
"Nie mam jak dojechać, może pani przywiezie?", "Mogę zapłacić tylko tyle, bo mąż pracy nie ma", "A nie dałoby rady do tego jeszcze coś dorzucić dla moich dzieci?". Takie wiadomości znają niemal wszyscy, którzy sprzedawali lub oddawali coś przez internet. Portale ogłoszeniowe coraz częściej stają się miejscem negocjacji prowadzonych za pomocą emocji. – Kultura korzystania z różnych benefitów może wzmacniać przekonanie, że pewne rzeczy po prostu się nam należą – zauważa Karolina Kownacka, psycholożka.
Chcesz sprzedać meble, wózek dziecięcy albo zabawki, z których wyrosło twoje dziecko. Wystawiasz ogłoszenie na OLX, Facebook Marketplace czy inne grupy sprzedażowe. Cena jest rozsądna, a przedmiot w dobrym stanie.
Wydaje się, że pozostaje tylko znaleźć kupca.
Otwierasz skrzynkę. I czytasz wiadomości, które często z samą sprzedażą mają niewiele wspólnego. Jedni próbują negocjować cenę do minimum. Inni pytają o darmową wysyłkę, dowóz albo dodatkowe usługi. Są też osoby, które do swojej prośby dołączają osobistą historię – trudną sytuację finansową, chorobę, samotne rodzicielstwo czy marzenie dziecka o konkretnej rzeczy.
"Mój syn marzy właśnie o takim iPhonie. Nie odda go pani za darmo?" – to tylko jedna z wielu wiadomości, które krążą później po mediach społecznościowych jako przykłady zaskakujących próśb kierowanych do sprzedających.
"Dej, mam horom curke"
Z czasem niektóre z nich stały się nawet internetowymi memami. Dla osób, które je otrzymują, często nie są jednak powodem do śmiechu. Wielu sprzedających ma poczucie, że zwykła prośba zamienia się w oczekiwanie, a granica między życzliwością a roszczeniowością zostaje przekroczona.
"Człowiek haruje na wszystko sam, chce sprzedać telefon, żeby móc kupić lepszy, a inny uważa, że mu się po prostu należy" – irytuje się pewien internauta pod postem sprzedażowym na Facebooku.
Podobnie jest w przypadku większych przedmiotów. Ktoś wystawia kanapę za darmo, a w odpowiedzi słyszy: "Wezmę ją, ale proszę mi ją wnieść na czwarte piętro, bo mam chory kręgosłup. I proszę ją wcześniej wyprać, bo widzę plamę na zdjęciu".
Ktoś inny oddaje sprawny sprzęt AGD, a zamiast prostego pytania o odbiór dostaje listę oczekiwań: transport, pomoc przy wyniesieniu, a czasem jeszcze prośbę o dorzucenie innych rzeczy.
Zjawisko to doczekało się nawet własnego internetowego żartu. Popularny, ironiczny motyw "Dej, mam horom curke" (pisane specjalnie z błędami ortograficznymi - red.) nie wziął się znikąd – wyrósł właśnie z obserwacji sytuacji, w których pod pozornie zwykłymi ogłoszeniami ludzie próbują przekonać drugą osobę do ustępstwa, odwołując się do bardzo osobistych historii.
Internauci zaczęli w ten sposób komentować powtarzający się schemat: ktoś sprzedaje rzecz za niewielką kwotę albo oferuje ją za darmo, a w odpowiedzi otrzymuje wiadomość z dramatycznym uzasadnieniem, dlaczego powinien oddać ją właśnie tej osobie. Z czasem motyw został przerysowany i stał się żartem, ale jego źródłem były doświadczenia wielu użytkowników portali ogłoszeniowych.
– Na prośbę jednej pani mocno obniżyłam cenę – opowiada Kasia, moja znajoma. – Sprzedawałam paczkę ubranek dziecięcych w bardzo dobrym stanie. Kobieta napisała, że ma ciężką sytuację w domu i bardzo by jej pomogło, gdybym zeszła z ceny. Zrobiło mi się jej żal, więc się zgodziłam.
Jak mówi, później pojawiła się kolejna prośba.
– Napisała, że nie może odebrać rzeczy, bo nie ma jak dojechać do mojego miejsca zamieszkania. Pomyślałam: trzeba być człowiekiem. Umówiłyśmy się więc w centrum miasta, specjalnie pojechałam na spotkanie. Ale jej nie było. Czekam pięć minut, dziesięć. Dzwonię przez Messenger – raz, drugi. Za trzecim razem już się nie udało, bo mnie zablokowała – opowiada.
Podobne doświadczenia ma Malwina, która z czasem zrezygnowała ze sprzedaży rzeczy po dzieciach. Mówi wprost: ma już dość.
– Kiedyś próbowałam sprzedawać ubrania, książki i rzeczy, z których już wyrosły. Szybko się zniechęciłam, bo więcej czasu zajmowało mi odpisywanie na wiadomości niż sama sprzedaż. Ludzie pytali o kolejne obniżki, prosili o dodatkowe zdjęcia, rezerwację na kilka tygodni, a czasem jeszcze o dowóz – wylicza.
Dlatego zaczęła rzeczy po prostu oddawać.
– Pomyślałam, że to będzie mniej kłopotliwe. Ale wtedy też bywałam zaskoczona reakcjami. Zdarzało się, że ktoś pisał, że odbierze, a potem nie przyjeżdżał. Albo pytał, czy mogłabym jeszcze dowieźć rzecz albo oddać coś dodatkowego "skoro już się pozbywam" – opowiada.
Pospiesznie dodaje, że nikogo nie ocenia i po prostu lubi pomagać.
– Rozumiem, że ktoś może być w trudnej sytuacji i potrzebować wsparcia. Sama oddaję rzeczy z myślą, żeby komuś posłużyły. Problem pojawia się wtedy, kiedy ktoś zaczyna mieć kolejne wymagania – precyzuje Malwina.
Emocjonalny szantaż czy wołanie o pomoc?
Dlaczego część osób traktuje darmowe lub bardzo tanie rzeczy nie jako gest dobrej woli, ale jako punkt wyjścia do dalszych próśb i negocjacji?
– Internet zmienia sposób, w jaki funkcjonujemy w relacjach. Kiedy nie widzimy drugiej osoby, jej reakcji, emocji czy mowy ciała, łatwiej jest nam przekroczyć granice, które w kontakcie twarzą w twarz byłyby dla większości ludzi bardziej oczywiste. Dystans psychologiczny osłabia poczucie skrępowania i odpowiedzialności za własne zachowanie – tłumaczy Karolina Kownacka, psycholożka.
Jak dodaje, wpływ ma również zmiana norm społecznych w przestrzeni internetowej.
– Obserwujemy zjawisko stopniowego przesuwania norm społecznych. W internecie coraz częściej pojawia się przekonanie, że skoro ktoś oferuje coś za darmo lub za symboliczną kwotę, to można próbować negocjować jeszcze więcej. Dla części osób staje się to wręcz strategią działania – wychodzą z założenia, że "nie zaszkodzi zapytać" – mówi ekspertka.
Jej zdaniem problem pojawia się wtedy, gdy prośby przestają uwzględniać granice i potrzeby drugiej osoby.
– Nie oznacza to jednak, że wszyscy działają z wyrachowania. Część osób po prostu przyzwyczaiła się do kultury internetowych negocjacji, gdzie targowanie się czy składanie kolejnych próśb stało się czymś powszechnym – podkreśla.
Psycholożka zwraca również uwagę, że sama różnica między sprzedażą a oddaniem rzeczy potrafi znacząco zmieniać reakcje użytkowników internetu.
– Sama kiedyś sprzedawałam rzeczy w internecie, ale z czasem wydało mi się to bezcelowe. Kiedy wystawiałam oryginalne buty po dziecku w idealnym stanie za 50 zł, zainteresowanie było niewielkie. Kiedy natomiast chciałam je oddać za darmo, pojawiały się dziesiątki wiadomości – opowiada.
Jej zdaniem część osób coraz częściej szuka korzyści przy minimalnym zaangażowaniu.
Karolina Kownacka
psycholożka
Dlaczego w takich sytuacjach tak często pojawiają się osobiste historie i odwoływanie się do emocji? Pod ogłoszeniami ludzie czasem opisują swoją trudną sytuację rodzinną, finansową czy zdrowotną, prosząc o obniżenie ceny lub oddanie rzeczy za darmo.
Taką sytuację przeżyła Marta, która wystawiła w internecie używany fotelik samochodowy po swoim dziecku.
– Fotelik był w bardzo dobrym stanie, kupiony kilka lat wcześniej za spore pieniądze. Wystawiłam go za niewielką kwotę, bo chciałam, żeby jeszcze komuś posłużył. Napisała do mnie kobieta, że wychowuje sama dwójkę dzieci. Skarżyła się, że jest jej bardzo trudno finansowo. Zapytała, czy mogłabym oddać go za darmo, bo bardzo by jej pomógł – opowiada.
Marta przyznaje, że miała dylemat. Tym bardziej że – jak mówi – mąż wielokrotnie zwracał jej uwagę, że ma zbyt dobre serce i czasem bierze na siebie problemy innych ludzi.
– Zgodziłam się oddać fotelik. Potem jednak zaczęły pojawiać się kolejne prośby – czy mogłabym pomóc jej zapisać dziecko do lekarza, bo sama nie daje rady, czy doradzić w innych sprawach. Zaczęło wykraczać to poza samo przekazanie rzeczy – opowiada Marta.
Jak dodaje, właśnie wtedy poczuła, że sytuacja zaczyna być dla niej trudna.
– Nie chodziło o to, że ktoś poprosił o pomoc. Rozumiem, że ludzie czasem znajdują się w sytuacjach, w których potrzebują wsparcia. Ale miałam poczucie, że stopniowo zaczynam brać na siebie odpowiedzialność za problemy osoby, której przecież właściwie nie znałam – zaznacza.
Ciąg dalszy tekstu poniżej
Zobacz także
Podobne historie sprawiają, że część osób sprzedających lub oddających rzeczy zaczyna ostrożniej podchodzić do emocjonalnych próśb. A jest ich bardzo dużo w przestrzeni internetowej. Czy są one sposobem przede wszystkim sposób wywierania presji i wzbudzania poczucia winy, czy może dla części osób po prostu próbą szukania wsparcia?
– Ludzie wiedzą, że emocje wpływają na decyzje. Opisanie trudnej sytuacji rodzinnej, finansowej czy zdrowotnej może zwiększać szansę na uzyskanie pomocy, ponieważ uruchamia empatię i współczucie odbiorcy. W pewnych sytuacjach może to być forma manipulacji – tłumaczy Karolina Kownacka, psycholożka.
Ekspertka zaznacza jednak, że nie każdą taką historię należy traktować jako próbę wywarcia presji.
– Nie warto zakładać, że każda taka wiadomość jest próbą manipulacji. Dla części osób jest to autentyczny sposób szukania wsparcia, szczególnie jeśli znajdują się w kryzysie i nie mają innych możliwości. Zdarzają się jednak również sytuacje, w których odwoływanie się do trudnych doświadczeń staje się sposobem wywierania presji poprzez wzbudzanie poczucia winy u drugiej strony – mówi.
Zdaniem psycholożki kluczowe jest rozdzielenie empatii od poczucia obowiązku.
– Możemy współczuć czyjejś sytuacji, ale jednocześnie mamy prawo postawić granicę i odmówić. Empatia nie oznacza obowiązku spełniania każdej prośby. Zdrowe relacje, również te internetowe, opierają się na szacunku dla potrzeb obu stron, a nie na przekonaniu, że czyjaś trudna sytuacja automatycznie zobowiązuje innych do rezygnacji z własnych granic – podsumowuje Karolina Kownacka.





