
Mogłoby się wydawać, że kupno własnego mieszkania to jeden z najprzyjemniejszych momentów w życiu pary. Tymczasem wspólny remont potrafi wystawić związek na wyjątkowo trudną próbę. Spory o kolor płytek czy budżet często okazują się tylko przykrywką dla znacznie głębszych problemów.
Przez trzy godziny kłócili się o gres.
Aneta chciała terrazzo w ciepłej kolorystyce i płytki drewnopodobne układane w jodełkę. Artur obstawał przy najzwyklejszych, jasnobeżowych płytkach z połyskiem i panelach dębowych. Tanio i prosto. Jego rodzice mają takie płytki i – jak przekonywał – jakoś żyją.
– Łatwo się je myje i, co najważniejsze, to nigdy nie wyjdzie z mody – tłumaczył.
Aneta chciała, żeby ich pierwsze własne M było czymś więcej niż funkcjonalnym wnętrzem. Przez lata wynajmowali skromne mieszkania, żeby jak najwięcej odłożyć. Jej rodzice do dziś mają w salonie meblościankę z czasów PRL-u i wyblakłe niebieskie płytki w łazience z lat 90. Od początku tłumaczyła mężowi, że kiedy wreszcie będą na swoim, chce mieszkać przytulnie, nowocześnie i po swojemu.
A on, jakby o tym zapomniał.
Z każdą kolejną wymianą zdań napięcie rosło. Stali na środku działu z ceramiką i przekonywali się nawzajem, dlaczego drugie z nich nie ma racji.
Potem Aneta usłyszała, że jest materialistką, że ciągle jej mało i że Artur wcale nie chciał... psa. Od słowa do słowa doszli do wniosku, że w ogóle do siebie nie pasują.
– Dziś na szczęście się z tego śmiejemy – opowiada Aneta, która od roku cieszy się przytulnym M4 z mężem. – Ale wtedy nie było mi do śmiechu. Płytki mam takie, jak chciałam. Jeśli chodzi o nasz wspólny gabinet, Artur miał decydujący głos. Poszliśmy więc na kompromis.
Ich historia skończyła się dobrze. Nie każda jednak para wychodzi z remontu bez szwanku.
Urządzanie mieszkania to był najgorszy czas
"Jeśli przetrwamy budowę domu albo remont, przetrwamy już wszystko" – to porzekadło zna niemal każdy, kto urządzał swoje gniazdko z partnerem. Ale własne doświadczenia i historie znajomych to nie wszystko. Badania pokazują, że dla części par remont rzeczywiście staje się poważnym testem związku.
W badaniu przeprowadzonym w 2025 roku przez platformę Houzz wśród ponad 540 par, które w ciągu ostatnich 12 miesięcy budowały, remontowały lub urządzały dom, 4 proc. przyznało, że w trakcie prac rozważało rozstanie lub rozwód. Wśród par ze stażem do pięciu lat odsetek ten wyniósł 12 proc. Jednocześnie 59 proc. badanych określiło wspólne urządzanie domu jako doświadczenie oparte na współpracy.
Gdy jednak pojawiają się konflikty, często dotyczą spraw, które wykraczają daleko poza wybór płytek. Z badania Angi z 2023 roku, przeprowadzonego wśród 1000 osób mieszkających z partnerem, wynika, że ponad trzy czwarte badanych doświadczyło problemów lub kłótni związanych z projektami dotyczącymi domu. Najczęściej źródłem napięć były duże remonty – wskazało je 34 proc. respondentów. Najbardziej konfliktogenne okazały się natomiast budżet (42 proc.) i późniejsze koszty utrzymania domu (41 proc.).
Dla Kaśki i Piotrka pieniądze nie były największym problemem. Oboje wcześniej ustalili, ile mogą wydać. Byli w tym zgodni. Schody zaczęły się później – przy urządzaniu mieszkania.
– Nagle mąż pyta mnie, kto będzie czyścił czarne matowe baterie. Przecież wiadomo, że ja! To ja najwięcej robię w domu. Więc mu wypomniałam, że skoro już o tym mówimy, to może porozmawiamy też o podziale obowiązków. A on nagle wyskoczył z tym, że moja mama za bardzo wtrąca się w nasze życie. Przypomniał mi też, że cztery lata temu źle się bawił na weselu mojej kuzynki – opowiada Kaśka.
Na jednej kłótni się jednak nie skończyło. Zaczęli spierać się także o sam remont. Kupili mieszkanie z rynku wtórnego i początkowo plan był prosty: odświeżyć tylko salon, odnowić łazienkę, a resztę zostawić na później. Kaśka z czasem zmieniła jednak zdanie. Uznała, że skoro i tak zaczęli remont, warto pójść za ciosem i zrobić od razu także kuchnię i sypialnię.
– Piotrek uznał, że złamałam nasze ustalenia, ale ja naprawdę nie mam sobie nic do zarzucenia – tłumaczy. – Po prostu dotarło do mnie, że nie chcę codziennie patrzeć na meble po poprzednich właścicielach. Zrozumiałam, że chcę mieszkać ładnie i czuć się dobrze we własnym domu. Czy to naprawdę aż tak wiele?
Kaśka żaliła się koleżankom, że mąż jest skąpcem, a on swoim kolegom, że żona jest niesłowna.
– Rozwód nawet mi nie przemknął przez myśl, bo nie po to ślub brałam, żeby się rozstawać, ale czas urządzania mieszkania wspominam jako najgorszy dla naszej relacji – przyznaje.
O zawrót głowy przyprawia nawet mały remont. Na przykład ona chce często coś zmienić. On z kolei uważa, że skoro mieszkanie jest urządzone i wszystko w nim działa, nie ma powodu wydawać kolejnych pieniędzy. Znam parę, gdzie on na samo słowo "remont" dostaje dreszczy. Zanim dojdzie do jakichkolwiek prac, są już pokłóceni.
Jeszcze inna historia pokazuje, że czasem remont nie wywołuje kryzysu, tylko pozwala zobaczyć go wyraźniej.
Siedem lat związku, rok narzeczeństwa, dwa lata małżeństwa. Po latach wynajmowania kawalerki w końcu mieli własne M3. Dostali kredyt, byli zgodni co do lokalizacji i metrażu. Została już tylko ta część, która miała być przyjemnością – urządzenie mieszkania.
Pojechali do marketu budowlanego wybierać kafelki. Marcelina stała między kolejnymi wzorami, patrzyła na płytki, potem na męża. I nagle dotarło do niej, że nie chce ani tych kafelków, ani tego mieszkania, ani – przede wszystkim – tego mężczyzny.
– Gdybym nie pękła wtedy, pewnie obudziłabym się z tą refleksją za dziesięć lat, już z dziećmi na głowie – tłumaczy Marcelina – Te kafelki uratowały mi życie i oszczędziły kolejnych lat udawania.
Miesiąc później się wyprowadziła. Niedługo potem złożyła pozew o rozwód. Dziś obydwoje z eksmężem są w szczęśliwych związkach.
O co tak naprawdę kłócimy się podczas remontu?
Czy spory o kafelki, panele czy budżet są często tylko przykrywką dla głębszych problemów? Czy za pozornie banalną kłótnią może kryć się coś więcej? Pytam o to Joannę Konopkę, mediatorkę rodzinną i konsultantkę relacyjną.
– Bardzo często tak – odpowiada. – Remont jest sytuacją, w której nagle trzeba podjąć bardzo dużo wspólnych decyzji. Dochodzą pieniądze, podział obowiązków, zmęczenie, presja czasu i oczywiście różne oczekiwania. To wszystko może mocno obciążyć relację.
Joanna Konopka
mediatorka rodzinna i konsultantka relacyjna
I podaje przykłady takich sytuacji:
– Jedna osoba mówi: "Chcę takie płytki", a druga reaguje złością, bo od dawna ma poczucie, że jej zdanie w związku nie jest brane pod uwagę. Ktoś mówi: "Nie wydawajmy na to tyle pieniędzy", ale w rzeczywistości między partnerami od dawna jest konflikt dotyczący finansów. Ktoś narzeka, że wszystko musi organizować sam, a tak naprawdę czuje się w związku pozostawiony z większością odpowiedzialności – wylicza.
Kiedy różnica zdań staje się zagrożeniem?
Sama różnica zdań nie jest jeszcze problemem. Gdzie więc przebiega granica? Konopka zwraca uwagę przede wszystkim na sposób, w jaki para ze sobą rozmawia.
– Sama różnica zdań jest czymś normalnym. Możemy mieć zupełnie inny gust i nadal dobrze funkcjonować jako para. Czerwona lampka zapala się wtedy, kiedy zaczynamy atakować siebie, zamiast rozmawiać o problemie – mówi.
Jak dodaje, niepokojące są między innymi wyśmiewanie, pogarda, obrażanie, celowe ignorowanie, podważanie kompetencji drugiej osoby czy podejmowanie decyzji za nią.
– Jeżeli jedna osoba mówi: "Ja płacę, więc ja decyduję" albo "Ty się na tym nie znasz, więc nie masz nic do powiedzenia", mamy już zupełnie inny problem. Wtedy remont staje się przestrzenią walki o władzę i kontrolę – tłumaczy.
Podobnie może wyglądać sytuacja, gdy partnerzy ukrywają przed sobą wydatki, przekraczają ustalony budżet bez konsultacji albo podejmują duże decyzje za plecami drugiej osoby.
Co w takiej sytuacji zrobić? Zamiast po raz kolejny spierać się o to, czy blat ma być jasny, czy ciemny, warto – zdaniem mediatorki – zatrzymać się i zadać sobie inne pytanie: "Mam wrażenie, że my już nie rozmawiamy o blacie. O co tak naprawdę jesteśmy źli?"
– To często pozwala przejść z poziomu konkretnej decyzji na poziom emocji i potrzeb – wyjaśnia.
Konopka radzi też, by nie próbować rozwiązywać każdego konfliktu za wszelką cenę od razu. Jeśli emocje sięgają zenitu, lepiej zrobić przerwę i wrócić do rozmowy później.
– Nie każdą rozmowę trzeba doprowadzić do końca w momencie, kiedy obie osoby są bardzo zdenerwowane. Czasem najlepszym rozwiązaniem jest powiedzenie: "Wróćmy do tego wieczorem, kiedy trochę ochłoniemy".
Jeśli jednak para zauważa, że ten sam konflikt powtarza się przy kolejnych decyzjach i nie jest już w stanie rozmawiać bez wzajemnych zarzutów, warto sięgnąć po pomoc z zewnątrz.
– Konsultacja relacyjna czy mediacja mogą pomóc zobaczyć, co właściwie dzieje się między partnerami i gdzie znajduje się źródło konfliktu – radzi.
Ciąg dalszy tekstu poniżej
Zobacz także
Jak nie pokłócić się o remont?
Jak zapobiec temu, żeby wybór płytek nie przerodził się w wojnę o wszystko, co wydarzyło się w związku przez ostatnie lata? Konopka radzi, by podstawowe zasady ustalić jeszcze przed rozpoczęciem prac.
– Po pierwsze – budżet. Trzeba jasno określić, ile możemy wydać i jaka kwota zostaje jako rezerwa. Jeśli pojawia się wydatek, który znacząco przekracza ustalony wcześniej budżet, decyzję o nim warto podjąć wspólnie – mówi.
Jak dodaje, remont to jednak znacznie więcej niż pieniądze i wybieranie mebli.
– To również telefony do ekip, pilnowanie terminów, zamawianie materiałów, odbieranie dostaw, płatności i mnóstwo drobnych spraw. Jeżeli jedna osoba zajmuje się tym wszystkim, bardzo szybko może pojawić się poczucie, że partner jej nie pomaga.
Dlatego – jej zdaniem – warto zawczasu podzielić się obowiązkami. Nie oznacza to jednak, że każdą decyzję para musi podejmować wspólnie.
– Można podzielić między sobą pewne obszary. Jedna osoba może mieć większą swobodę przy urządzaniu kuchni, druga przy łazience. Ważne, żeby wcześniej ustalić granice, zwłaszcza finansowe – tłumaczy.
Jest jeszcze jedna zasada: nie wyciągać przy okazji remontu całej historii związku.
– Jeśli rozmawiamy o wyborze podłogi, nie wracajmy przy okazji do tego, kto pięć lat temu nie pomógł przy przeprowadzce. Jeżeli takich tematów jest dużo, trzeba porozmawiać o nich osobno – radzi.
Znaczenie ma również język, którym posługują się partnerzy. Konopka zwraca uwagę, że pozornie niewielka zmiana w sposobie formułowania komunikatu może zdecydować o tym, czy rozmowa będzie miała szansę się rozwinąć.
– Zdanie "Nie podoba mi się ten pomysł" otwiera rozmowę. "Ty zawsze musisz postawić na swoim" najczęściej ją zamyka – podsumowuje.





