Kolaż z twarzą kobiety, symbolizujący smutek
Często żałujemy swoich decyzji i idealizujemy alternatywne scenariusze. A inna droga wcale nie musiała być lepsza Fot. Shutterstock / canva

Krystyna czasem wyobraża sobie swoje drugie życie. To, którego już nigdy nie będzie. W tym drugim życiu widzi siebie lekką, radosną, uśmiechniętą. Bez męża, przy którym gaśnie z dnia na dzień, kurczy się i zamyka. – Nie poszłam za głosem serca. Niczego bardziej nie żałuję – opowiada 70- latka.

REKLAMA

W życiu Krystyny wszystko było po kolei: najpierw matura, potem zaręczyny, ślub i trójka dzieci. Kazik nie był jej miłością. Ale spokojny, kulturalny, zabiegał o nią.

– To wyszłam za niego – przyznaje.

Żałuję, że zostałam

Krystyna uważa, że kiedyś dziewczyny "nie wydziwiały" tak jak dziś. Jej mama często powtarzała, że motyle w brzuchu kiedyś przeminą. Sama wyszła za mąż z rozsądku i z mężem przeżyła pięćdziesiąt lat w zgodzie.

Ale zanim pojawił się Kazik, był jeszcze ktoś: chłopak z bujnymi włosami i gitarą. Buntownik. Łobuz. Zupełne przeciwieństwo świata, z którego pochodziła Krystyna. Doszedł do ich klasy w połowie liceum. Na szkolnych korytarzach szeptali, że jego ojciec siedzi w więzieniu.

Krystyna zakochała się w jego oczach od pierwszego wejrzenia. Duże, niebieskie, smutne.

– Wystarczyło, że wszedł do klasy. Od razu przepadłam – wspomina.

Miała wrażenie, że zerka na nią ukradkiem. Myślała, że jej się wydaje. Nigdy nawet nie zagadał.

Po maturze ich drogi całkiem się rozeszły.

Kiedy spotkali się przypadkiem w parku, Krystyna miała już długi małżeński staż i trójkę dzieci. Poznała go od razu, mimo że nie był już zbuntowanym chłopakiem z gitarą. Okazało się, że ustatkował się, prowadził własną firmę. W latach 90. niewielu mogło powiedzieć o sobie to samo.

Tylko w sprawach sercowych mu się nie układało.

Zaczęli się spotykać.

– Chciał, żebym z nim była. Żebym odeszła od męża. Proponował wspólne wyjazdy, mówił, żebyśmy zaczęli wszystko od nowa – opowiada Krystyna. – Wyznał, że w liceum też był we mnie zakochany.

W domu czekał na nią mąż, który – jak mówi – często jej umniejszał, dokuczał i miał wieczne problemy z pracą. Nawet go nigdy nie kochała, po prostu przyzwyczaiła się do jego obecności.

Byłam wychowana tak, że skoro przysięgałam przed Bogiem, to nie ma odwrotu. Miałam trójkę małych dzieci. Nie wyobrażałam sobie rozwodu. Powtarzałam sobie, że rodziny się nie rozbija.

Krystyna

emerytka

Dziś Krystyna mówi, że nie ma dnia, żeby nie zastanawiała się, jak wyglądałoby jej życie, gdyby wtedy poszła za głosem serca.

Żałuje, że została. Dzieci dawno wyfrunęły z gniazda, założyły swoje rodziny, mają swoje dzieci. Z mężem żyją jak współlokatorzy w oddzielnych pokojach. Czasami całymi dniami się do siebie nie odezwą.

Co by było, gdyby...

Krystyna nie jest jedyną osobą, która po latach zastanawia się, co by było, gdyby wybrała inaczej.

– Może nie był w moim typie. Może nie mieliśmy wielu wspólnych zainteresowań. Ale żałuję, że wtedy z nim zerwałam – zaczyna swoją opowieść Hania, młodsza od Krystyny o trzydzieści lat.

Znajomi od początku powtarzali, że z niej i z Jacka "nic nie będzie". Ona była żywiołowa, uśmiechnięta, wiecznie głodna nowych wrażeń. Chciała więcej i więcej – spontanicznych wyjazdów, nowych doświadczeń, adrenaliny. On był jej przeciwieństwem: spokojny, cichy, trochę flegmatyczny. Najchętniej siedziałby w domu i oglądał paradokumenty.

Ale był też niezwykle ugodowy. Gdy Hania chciała gdzieś jechać, po prostu się zgadzał. Nigdy nie protestował. "Zamęczysz się z nim. Facet nie ma charakteru" – ostrzegały ją koleżanki.

Z czasem sama zaczęła mieć podobne wątpliwości. Odeszła.

Potem dostała dokładnie to, czego kiedyś pragnęła. Loty paralotnią, nurkowanie, spontaniczne wypady i mężczyzn, którzy nie bali się ryzyka. Tyle że – jak dziś mówi – żaden z nich nie dawał jej tego, co dawał Jacek: poczucia bezpieczeństwa, szacunku i spokoju.

Od dwóch lat jest sama.

Jacka ostatni raz widziała szesnaście lat temu. Bardzo przeżył jej odejście.

– Niedawno znalazłam jego profil na Facebooku. Zobaczyłam rodzinne zdjęcie: piękna żona, dwójka ślicznych dzieci. Pomyślałam tylko, że ona ma przy nim po prostu spokojne, dobre życie – w jej głosie słyszę smutek. – Ja już dzieci mieć nie będę. Na to jest za późno. Żałuję tylko, że wtedy nie dałam nam szansy.

Tęsknota za życiem, którego nie było

Zdaniem Eweliny Naturii Pańczyk, psychotraumatolożki, terapeutki i mediatorki, bardzo łatwo idealizujemy alternatywne scenariusze własnego życia.

– Bardzo lubimy takie fikcje i iluzje, bo one są zawsze lepsze niż nasze życie – zauważa psychotraumatolożka. – Myślimy: gdybym wtedy wyjechała, gdybym poszła na te studia, gdybym podjęła inną decyzję, na pewno byłoby mi lepiej.

Tymczasem – jak podkreśla – nie wiemy, jak naprawdę wyglądałaby ta druga droga.

– Nie wiadomo, z czym musielibyśmy się zmierzyć, ile pracy by nas to kosztowało i czy poradzilibyśmy sobie z tymi wyzwaniami. Ta droga wcale nie musiała być usłana różami – tłumaczy. 

Zdaniem terapeutki takie myślenie często jest sygnałem, że dziś nie jesteśmy zadowoleni ze swojego życia.

– Zamiast rozpamiętywać życie, którego nie było, warto zadać sobie pytanie, czego brakuje mi w tym, które prowadzę dzisiaj – radzi.

Jak dodaje, bardzo często odpowiedź jest bliżej, niż nam się wydaje.

– Nie zawsze czegoś nie mamy. Bardzo często po prostu nie widzimy tego, co mamy – podkreśla ekspertka.

Ciąg dalszy tekstu poniżej

Żałuję, że nie spróbowałam

Michał najczęściej wraca do jednej sceny, którą odgrywał przez wiele lat, dzień po dniu: siedzi w ostatniej ławce, zerka na zegarek i odlicza minuty do dzwonka. Myśli tylko o tym, kiedy wreszcie będzie mógł wyjść. Tylko to go ożywia.

Kiedy ma kilkanaście lat, szkoły szczerze nienawidzi. Wydaje mu się stratą czasu. Rodzice powtarzają mu, że kiedyś będzie żałował. Chodzą po nauczycielach, proszą, żeby przepuścili go do następnej klasy. Nie ma przedmiotu, który by Michała interesował. Z dwójami kończy zawodówkę.

Idzie do pierwszej pracy. Ciężkiej, fizycznej. Miała być tylko na chwilę – na przeczekanie, zanim wymyśli, co dalej. Zostaje w niej na lata.

– Jak miałem osiemnaście lat, nie myślałem o tym, co będzie za dwadzieścia lat. Byłem młody, silny, nic mnie nie bolało. Dzisiaj kręgosłup daje o sobie znać, mam zwyrodnienia i coraz trudniej jest dźwigać – wyznaje.

Pracuje, radzi sobie, utrzymuje rodzinę. Ale za każdym razem, gdy ktoś pyta go o wykształcenie, wraca to samo ukłucie.

Dziś przyznaje, że rodzice mieli rację. Mówili: "Nie będziesz wiecznie młody. Pomyśl o przyszłości. Ucz się dalej". Ale on nie słuchał.

– Najgorsze jest to, że ja wiem, że mogłem. Nikt mi nie zabronił. Po prostu mi się nie chciało – przyznaje.

Kiedy miał trzydzieści lat, żona go namawiała, żeby uczył się dalej, zrobił maturę. Zabrakło mu odwagi.

– Tego też żałuję – przyznaje.

I chociaż słyszał o najstarszym maturzyście w Polsce, sam nie widzi się już w ławce szkolnej.

Bariery, które stawiamy na drodze do własnych marzeń, nie zawsze mają związek z wiekiem. Czasem pojawiają się znacznie wcześniej – wyrastają z cudzych słów, zasianych wątpliwości i braku wiary we własne możliwości.

Marta jest nauczycielką w klasach 1-3. Chciała być prawniczką, ale od dziecka słyszała, że prawo to trudny kierunek, że dostają się tam tylko najlepsi i że bez znajomości trudno będzie się przebić. Miała dobre oceny, ale z czasem zaczęła wierzyć, że ten świat nie jest dla niej.

Nawet nie spróbowała. Poszła na pedagogikę.

Dziś, kiedy ogląda filmy i seriale, w których akcja rozgrywa się na sali sądowej, coś ją ściska w środku. Nie potrafi całkiem odsunąć od siebie myśli: "A gdybym to była ja?".

Żałuje, że odebrała sobie szansę.

To nie są tylko pojedyncze historie. Z opublikowanego w 2022 roku raportu "World Regret Survey", który objął ponad 19 tysięcy osób ze stu krajów, wynika, że jednym z najczęściej powracających rodzajów żalu jest ten związany z brakiem odwagi – z tym, czego nie zrobiliśmy, bo baliśmy się spróbować.

Badacze zwracają uwagę, że niepodjęte decyzje potrafią boleć równie mocno, jak te, które okazały się błędne. W głowie tworzymy wtedy alternatywną wersję własnego życia – taką, w której jesteśmy odważniejsi, bardziej spełnieni i wolni od ograniczeń, które zatrzymały nas w przeszłości.

"To nieprzepracowana żałoba"

Ewelina Naturia Pańczyk mówi wprost, że w swoim gabinecie nie spotkała jeszcze osoby, która nie nosiłaby w sobie podobnego żalu.

– Wydaje się, że jest to powszechny żal wszystkich ludzi, a przynajmniej tych, którzy dostrzegają u siebie jakieś wyzwanie związane ze zdrowiem psychicznym i trafiają na terapię – zauważa. 

Jak tłumaczy, pytanie "co by było, gdyby?" bywa czymś więcej niż zwykłą refleksją nad przeszłością.

– To jest nieprzepracowana żałoba. Żałoba po tym, co mogło być, a nie było.

Według terapeutki szczególnie trudne jest to dla osób, które każdą decyzję przeżywają jako stratę.

– Jeżeli wybieramy coś, to nie wybieramy czegoś innego. Obiektywnie jest to strata. Jednak osoby z nieprzepracowaną traumą straty nie postrzegają tego jako naturalnej konsekwencji wyboru, lecz przede wszystkim jako utratę – wyjaśnia. 

Jak mówi dalej, z czasem pojawia się lęk przed podejmowaniem decyzji. Skoro każdy wybór wiąże się z utratą innej możliwości, wiele osób woli nie wybierać wcale.

Ich życie staje się po prostu zmarnotrawione. Im dłużej ten schemat trwa, tym większe jest poczucie niewykorzystanego, niepełnego i niesatysfakcjonującego życia.

Eweliny Naturii Pańczyk

psychotraumatolożka, terapeutka, mediatorka

W gabinecie Eweliny Naturii Pańczyk najczęściej powraca żal związany z miłością i niespełnionymi relacjami. Pacjenci wracają myślami do zakończonych związków i powtarzają sobie: "gdyby tylko ta druga osoba bardziej się starała, bardziej mnie rozumiała, dała mi więcej czasu... wszystko mogłoby wyglądać inaczej".

– Oni bardzo często żyją tymi momentami, kiedy było pięknie. I myślą, że skoro takie chwile się wydarzały, to można było przełożyć je na całe życie – mówi psychotraumatolożka.

Jak podkreśla, właśnie w tym tkwi pułapka.

– Zawsze zatrzymuje mnie to słowo: "tylko". "Gdyby tylko dał więcej empatii, gdyby tylko bardziej się starał". Ale to "tylko" jest właśnie całą historią tej relacji.

Jak wyjaśnia, nie zabrakło jednego drobnego elementu, który mógł uratować związek. Zabrakło podstaw: poczucia bycia kochanym, zauważonym, szanowanym i ważnym.

– Ludzie często mają iluzję, że tak niewiele brakowało. Patrzą na jedną chwilę, a zapominają o całym obrazie.

Zdaniem terapeutki przepracowanie takich doświadczeń nie polega na nieustannym rozliczaniu siebie z przeszłości.

– Osoby, które mają to za sobą, potrafią powiedzieć: "Zrobiłam wtedy tyle, ile mogłam – z takimi zasobami, wiedzą i w takiej sytuacji, w jakiej byłam". Nie stoją już po swojej stronie jako krytycy – mówi.

Jak dodaje ekspertka, nawet trudne doświadczenia mogą stać się źródłem wiedzy i siły.

– Nawet jeśli przegrałam, to czegoś się nauczyłam. Zawsze zostaje jakieś doświadczenie, jakaś lekcja, z której mogę później skorzystać.