Wołodymyr Zełenski, prezydent Ukrainy
Wołodymyr Zełenski stracił swoją supermoc. Jego kłopoty przestają być tabu w mediach. Fot. Shutterstock; naTemat

Wołodymyr Zełenski długo dysponował czymś, czego nie miał żaden inny przywódca – niemal nietykalnym statusem moralnym, swoistą supermocą, która neutralizowała każdą krytykę. Dziś coraz częściej pojawia się on w europejskich mediach w zupełnie innym kontekście – afer korupcyjnych, sporów o władzę i dyplomatycznych zgrzytów, które jeszcze niedawno byłyby bagatelizowane w imię wojennej solidarności.

REKLAMA

Przez pierwsze lata wojny każdy news o prezydencie Ukrainy zaczynał się od epitetów "niezłomny", "charyzmatyczny" itd. Był to przede wszystkim człowiek, który zamienił garnitur na wojskową bluzę i odmówił "podwózki na Zachód", gdy Rosjanie stali u bram Kijowa. Z czasem ten pomnik zaczął jednak pękać, ostatecznie krusząc się chyba w zderzeniu z mogiłami ofiar rzezi wołyńskiej.

Decyzja o nadaniu elitarnej jednostce wojskowej imienia "Bohaterów UPA", a następnie skierowanie do parlamentu projektu ustawy o Panteonie Narodowym, w którym miejsce mieliby znaleźć dowódcy odpowiedzialni za ludobujstwo Polaków, wywołały reakcję, jakiej Kijów się nie spodziewał. Warszawa odpowiedziała odebraniem Zełenskiemu Orderu Orła Białego, a prezydent Ukrainy odesłał odznaczenie w geście demonstracyjnego sprzeciwu.

Tego Europa i świat nie mogły przemilczeć. Ale to, co jeszcze niedawno tłumaczono by "złożonością historii", dziś coraz częściej opisywane jest wprost jako element wewnętrznej gry.

Nie tylko UPA. NABU i SAPO podważają mit niezłomnego prezydenta nawet mocniej

Od pewnego czasu w Europie równolegle toczy się jednak druga, znacznie poważniejsza dla wizerunku Wołodymyra Zełenskiego historia, czyli afera korupcyjna wokół Enerhoatomu. Operacja "Midas" ujawniła system łapówek sięgający dziesiątek milionów dolarów, w którym kluczową rolę odgrywał Tymur Mindicz – bliski przyjaciel prezydenta, nazywany w ukraińskich mediach jego "portfelem".

W tym kontekście w Londynie, Paryżu czy Rzymie redakcje przypominają, że gdy latem 2025 roku otoczenie Zełenskiego próbowało odebrać niezależność antykorupcyjnym organom NABU i SAPO, ludzie na ulice Kijowa wyszli zaprotestować nawet w warunkach wojennych. Po czym presja zachodnich partnerów zmusiła prezydenta do wycofania ustawy.

Na szczytach kijowskiej władzy niektórzy słono za to zaplacili. Z czasem była dymisja szefa prezydenckiej kancelarii Andrija Jermaka, aresztowania i przecieki z podsłuchów, na których współpracownicy Zełenskiego rozmawiają o "workach gotówki". Już nie ma tematów tabu. W światowych mediach narracja o niezłomnym przywódcy zastępuję tę o systemie władzy, który zaciekle broni się przed kontrolą.

Załużny kontra Zełenski. Czyli gra o sukcesję

Teraz do tego dochodzi otwarta gra o sukcesję. Nazwisko Wałerija Załużnego, popularnego byłego naczelnego dowódcy, coraz częściej pojawia się w kontekście przyszłych wyborów prezydenckich. A doniesienia o jego spotkaniach z Zełenskim czytane są jako element politycznego szachowania, nie kurtuazji.

Europejskie media, które przez pierwsze lata wojny milczały o takich sprawach z obawy przed osłabieniem morale Ukrainy i użytecznością dla rosyjskiej propagandy, dziś piszą o tym otwarcie. O brytyjskiego "The Economist", przez francuskie "Le Monde" i włoską "La Repubblica" po całą polską prasę, która od miesięcy prowadzi walkę o pamięć historyczną.

Nawet niemieckie renomowane tytuły typu "Die Zeit", "Süddeutsche Zeitung", "Der Spiegel" czy "FAZ" – tradycyjnie ostrożne wobec krytyki Kijowa – opisują spór polsko-ukraiński jako "koniec złudzeń" w relacjach, które dotąd budowano na bezwarunkowym zaufaniu.

Oczywiście nie oznacza to, że Wołodymyr Zełenski stał się dla Zachodu persona non grata. Ukraina wciąż walczy o przetrwanie, a wsparcie militarne i finansowe płynie dalej. Zmieniło się jednak coś istotniejszego: zniknęła automatyczna taryfa ulgowa, immunitet moralny, który przez pierwsze lata inwazji chronił prezydenta przed krytycznym spojrzeniem.

Dziennikarze, którzy w 2022 roku bali się zadać niewygodne pytanie, aby nie mierzyć się z ostracyzmem i łatką "ruskiej onucy", dziś pytają wprost o korupcję, o nepotyzm, o spór o UPA. Zełenski przestał być pięknym symbolem, a stał się politykiem ocenianym według zwykłych standardów.

Koniec mitu Zełenskiego to zagrożenia, ale paradoksalnie i szansa

Co to oznacza dla samego przebiegu wojny i europejskiego bezpieczeństwa? Ryzyko jest. Osłabiony wizerunkowo Wołodymyr Zełenski traci część argumentów w rozmowach z zachodnimi partnerami.

Trudniej mu domagać się kolejnych transz pomocy, gdy jednocześnie media piszą o miliardach wyprowadzanych z sektora energetycznego i zbrojeniowego. Spór z Polską – kluczowym państwem tranzytowym i logistycznym zapleczem dla Ukrainy – w najgorszym scenariuszu może osłabić wschodnią flankę NATO właśnie w momencie, gdy Rosja testuje naszą determinację.

Jak trafnie zauważył Norman Davies, aktualnie Kreml nie musi robić nic więcej. Władimirowi Pitinowi właściwie wystarczy obserwować, jak Ukraina sama skłóca się z Zachodem, a społeczne zaufanie do władz w Kijowie niknie.

Jest jednak w tym wszystkim paradoksalnie budujący wątek. Koniec bezkrytycznego heroizowania Zełenskiego w europejskich mediach nie musi być tylko stratą.

To sygnał, że Zachód zaczyna traktować Ukrainę nie jak podopiecznego wymagającego taryfy ulgowej, lecz jak partnera, któremu można i należy stawiać te same wymagania co każdemu innemu krajowi aspirującemu do europejskiej rodziny. I wojna nie może być wymówką na każdy temat.

Dopóki obowiązywał kult niezłomnego przywódcy, trudno było oczekiwać od Kijowa twardych reform instytucjonalnych. Każda krytyka ryzykowała łatkę "grania Putinowi na rękę". Dziś, gdy dziennikarze pytają wprost o korupcję w otoczeniu prezydenta, o niezależność NABU i SAPO czy o motywy sporu z Polską, Ukraina jest de facto zmuszana do tego samego rachunku sumienia, jaki przechodzi każde państwo kandydujące do Unii Europejskiej.

Co jest bolesne dla Zełenskiego osobiście, staje się zdrowe dla państwa, które chce być traktowane jak pełnoprawny członek europejskiej wspólnoty.

A taka dojrzalsza, bardziej wymagająca relacja może więc w dłuższej perspektywie wyjść na dobre zarówno Ukrainie, jak i całej architekturze bezpieczeństwa w Europie. Kraj, którego instytucje potrafią bronić się przed własną władzą, jest solidniejszym fundamentem sojuszu niż ten funkcjonujący wyłącznie na kredycie zaufania do jednego człowieka. Wołodymyr Zełenski traci swoją nadzwyczajną nietykalność, ale to, co Ukraina traci dziś w PR-ze, może odzyskać jutro w wiarygodności.