Kobieta z różańcem i kopertą z pieniędzmi
W sieci można kupić "lewe" zaświadczenia wymagane przez Kościół Fot. Shutterstock

Sto złotych za kartę spowiedzi, 450 za nauki przedmałżeńskie. Wysyłka do paczkomatu w 48 godzin. Wystarczy kilka kliknięć, żeby ominąć kościelne formalności. W sieci kwitnie rynek zaświadczeń, których zdobycie w normalnym trybie wymagałoby wizyty w kancelarii, rozmowy z księdzem i – czasem – spełnienia warunków, których nie chcemy albo nie możemy spełnić. Przyglądamy się temu, kto z takich ofert korzysta, dlaczego ludzie decydują się na drogę na skróty i co dzieje się, gdy parafia odkryje, że dokument nie jest autentyczny.

REKLAMA

"Dziecku się nie odmawia" – pomyślała moja dobra znajoma, Beata, kiedy bliska przyjaciółka poprosiła ją, by została chrzestną. Chodziło nie tylko o chęć pomocy, ale też o zwykłą empatię: jej przyjaciółka nie miała nikogo innego, do kogo mogłaby się zwrócić.

Szybko pojawił się jednak problem formalny. Żeby zostać chrzestną, Beata musiała przedstawić zaświadczenie o odbytej spowiedzi. A na to nie miała najmniejszej ochoty. Żyła w konkubinacie, miała nieślubne dziecko i nie zamierzała udawać w konfesjonale skruchy ani przepraszać za grzechy, których tak naprawdę nie żałowała.

Sprawa nie dawała jej spokoju. Nerwowo chodziła po biurze i narzekała przed współpracownikami.

"Co ja mam zrobić? Jak mam zdobyć zaświadczenie ze spowiedzi, skoro do niej nie pójdę?" – zastanawiała się głośno.

W końcu jeden z kolegów zirytował się.

"Chodź, rozgrzeszę cię. Sam ci napiszę, że byłaś u spowiedzi" – rzucił.

Beata potraktowała to jako żart. On jednak wyrwał kawałek zwykłej kartki z notesu i od ręki napisał na niej "zaświadczenie": imię, nazwisko oraz informację, że wskazanego dnia Beata odbyła spowiedź świętą. Na końcu podpisał się jako ksiądz.

Do kancelarii parafialnej szła na miękkich nogach, z sercem bijącym jak oszalałe. Kiedy wręczyła duchownemu odręcznie napisany świstek, ksiądz przyjrzał mu się z konsternacją.

"Co to za dziwne zaświadczenie? W ogóle nie kojarzę nazwiska takiego kapłana" – uniósł brwi.

"Bo to ksiądz z innego miasta" – wyjaśniła na poczekaniu.

Duchowny wzruszył ramionami, rzucił krótkie "OK" i dołączył kartkę do dokumentów.

To wystarczyło.

Papier na skróty

Znam tę historię na pamięć. Wydarzyła się dobrych kilka lat temu. Beata do dziś powtarza, że będzie smażyć się za to w piekle. A razem z nią – jej kolega, który własnoręcznie wypisał jej "zaświadczenie".

Dziś Beata nie musiałaby jednak szukać w biurze kogoś, kto pomoże jej obejść kościelne wymagania. Wystarczy kilka kliknięć, by w internecie trafić na oferty zaświadczeń wymaganych przez Kościół. To, że jest na nie zapotrzebowanie, widać także na forach i grupach dyskusyjnych, gdzie internauci otwarcie pytają, jak zdobyć potrzebny dokument bez spełniania wymogów.

"Razem z narzeczoną planujemy wziąć ślub kościelny w tym roku, natomiast pozostaje kwestia nauk przedmałżeńskich. Nie ukrywam, czasu jest mało, wolimy załatwić gotowy papier. Wiadomo – im taniej, tym lepiej" – napisał jeden z użytkowników.

Na podobne problemy natrafiają osoby starające się zostać chrzestnymi, choć ich sytuacja nie zawsze jest taka jak Beaty. Jedna z internautek opisała, że miała zostać matką chrzestną na miesiąc przed własnym ślubem kościelnym. Proboszcz odmówił wydania jej zaświadczenia, ponieważ para mieszkała razem. Zdziwiła się, bo przecież za chwilę miała uregulować swoją sytuację.

Takie historie pokazują, że dla części wiernych kościelne wymagania dotyczące chrzestnych nie zawsze są oczywiste.

Kolejna internautka podczas przygotowań do własnego ślubu odkryła, że w księdze bierzmowanych nie ma jej nazwiska. Dopiero kontakt z parafią, w której została ochrzczona, pozwolił potwierdzić, że rzeczywiście przyjęła sakrament.

Jak relacjonuje, podczas przygotowań do ślubu usłyszała od księdza: "Można udzielić sakramentu ślubu bez bierzmowania, ale co to będzie za małżeństwo"

Później dowiedziała się również, że kandydaci na chrzestnych powinni być po bierzmowaniu i po ślubie kościelnym albo żyć w pojedynkę. Tymczasem jej siostra, która ma jedynie ślub cywilny, została bez problemu chrzestną w innej parafii.

"Po tej sytuacji podchodzę do spraw Kościoła z większym dystansem" – podsumowała.

Zainteresowała się policja

Postanawiam sama sprawdzić, jak wygląda internetowy rynek kościelnych dokumentów. Trafiam na stronę, która już w swojej nazwie obiecuje zaświadczenia "od ręki". Witryna przypomina zwykły sklep internetowy. Dokument ma trafić do wybranego paczkomatu w ciągu maksymalnie 48 godzin.

"Karta spowiedzi" kosztuje 100 zł, "Zgoda na przyjęcie Sakramentów Świętych poza parafią zamieszkania" – 180 zł. "Zaświadczenie dla chrzestnego" i dokument potwierdzający przyjęcie "Bierzmowania" wyceniono na 250 zł. Najdroższe są "Nauki przedmałżeńskie" – 450 zł.

Wszystko można załatwić bez wizyty w kancelarii, rozmowy z proboszczem i tłumaczenia swojej sytuacji. Kilka kliknięć i dokument ma być gotowy do odbioru.

Tyle że dopiero po zakupie mogą pojawić się pytania, których wcześniej nie było. Jedna z internautek napisała na Facebooku, że zamówiła zaświadczenie o możliwości zostania chrzestną, ale po dokładniejszym przyjrzeniu się dokumentowi zaczęła mieć wątpliwości, czy jest on autentyczny:

"Czy któraś z was zamawiała zaświadczenie o możliwości bycia chrzestną z tej strony i później przedstawiała je w swojej parafii? Czy zostało ono zaakceptowane bez problemu? Bardzo się tym martwię"– napisała na kobiecej grupie.

Jej obawy nie są całkiem bezpodstawne. Jedna z internautek ostrzegała przed konsekwencjami korzystania z takich ofert. Opisała historię kilku par ze swojego otoczenia, których oszustwo miało wyjść na jaw. Sprawa została zgłoszona zarówno na policję, jak i do kurii. Miesiąc przed ślubem narzeczeni czekali na decyzję biskupa. Ostatecznie musieli rozpocząć nauki przedmałżeńskie od początku. Nie musieli jednak przekładać samej ceremonii – dostali zgodę na dokończenie części zajęć już po ślubie.

O to, jak Kościół patrzy na kupowanie i fałszowanie takich dokumentów oraz jak parafie weryfikują zaświadczenia przynoszone przez kandydatów na chrzestnych, próbowałam zapytać księży, przedstawicieli kurii i archidiecezji, a także adwokatów kościelnych.

Chciałam dowiedzieć się również, co dzieje się, gdy do kancelarii trafia fałszywy dokument.

Nikt nie zdecydował się ze mną porozmawiać.

Nie udało mi się więc uzyskać oficjalnego komentarza Kościoła do zjawiska, które wydaje się być bardzo powszechne. W internecie tymczasem temat żyje własnym życiem. Na kolejnych grupach i forach internauci pytają, gdzie zdobyć potrzebny dokument, ile kosztuje i – przede wszystkim – czy proboszcz go zaakceptuje.

Za zwykłym "papierem" zdobytym na skróty kryją się jednak nie tylko kościelne formalności.

Dlaczego ludzie decydują się na tego typu rozwiązania?

– Z tym zjawiskiem miałem do czynienia przez lata nauczania etyki. Wiele osób robi to po prostu dla świętego spokoju, żeby ułatwić sobie życie i żeby nikt nie wiercił im dziury w brzuchu. Na tłumaczenie się czy konfrontacje po prostu nie mają w danym momencie życia przestrzeni – tłumaczy Przemek Staroń, psycholog, kulturoznawca, twórca serii "Szkoła bohaterek i bohaterów", nagrodzony tytułem Nauczyciel Roku.

Czasem chodzi też o zwykłe zmęczenie i brak siły na kolejną konfrontację. – Żyjemy w świecie bombardującym nas ogromną liczbą bodźców i często nie chcemy sobie niczego dokładać. Jeżeli coś w życiu można załatwić prościej, to załatwiamy to prościej, bez wchodzenia w żadne wymagające dodatkowego wysiłku ścieżki – zauważa.

Trudność polega na tym, że nie zawsze potrafimy też stawiać granice i radzić sobie z dyskomfortem, który się z tym wiąże. – Nie jesteśmy w szkole uczeni fundamentów jasnej, otwartej komunikacji – również tego, jak radzić sobie z dyskomfortem po postawieniu granicy, kiedy to pojawia się ten charakterystyczny "kwas w brzuchu". Nie jesteśmy uczeni, jak metabolizować te emocje, dlatego człowiekowi łatwiej jest po prostu machnąć ręką i pójść prostszą według siebie ścieżką – tłumaczy Staroń.

Za decyzją o zdobyciu zaświadczenia potrzebnego do zostania chrzestnym stoją jednak także inne mechanizmy psychologiczne. 

– Żyjemy w świecie epidemii samotności i nieustannego porównywania się na portalach społecznościowych. Wielu z nas czuje się niewysłuchanych i niezauważonych. Gdy w takim momencie przychodzi ktoś i proponuje nam bardzo ważną, realną rolę, to na poziomie psychologicznym niezwykle silnie zaspokaja to potrzebę afiliacji – w tym bycia częścią czegoś większego – a także szacunku i uznania. To może być także historia o naszych nieuświadomionych niezaspokojonych potrzebach czy ambicjach  – mówi psycholog. 

Ciąg dalszy tekstu poniżej

Antyreligijny kostium

Do tego dochodzi sam rytuał i emocje, które może wywoływać. – Obrzędy religijne są formą widowiska, a w nas, ludzi, naturalnie wpisany jest pociąg do uczestniczenia w rytuałach, widowiskach, które pozwalają nam doświadczać wyjątkowej formy performatywności. Nawet jeśli ktoś twierdzi, że z Kościołem nie ma już nic wspólnego, sam udział w oprawie obrzędowej nadal wyzwala w nim/niej emocje – zauważa.

Ale znaczenie może mieć także to, kim stajemy się w tej sytuacji – chrzestnym. 

Staroń zwraca uwagę, że szczególnie dla osób, które świadomie zdecydowały się nie mieć własnych dzieci, może to być ważna rola. – Przyjęcie roli chrzestnego dla dziecka przyjaciół czy kogoś z rodziny może być okazją, by po prostu wejść w ważną symbolicznie relację i pełnić istotną rolę w życiu bliskiego dziecka – tłumaczy.

Nie bez znaczenia jest też sam fakt, że w centrum tej prośby stoi dziecko. W naszej kulturze łatwo staje się ono argumentem zamykającym dyskusję. – Sformułowania typu "dziecku się nie odmawia" pokazują szczególną rolę konceptu dziecka w naszej kulturze – to argument, z którym niezwykle trudno często w ogóle dyskutować – mówi Staroń.

I tu pojawia się pewna sprzeczność, gdyż po zaświadczenia potrzebne do kościelnych ceremonii czy pełnienia określonych ról sięgają także osoby, które na co dzień z Kościołem mają niewiele wspólnego. 

Zdaniem Staronia nie jest to przypadek.

 – Możemy być teoretycznie poza Kościołem, ale oparta o denominację rzymskokatolicką religijność jest tak głęboko wryta w naszą kulturę, że pewne schematy w nas zostają. Człowiek mówi sobie: "nie mam już z Kościołem nic wspólnego", ale bez pogłębienia samoświadomości jednocześnie nadal funkcjonuje według tych samych kulturowych wzorców, tylko przywdziewających inny, często nawet antyreligijny kostium – wyjaśnia ekspert.