozmawiał z nimi, nawet dobierał płytki do swoich hoteli.

Gołębiewski o sobie: "Prosty chłopak ze wsi, a wybudował największy obiekt w Polsce"

Burmistrz Karpacza, gdzie Gołębiewski wybudował hotel w 2010 roku, potwierdza to ze swoich obserwacji. – Mam z nim bardzo dobre wspomnienia. Zawsze cechowała go bardzo wysoka kultura osobista. Rozmowy z nim były bardzo merytoryczne i konkretne. Nikt z nas podczas tych spotkań nie marnował czasu. Zawsze wychodziliśmy z nich na zasadzie win-win – mówi naTemat Radosław Jęcek.

Dodaje, że Gołębiewski zawsze monitorował, czy to, na co byli umówieni, było realizowane. – Wielu moich znajomych pracowało przy budowie hotelu i potwierdzają, że pan Tadeusz żywo interesował się budową. To człowiek, który sam do wszystkiego doszedł. Jego naturalną cechą było doglądanie swoich inwestycji – mówi burmistrz Karpacza.

Przez 16 lat Hotel Gołębiewski w Karpaczu – z 880 pokojami na 2 tys. osób – był największym hotelem w Polsce. Tadeusz Gołębiewski chyba pękał z dumy. "Wie pani, że jak podjeżdżam pod ten hotel, to wciąż się sobie dziwię? Prosty chłopak ze wsi, a wybudował największy obiekt w Polsce" – mówił w 2020 roku rozmowie z Katarzyną Włodkowską w "Dużym Formacie", magazynie "Gazety Wyborczej".

Od 10 czerwca 2026 roku miano największego obiektu przejął hotel w Pobierowie. Potężny, 13-piętrowy moloch z 1200 pokojami, który rozemocjonował Polskę – m.in. z powodu cen.

Gołębiewski o swoim imperium: "Nie ma zarządu, jestem tylko ja. Chodzę i pytam"

Tadeusz Gołębiewski zaczął budować obiekt w 2018 roku i od razu zderzył się z lawiną krytyki. Każdy jego hotel wywoływał emocje i kontrowersje – dotyczące estetyki, wielkości, samej budowy, czy ochrony środowiska. Burzył i architektów, i lokalnych polityków. Że gigantomania? Odpowiadał, że takie są oczekiwania klientów. A wielkich aquaparków i innych atrakcji nie da się przecież umieścić w małych hotelach. I dalej robił swoje.

Oprócz Karpacza, miał już wtedy hotele w Mikołajkach, Wiśle i Białymstoku. Nigdy nie budował małych, stawiał na luksus. Wydawało się więc, że kolos w Pobierowie był jego marzeniem.

Z historii jego firmy:

"Widział ogromny potencjał polskiego wybrzeża i jednocześnie dostrzegał jego niewykorzystane możliwości. Uważał, że brakowało tam obiektu o skali, jakości i rozmachu, który mógłby konkurować ze światowymi kurortami. Obiektu, jakiego dotąd nad Bałtykiem nie było".

W 2021 roku, w trakcie pandemii, gdy pojawiły się problemy, stwierdził jednak, że dziś budowy by nie rozpoczął.

Nie doczekał otwarcia hotelu. Zmarł 21 czerwca 2022 roku w wieku 79 lat.

Jeszcze rok wcześniej sam oprowadzał po ostatniej budowie dziennikarza Magazynu WP. Opowiadał, że przylatuje tam co trzy tygodnie, spędza w Pobierowie kilka dni i chodzi po budowie po kilkanaście kilometrów dziennie. – Aż mnie nogi bolą. Niektórzy moi znajomi to się ze mnie śmieją, że sam wyglądam jak budowlaniec. A jak mam wyglądać na budowie? Jem w stołówce pracowniczej, śpię w hotelu pracowniczym, bo tak jest najwygodniej – mówił Mateuszowi Ratajczakowi.

Dlaczego? – Muszę pilnować, muszę kontrolować, nie mogę wydawać na administrację, która zajmie się tym za mnie. Nie ma zarządu, jestem tylko ja. Chodzę i pytam. Jestem gospodarzem – opowiadał.

Od początku wszystko robił sam. Ale nie zaczęło się od hoteli. Najpierw Gołębiewski założył słynną fabrykę cukierniczą Tago.

Zaczęło się od wafli do lodów i słonych paluszków

Urodził się w Wołominie, ale dorastał na Warmii, gdzie jego rodzina otrzymała poniemieckie gospodarstwo. Ciężko z rodzeństwem pracował na roli, ale sam nie chciał być rolnikiem.

Wypowiedź z wywiadu dla "Dużego Formatu", 2020 rok:

"Koszmar. Ojciec uprawiał 30 hektarów na Warmii. Miał ziemniaki, pszenicę, żyto, buraki cukrowe. Ciągle zmuszał nas – mnie i rodzeństwo – do pracy w polu. Chciałem się wyrwać".

Zrobił to, gdy miał 14 lat. Trafił do technikum spożywczo-cukierniczego, potem studiował na dzisiejszym SGH w Warszawie. W międzyczasie jego rodzina wróciła do Wołomina. I tam rozpoczęła się historia jego biznesu – od produkcji wafli do lodów. Na starym, zepsutym, oddanym na złom piecu, który odkupił i sam naprawił:

"Byłem na trzecim roku studiów, dowiedziałem się, że przedwojenna cukiernia oddaje na złom piec do wafli. Był potłuczony, ale zespawałem, wstawiłem do komórki i zacząłem piec".

Wafle produkował w budynku gospodarczym przy domu. Ciasto najpierw mieszał kijem, potem dorobił się pralki Frani. Sam pakował wafle i rozwoził je rowerem. Był 1966 rok, jego wafle stawały się coraz bardziej znane w okolicy. Trzy lata później w gazecie zobaczył niemieckie słone paluszki:

"Dopiero po dwóch latach zacząłem produkować odpowiednie, kiedy zbudowałem maszyny formujące i piec. Dzięki temu mogłem kupić samochód, chwilę wcześniej zatrudniłem pierwsze dwie osoby".

To były pierwsze takie paluszki na polskim rynku, a produkcja była tak duża, że w 1973 roku kupił działkę w Wołominie, na której wybudował dom i zakład produkcyjny, w którym niedługo zatrudniał ponad 100 osób.

Tak rozpoczyna się historia firmy Tago (od pierwszych liter jego imienia i nazwiska) – jednej z pierwszych prywatnych firm cukierniczych w Polsce, a dziś – jednej z czołowych w tej branży.

Kolejny przełom następuje w latach 90. Gołębiewski kupuje działkę w miejscowości Ciemne koło Radzymina. Tam buduje nowy zakład produkcyjny i w 1998 roku przenosi Tago. Wieś licząca niewiele ponad 1000 mieszkańców nagle staje się ważnym miejscem na mapie imperium Tadeusza Gołębiewskiego. Tam powstaje też jego rodzinna rezydencja.

Dalsza część artykułu poniżej:

"Szanował ludzi. Każdemu rękę podał. Normalny sąsiad"

– Wybudował przepiękny dom w stylu pałacowym. Olbrzymi teren. Coś pięknego – zachwyca się Józef Cyrych, członek rady sołeckiej w Ciemnem. O Tadeuszu Gołębiewskim mówi: – Normalny sąsiad. Żył normalnie, jak zwykły, przeciętny, człowiek. Nigdy się nie wywyższał. Nigdy nie było po nim widać, że ma nie wiadomo jakie bogactwo.

Józef Cyrych opowiada nam, że Gołębiewski dawał pracę lokalnym mieszkańcom i szanował pracowników. – To był taki ojciec, który dbał o wszystko. Ludzie opowiadali, że w firmie jak ojciec podchodził do każdego. Szanował ludzi. Każdemu rękę podał. Od zera doszedł do bogactwa. A taki człowiek, który dochodzi do czegoś własną pracą, ma poszanowanie dla innych – mówi.

Tadeusz Gołębiewski bardzo pomagał też lokalnej społeczności. Józef Cyrych tłumaczy: – To człowiek, który tyle pomógł mieszkańcom i szkole, że się w głowie nie mieści. Dostarczał słodycze, sponsorował imprezy. Do tej pory, chociaż nie ma go wśród nas, jego następcy tak samo pomagają.

Inni mieszkańcy Ciemnego dodają: – To był bardzo porządny człowiek. Bardzo poczciwy. Na cmentarzu ma piękny pomnik.

Gołębiewski i helikopter. "Ciągle nim nad nami latał"

Helikopter. Z tym też wielu kojarzy go do dziś. – Pan Tadeusz ciągle nim nad nami latał. Bez niego nie dałby rady prowadzić tylu biznesów w kraju. On nie miał czasu na spacery. To był bardzo zapracowany człowiek – mówi inny z mieszkańców Ciemnego.

Burmistrz Karpacza: – To był dla niego najłatwiejszy sposób komunikacji między Warszawą, Karpaczem, Mikołajkami, Wisłą, Białymstokiem. Często z niego korzystał. Przy hotelu Gołębiewski jest lądowisko.

Tadeusz Gołębiewski bardzo lubił latać helikopterem. Jak powiedział w 2006 roku w rozmowie z WisłaNaszeMiasto.pl, wziął go na 10 lat w leasing, kosztował go 2 mln euro. Lokalny portal pisał też, że hotel w ich miejscowości Gołębiewski odwiedzał średnio raz na półtora tygodnia, czasami wpadał bez zapowiedzi, a po kilku godzinach wyjeżdżał. I uwielbiał takie życie.

Gołębiewski powtarzał, że helikopter to była konieczność. Samochodem nie miałby szans odwiedzić wszystkich swoich hoteli rozsianych po Polsce. "Osobiście niewiele mi potrzeba. Samochód ma 15 lat, helikopter, który dziennikarze lubią mi wypominać, też. Kupiłem, żeby szybciej poruszać się między firmami, nogi mi nie wytrzymywały tych całodniowych podróży autem" – powiedział w "Dużym Formacie".

– Ale chyba trochę pan ryzykuje? Helikopter to jeden z najbardziej niebezpiecznych pomysłów na przemieszczanie się – zapytał go 15 lat temu Piotr Barełkowski w cyklu programów pt. "Polscy milionerzy".

Myślę, że całe życie jest niebezpieczne i trzeba się z tym liczyć. Ja nie zwracam na to uwagi. Nie czuję tego, że gdzieś jest jakieś niebezpieczeństwo. A tym bardziej w helikopterze – odpowiedział Gołębiewski.

"Jak się chce dobrze, to trzeba i bogato"

Pierwszy hotel wybudował w 1991 roku. W wywiadzie dla "Wyborczej" wspominał moment, gdy na wyrobach cukierniczych jeszcze nie zarobił pierwszego miliona, ale już stać było go na wszystko. Miał dużo złota i dolarów, a ponieważ czasy były takie, a nie inne, zakopywał je w ogródku i w lesie oraz zamurowywał w ścianach.

Podróżował wtedy po Włoszech, Bułgarii, Rumunii, Grecji:

"Śpię już nie pod namiotem, ale w dobrych hotelach. I widzę różnice: obsługa podaje do stołu bez łaski, baseny, zjeżdżalnie, korty tenisowe – wszystko na miejscu. W Polsce mamy głównie państwowy Orbis, warszawski Marriott, Europejski i Victorię, w Mrągowie jest szwedzka Mrongovia. Z basenami i masażami, ale to nadal mało".

Tadeusz Gołębiowski

Fragment wywiadu dla "Duży Format", 2020 rok

W 1989 roku kupuje ziemię w Mikołajkach. Pierwszy Hotel Gołębiewski w Polsce rusza w 1991 roku. W kolejnych latach dokupuje kolejne tereny wokół niego. A w 1999 roku kupuje od Orbisu hotel w Białymstoku i przerabia po swojemu. W 2003 do imperium dołącza hotel w Wiśle.

Z historii jego biznesu na stronie internetowej firmy Tago – którą jednocześnie cały czas rozwijał:

"Postanowił zrobić coś, co wielu uznałoby za szaleństwo – wejść w świat hotelarstwa. Nie miał doświadczenia w branży. Nie miał gotowego zespołu. Nie miał żadnego wsparcia. Miał za to wizję. I tę samą konsekwencję, którą wcześniej wkładał w produkcję ciastek".

Na uwagi dotyczące bogactwa i tego, że nie oszczędza na wyposażeniu hoteli, odpowiedział Piotrowi Barełkowskiemu, że oszczędniej się nie da: – Rzeczywiście, jest to dosyć bogate. Ale myślę, że w Polsce też możemy pozwolić sobie na takie wykończenia, a nie robić mizernotę. Jak się chce dobrze, to trzeba i bogato.

W rozmowie padło też pytanie, jak udaje mu się połączyć wszystkie biznesy. – Można to połączyć. Tym bardziej że dzieci mi pomagają w tym wszystkim. Co prawda jeszcze nieśmiało, ale zaczynają pomagać – odpowiedział.

Tadeusz Gołębiewski ma troje dzieci. – Chciałbym, żeby jak najszybciej przejęli moje interesy, ale oni ciągle uważają, że taki układ jak obecnie jest dobry. Twierdzą, że nie mogę się obijać – mówił w 2006 roku portalowi z Wisły.

Media informowały, że syn Jarosław prowadził odnowę biologiczną w hotelu w Wiśle. Córka Beata – w Mikołajkach. Druga, Monika, miała duże gospodarstwo rolne.

Po jego śmierci, to one oraz jego żona przejęli imperium.

"Wybudowanie hotelu Gołębiewski dołożyło jedną gwiazdkę dla Karpacza"

Wszędzie, gdzie Gołębiewski zainwestował w hotel, wpłynął na rozwój miejscowości. Burmistrz Karpacza podkreśla, że jego miasto bardzo dużo zawdzięcza Tadeuszowi Gołębiewskiemu.

– Wybudowanie hotelu Gołębiewski dołożyło jedną gwiazdkę dla Karpacza. To spowodowało dynamiczny rozwój również innej infrastruktury oraz podnoszenie świadczonych usług – mówi Radosław Jęcek.

Wcześniej do Karpacza trafiał głównie turysta, który korzystał z pensjonatów: – Gołębiewski spowodował przede wszystkim napływ klienta biznesowego, który najpierw przyjeżdżał na branżowe spotkania, a potem bardzo często wracał do Karpacza już niekoniecznie do hotelu Gołębiewski. To zaś spowodowało rozwój hoteli wyższej kategorii.

Do tego od 2020 roku w Hotelu Gołębiewski w Karpaczu odbywa się Forum Ekonomiczne, które gości ok. 6 tys. osób. A sam hotel nie wszystkich pomieści.

Podobne nadzieje już wysuwają mieszkańcy Pobierowa. Liczą, że Gołębiewski odmieni ich miejscowość i gminę. – To jest reklama dla nas wszystkich. Dlatego, pomimo że wszyscy go krytykowali, gdy się budował, my, mieszkańcy, uważamy, że to był strzał w dziesiątkę – mówili nam niedawno mieszkańcy Pobierowa.

W "Dużym Formacie" w 2020 roku twórca hotelowego imperium tłumaczył, że w Pobierowie buduje jeszcze większy hotel niż cztery poprzednie, bo "ma zapytania o kongresy na 2,5 tysiąca osób, a ci, co rok temu byli w Karpaczu, dziś chcą pojechać w inne miejsce".

Na koniec przekazał dziennikarce, że kończy Pobierowo i więcej nic nie buduje. "Kilka osób się uspokoi" – powiedział.