
Włoskie wybrzeże ma ok. 7,6 tys. kilometrów i znajdują się na nim tysiące plaż. Choć w teorii linia brzegowa jest państwową własnością, to z biegiem lat plaże stały się prywatnymi interesami przynoszącymi wielkie zyski włoskim rodzinom. Teraz, podobnie jak w Grecji, wiele ma się tam zmienić.
Prawie połowa piaszczystych plaż we Włoszech dostępna jest dziś wyłącznie za dodatkową opłatą. To ogromny paradoks, który kilka lat temu doprowadził do fali protestów i rewolucji na plażach w Grecji. Kolorowe, równiutko ustawione leżaki może i niektórym wydają się ładne, ale kiedy za dzień plażowania trzeba zapłacić nawet kilkadziesiąt euro, turyści mają dość i więcej tam nie wracają. Po latach takiego plażowego monopolu nadciąga wielka zmiana, która może na zawsze uwolnić włoskie wybrzeże. Albo sprawić, że będzie tam jeszcze drożej niż dotychczas.
Włosi wzięli się za porządki na plażach. Rzym ruszył jako pierwszy
Jak podaje serwis Blick.ch, włoski paradoks plażowy najlepiej widać w Rzymie. Ostia, nadmorska dzielnica Wiecznego Miasta, może pochwalić się aż 11 kilometrami piaszczystego wybrzeża. Problem polega na tym, że jedynie 1,2 kilometra dostępne jest dla turystów bez żadnych opłat. I to zaczyna się właśnie zmieniać.
Kolejne prywatne odcinki są zamykane – jedne z powodu naruszeń prawa budowlanego, a inne z powodu podejrzeń o współpracę z mafią. Z tej drugiej przyczyny nie można już bawić się w Beachclub Villa. A zamykanych lokali i prywatnych fragmentów wybrzeża będzie coraz więcej.
Burmistrz Rzymu Roberto Gualtieri postawił sobie za cel przywrócenie ludziom bezpłatnego dostępu do morza. Za punkt honoru wziął sobie tworzenie Spiaggia Libera, czyli plaż publicznych, które niebawem mogą pojawić się także w innych częściach Włoch. Wszystko z powodu unijnego przymusu.
Zobacz także
Koniec wielopokoleniowego biznesu plażowego we Włoszech. Nowe przepisy budzą kontrowersje
Włochy może czekać prawdziwa plażowa rewolucja. Jeżeli pójdą śladem Grecji, która rozprawia się z największym problemem na plażach i od lat rozszerza listę "dziewiczych plaż" pozbawionych leżaków i innej infrastruktury, turyści i lokalsi będą mogli odzyskać możliwość bezpłatnych kąpieli. A przypomnijmy, że w niektórych miejscach za leżak trzeba zapłacić nawet 55 euro dziennie, a wynajęcie na cały sezon to w przeliczeniu wydatek nawet 12 tys. za leżak – i tak, brzmi absurdalnie, ale chętnych nie brakuje.
Ten plażowy biznes musi jednak przejść rewolucję z powodu unijnego prawa. Najpóźniej do końca czerwca 2027 roku Włochy muszą na nowo rozpisać wszystkie koncesje plażowe. I tylko od nich zależy, w którą stronę to pójdzie. Turyści mogą mieć nadzieję, że państwo ograniczy liczbę miejsc z wynajmem leżaków i po prostu odda plaże mieszkańcom oraz turystom, którzy od lat potrafią rezygnować np. z wczasów w Rimini właśnie z powodu braku miejsca na rozłożenie ręcznika.
Ale jest też drugi, znacznie mniej optymistyczny scenariusz. Aktualni posiadacze prywatnych plaż obawiają się, że po koncesje sięgną zagraniczne firmy. Wtedy nie tylko oni stracą miejsca, w które inwestowali od dziesięcioleci, ale równocześnie ceny mogą sięgnąć jeszcze bardziej absurdalnych poziomów niż obecnie – a już dziś przy stawkach w rodzaju 60 euro za leżak Włosi mają dość. Ostatecznie więc wakacje w Italii w 2027 roku mogą się bardzo różnić od obecnych. Zanim jednak to nastąpi, warto sprawdzić, ile kosztują wakacje we Włoszech w 2026 roku.






