Zdjęcia dwóch różnych salonów, jeden w starym stylu i kolorowy, drugi nowoczesny i stonowany
Czy po wnętrzu można coś powiedzieć o osobie, która w nim mieszka? Photo by Julia on Unsplash / Photo by S.Group Official on Unsplash / AI

– Bardziej niż charakter widać w domu nasze nawyki. Charakter można próbować odczytać ze stylistyki czy gustu, ale to też bywa zmienne. Przestrzeń przede wszystkim pokazuje, jak organizujemy sobie codzienne życie – czy mamy intuicyjne sposoby działania, czy może cały czas walczymy z własnym mieszkaniem – zauważa Ewa Arlen, architektka i założycielka pracowni Architeka.

REKLAMA

Aleksandra Tchórzewska: Wchodzi pani do obcego mieszkania. Na co zwraca pani uwagę w ciągu pierwszych 10 sekund? 

Ewa Arlen, architektka: Nie zaczynam od oceniania, czy wnętrze jest ładne, czy nie. Patrzę przede wszystkim na to, jak ta przestrzeń działa – jak jest zorganizowana, czy układ funkcjonalny odpowiada potrzebom domowników i co utrudnia im codzienne życie.

Wyobraźmy sobie zwykłą sytuację: mama wraca po godz. 16 z pracy z dwójką dzieci w wieku przedszkolnym oraz z zakupami. Dzieci nie radzą sobie jeszcze sprawnie z rozbieraniem, wszyscy wchodzą do domu jednocześnie, trzeba szybko odłożyć rzeczy, ogarnąć przestrzeń.

Problem pojawia się wtedy, gdy mieszkanie nie daje możliwości łatwego zorganizowania się i zaczyna generować napięcie. Jeśli dzieci nie mają gdzie usiąść przy wejściu, pojawia się pierwszy kłopot. Jeśli rodzic nie ma miejsca, żeby odłożyć torebkę, klucze czy zakupy, bo brakuje choćby niewielkiej półki albo szuflady, zaczyna się kolejny. Rzeczy trafiają wtedy na krzesła, kuchenne blaty czy przypadkowe miejsca. Z czasem tworzy się chaos i frustracja, bo domownicy ciągle czegoś szukają.

Moja "diagnoza" dotyczy więc nie tego, czy wnętrze jest modne albo estetyczne, ale tego, jak ludzie funkcjonują w danej przestrzeni i czego im w niej brakuje. Bardzo często sami tego nie dostrzegają, bo po prostu przyzwyczaili się do rozwiązań, które wcale im nie służą.

Ale jednak klienci zgłaszają się do pani. Co mówią?

Najczęściej: "nie mieścimy się w tym mieszkaniu". Tymczasem bardzo często problem wcale nie tkwi w metrażu, tylko w braku kilku drobnych elementów albo w złej organizacji przestrzeni. 

Mamy na przykład puste ściany, wyłącznie stojące szafy i żadnych rozwiązań, które ułatwiałyby codzienne funkcjonowanie. Czasem wystarczy dodać kilka dobrze zaplanowanych miejsc do przechowywania, żeby nagle okazało się, że mieszkanie wcale nie jest za małe.

Często słyszę też, że dzieci bałaganią i nie odkładają rzeczy na miejsce – na przykład buty leżą porozrzucane przy wejściu. Na to również można znaleźć rozwiązania, ale muszą być dopasowane do wieku dziecka.

Nie możemy oczekiwać od kilkulatka, że za każdym razem idealnie ustawi buty w szafce. W przedszkolu czy szkole ma wiele zasad i wymagań, więc w domu potrzebuje przede wszystkim odpoczynku. Po całym dniu często jest po prostu przebodźcowany.

Dlatego trzeba stworzyć mu takie rozwiązania, z których rzeczywiście będzie w stanie skorzystać – na przykład kosz na buty albo przestrzeń pod meblem, gdzie łatwo je wsunie. Chodzi o to, żeby nie przerzucać całej odpowiedzialności na dziecko, ale jednocześnie dać mu możliwość samodzielnego wykonania tej czynności.

Czasem też klienci przychodzą do mnie, bo chcą po prostu zmienić coś w wyglądzie domu

Czy istnieje coś takiego jak "dobry" albo "zły" system organizacji domu? Czy rozwiązanie, które działa u jednej rodziny, u innej może zupełnie się nie sprawdzić?

Tak. Takie rozwiązania zawsze trzeba dopasować do konkretnych osób – zarówno dorosłych, jak i dzieci. Wszystko zależy od ich potrzeb, przyzwyczajeń oraz tego, ile czasu i energii są w stanie przeznaczyć na organizację.

Jedna osoba potrafi odkładać wszystko równiutko, od razu segregować rzeczy i pilnować porządku. Dla innej samo schowanie czegoś do szafy może być już dodatkowym wysiłkiem. Dlatego system organizacji nie może być oderwany od człowieka – musi pasować do jego codzienności.

Czy dom rzeczywiście może zdradzić coś o jego mieszkańcach? 

Bardziej niż charakter widać w domu nasze nawyki. Charakter można próbować odczytać ze stylistyki czy gustu, ale to też bywa zmienne. Przestrzeń przede wszystkim pokazuje, jak organizujemy sobie codzienne życie – czy mamy intuicyjne sposoby działania, czy może cały czas walczymy z własnym mieszkaniem.

Mieszkanie pokazuje nasze przyzwyczajenia – czy odkładamy rzeczy przypadkowo, czy mamy wypracowany system. Pokazuje też, dlaczego pojawia się chaos i co można zmienić. Bardzo często okazuje się, że problemem nie jest brak dyscypliny, ale to, że dotychczasowy system był po prostu zbyt skomplikowany i przeciążający dla konkretnej osoby.

Czy powiedzenie "pokaż mi, jak mieszkasz, a powiem ci, kim jesteś" ma w sobie choć odrobinę prawdy?

Tak, choć zmieniłabym to zdanie. Zamiast "kim jesteś", powiedziałabym raczej: "jak funkcjonujesz".

Bałagan czy chaos w domu bardzo często nie wynikają z tego, że ktoś jest nieuporządkowany albo leniwy. Często po prostu nie potrafimy rozwiązać konkretnego problemu przestrzennego albo nie wiemy, jakie rozwiązanie mogłoby nam pomóc. Nie każdy musi mieć taką wiedzę – od tego są architekci i projektanci, którzy mają doświadczenie i potrafią zaproponować rozwiązania ułatwiające codzienne życie.

Ewa Arlen

architektka

Dlatego pierwsza diagnoza dotyczy przede wszystkim stylu życia domowników: ich rytmu dnia, przyzwyczajeń i sposobu funkcjonowania. To, jakie kolory lubią, jakie wybierają meble czy dodatki, jest dopiero kolejnym etapem.

Czy klienci często czują potrzebę tłumaczenia się ze stanu swojego mieszkania? Mówią, że za bałaganem stoją trudniejsze momenty w życiu, kryzysy albo depresja?

Tak. Kiedy w domu jest coś, z czego nie są zadowoleni, często bardzo surowo siebie oceniają i czują się winni. Tłumaczą się ze starej sypialni czy nieuporządkowanej przestrzeni, opowiadając o trudnych sytuacjach osobistych albo rodzinnych.

Przebywanie na co dzień w miejscu, które nam nie służy, może powodować duży dyskomfort.

Osoby w głębokiej depresji rzadko same zgłaszają się do projektanta. W takim stanie zmiana wnętrza zwykle nie jest ich priorytetem – chyba że kontaktuje się z nami rodzina. Przy tego typu trudnościach najważniejsza jest współpraca ze specjalistą.

W takich sytuacjach nie zaczynamy od wielkiej reorganizacji, bo osoba w kryzysie może nie mieć na nią siły. Skupiamy się na podstawach, na przykład na odpowiednim oświetleniu. 

Osoby zmagające się z depresją często odcinają się od światła i zasłaniają okna, a w wielu starszych mieszkaniach funkcjonuje tylko jedno, mocne światło górne, które może być bardzo nieprzyjemne.

Chodzi więc o delikatne wsparcie codziennego funkcjonowania i uregulowanie rytmu dobowego.

Oczywiście jako architekci nie stawiamy diagnoz medycznych i nie zastępujemy terapeutów. Działamy w porozumieniu z rodziną lub specjalistami, dostosowując przestrzeń tak, by mogła wspierać proces powrotu do równowagi.

A co mówi o nas piwnica pełna rzeczy, których szkoda wyrzucić?

Rozstawanie się z rzeczami i utrzymywanie organizacji to umiejętność, którą można wypracować. Jednym przychodzi to łatwiej, innym trudniej.

Warto pamiętać, że nie wszyscy funkcjonujemy tak samo. Są osoby, które na przykład zmagają się z ADHD i dla których sprzątanie może być wyjątkowo przytłaczające. Trudno im zacząć, a kiedy już podejmą zadanie, łatwo się rozpraszają i zostawiają je niedokończone.

W takich sytuacjach trzeba maksymalnie uprościć cały proces i podzielić go na małe kroki. Próba uporządkowania całej piwnicy za jednym razem zazwyczaj kończy się frustracją. Zamiast satysfakcji z wykonanego zadania pojawia się poczucie winy i zniechęcenie.

Tak jak przy budowaniu każdego innego nawyku, najlepiej działają małe, realistyczne cele, które można rzeczywiście doprowadzić do końca. Podejście zawsze dopasowuję do konkretnej osoby – dziecka, dorosłego, kobiety czy mężczyzny – uwzględniając jej potrzeby, możliwości i sposób funkcjonowania.

A z drugiej strony – co z osobami, które mieszkają niemal perfekcyjnie? Wszystko w domu musi leżeć pod linijkę, każdy przedmiot ma swoje miejsce. To dobra organizacja czy czasem za takim porządkiem kryje się coś więcej?

To zależy od tego, jak dana osoba z tym żyje i jakie emocje wywołuje w niej taki porządek. Jeśli wszystko zawsze musi leżeć idealnie, a sytuacja, w której ktoś przestawi jedną rzecz, wywołuje ogromne napięcie, z którym nie potrafimy sobie poradzić, to nie jest już zdrowe.

Są osoby, które nie pójdą spać, dopóki wieczorem całe mieszkanie nie będzie wyglądało dokładnie tak, jak powinno. Jeżeli brak perfekcyjnego ładu powoduje stały stres, może to być sygnał, że sytuacja zaczyna wymykać się spod kontroli.

Jeśli jednak po prostu lubimy porządek, jesteśmy dobrze zorganizowani, mamy wszystko posegregowane czy podpisane, a drobne odstępstwa od ideału nie wpływają na nasze samopoczucie – nie ma w tym nic złego. Dla wielu osób dbanie o dom i układanie przestrzeni jest hobby, sposobem na relaks i daje satysfakcję.

Ważne są nasze reakcje i to, jak takie zachowanie wpływa na relacje z innymi. Jeśli pojawia się fiksacja, napięcie i konflikty z domownikami o drobiazgi – na przykład o to, że ktoś oprze coś o ścianę, mimo że jej nie brudzi – wtedy zaczyna być to problemem.

Trzeba też pamiętać o różnicy między osobą, która mieszka sama, a kimś, kto dzieli przestrzeń z rodziną. Nie można jednak takich zachowań oceniać zero-jedynkowo. 

Poza tym jestem architektką, a nie psycholożką. Mogę jedynie obserwować, jak ludzie funkcjonują w swojej przestrzeni i proponować rozwiązania, które ułatwią im codzienne życie. A co w sytuacji, gdy ktoś bezwzględnie podąża za najnowszymi trendami? Zrywa tynki, wyrzuca meble i urządza wnętrze od nowa tylko dlatego, że coś przestało być modne – nawet jeśli nowe rozwiązania wcale nie pasują do tego mieszkania?

Można to porównać do świata mody. Czy jest coś złego w tym, że ktoś ubiera się wyłącznie według najnowszych trendów, nawet jeśli te rzeczy niekoniecznie pasują do jego sylwetki czy osobowości?

Wszystko zależy od intencji. Trzeba zapytać, dlaczego ktoś tak robi, a nie oceniać wyłącznie efekt. Jeśli urządzanie wnętrza na nowo jest dla tej osoby zabawą, pasją, sposobem eksperymentowania, a sama zmiana daje jej radość i satysfakcję – nie ma w tym nic złego.

Tak samo jest z kimś, kto lubi bawić się swoim wyglądem, zmieniać styl, eksperymentować i robić wrażenie, nie przejmując się sztywnymi zasadami.

Problem pojawia się wtedy, gdy za ciągłymi zmianami stoi brak poczucia komfortu. Jeśli ktoś w żadnym wnętrzu nie potrafi poczuć się dobrze, stale szuka "swojego miejsca" i wciąż zaczyna od nowa, może pojawić się frustracja i napięcie.

Najważniejsze jest więc nie samo zmienianie przestrzeni, ale to, co stoi za tą potrzebą.

A czy jest coś, co w urządzaniu mieszkań robimy źle? Jakiś błąd, który popełnia wielu z nas i który negatywnie wpływa na nasze samopoczucie?

Ogromnym i bardzo powszechnym błędem – wynikającym w dużej mierze z tego, jak deweloperzy projektują mieszkania i domy – jest kwestia oświetlenia.

Standardowo w pomieszczeniach przewiduje się jeden górny punkt świetlny. Z punktu widzenia prawidłowego funkcjonowania człowieka jest to rozwiązanie całkowicie błędne.

Pojedyncze światło sufitowe powinno pełnić głównie funkcję techniczną – przydaje się na przykład podczas sprzątania. W dobrze zaprojektowanej przestrzeni potrzebujemy natomiast oświetlenia strefowego, czyli kilku źródeł światła dopasowanych do konkretnych sytuacji i pory dnia.

Bardzo często źle dobieramy też barwę światła do funkcji pomieszczenia i potrzeb domowników. Jesienią i zimą większość czasu spędzamy w domach, dlatego oświetlenie ma ogromny, choć często niedostrzegany wpływ na nasze codzienne samopoczucie.

A co z kolorami w mieszkaniu? Czy są barwy, których powinniśmy unikać na ścianach albo meblach?

Nie ma jednej listy kolorów, których należy unikać. Wszystko zależy od konkretnego wnętrza – jego układu względem stron świata, wielkości okien, ilości naturalnego światła, a nawet tego, co znajduje się za oknami.

Większość osób wie, że kolor zmienia swój wygląd w zależności od światła, ale rzadko potrafimy właściwie to sprawdzić. Często kupujemy próbkę farby, malujemy fragment ściany albo kartonik i oceniamy efekt w kilka sekund. Nie bierzemy pod uwagę, że oglądamy ten kolor tylko o jednej porze dnia, przy konkretnym świetle i w określonej porze roku. Taka ocena może być bardzo myląca.

Największy problem pojawia się przy meblach na wymiar. Ścianę zawsze można przemalować, ale wymiana mebli zamówionych u stolarza jest dużo trudniejsza i znacznie bardziej kosztowna.

Ciąg dalszy wywiadu poniżej

Trafia do mnie wielu klientów z gotowymi wnętrzami, którzy naprawdę starali się podejść do tematu odpowiedzialnie – oglądali próbki na żywo, a nie tylko w internecie. Mimo to po zamontowaniu mebli okazuje się, że w konkretnym świetle i w zestawieniu z innymi materiałami kolor wygląda zupełnie inaczej, niż sobie wyobrażali.

I wtedy jest problem, bo takich mebli nie da się łatwo wymienić. Na konsultacjach często udaje się jednak uratować takie wnętrza bez dużych kosztów. Czasem wystarczy zmienić oświetlenie albo dobrać inne materiały wykończeniowe, żeby trudny kolor zaczął wyglądać zupełnie inaczej.

To pokazuje, że nie ma jednego uniwersalnego rozwiązania. Ostateczny efekt zawsze zależy od wielu indywidualnych warunków konkretnego wnętrza.

A czy jest coś, co każdy z nas powinien mieć w domu, żeby po prostu lepiej funkcjonować? Jakiś jeden element, który sprawdziłby się niemal u każdego?

Poza wspomnianym wcześniej strefowym oświetleniem, gdybym miała wskazać jedną rzecz, którą warto mieć w każdym domu, byłaby to mała półeczka albo szafeczka tuż przy wejściu – tam, gdzie zdejmujemy buty i kurtkę.

W pracy nazywamy taki mebel "odkładalnikiem". To miejsce, na które od razu po wejściu trafiają klucze, listy czy inne ważne rzeczy. Dzięki temu nie wędrują po całym domu i nie lądują przypadkowo na kuchennym blacie czy stoliku w salonie.

Często podaję przykład rodziców wracających do domu z dzieckiem i jego pracami z przedszkola – chociażby z delikatnymi ludzikami z kasztanów. W jednej ręce mamy zakupy, w drugiej torebkę, a dziecko przynosi coś, co jest dla niego ważne. Jeśli nie ma miejsca, gdzie można to bezpiecznie odłożyć, rzeczy trafiają na podłogę, niszczą się albo ktoś przypadkiem na nich siada.

Dlatego potrzebujemy w domu prostych punktów, które ułatwiają nam pierwsze minuty po wejściu.

Nie musi to być skomplikowane rozwiązanie. Czasem wystarczy zwykła półeczka zamontowana na wysokości dłoni – na przykład w formie konsoli. Najważniejsze, żeby można było odłożyć rzeczy jednym ruchem. Jeśli ktoś potrzebuje dodatkowej segregacji, można dodać szufladę, ale często najlepiej sprawdzają się rozwiązania najprostsze.

U siebie w domu mam półkę z niewielkim rantem, który zabezpiecza rzeczy przed spadaniem. Przy moich dzieciach działa świetnie, bo wiem, że na tym etapie nie odkładałyby wszystkiego do szuflady. Otwarta półka jest dla nich po prostu łatwiejsza i bardziej intuicyjna.

Być może z czasem przejdziemy na bardziej zaawansowany system organizacji, ale na razie przestrzeń musi odpowiadać temu, jak naprawdę funkcjonujemy.

Taki niewielki element przy wejściu potrafi uporządkować nie tylko dom, ale też naszą głowę. Kiedy wiemy, gdzie są najważniejsze rzeczy, przestajemy tracić energię na ich szukanie.

W jakich momentach życia klienci najczęściej trafiają do pani na konsultacje?

Sytuacje są bardzo różne, ale najczęstszym powodem jest po prostu brak miejsca. Domownicy przestają mieścić się w dotychczasowym mieszkaniu – najczęściej dlatego, że rodzina się powiększyła. Wtedy kupują większy dom lub mieszkanie albo zmieniają lokalizację.

Inna częsta sytuacja dotyczy młodych osób, które wyprowadzają się od rodziców i urządzają swoje pierwsze własne mieszkanie. Chcą zacząć od nowa, stworzyć swoją przestrzeń i zrobić ją po swojemu.

Zdarzają się jednak również trudniejsze momenty – rozstania, strata bliskiej osoby czy inne nagłe zmiany w życiu. W takich sytuacjach staramy się projektować wnętrza, które nazywam "niskonapięciowymi" – spokojne, wyciszające i niewymagające od domowników dodatkowego wysiłku.

Jeśli chodzi o stylistykę, jest to zawsze bardzo indywidualna kwestia. Każdy ma inne potrzeby, przyzwyczajenia i skojarzenia. Nie istnieje jeden styl, w którym każdy czułby się dobrze – podobnie jak z ubraniami, nie ma jednego fasonu pasującego wszystkim.

A kiedy projekt jest już gotowy, wnętrze urządzone i emocje opadają – klienci wracają później z informacją, że ta zmiana rzeczywiście wpłynęła na ich codzienne życie?

Najczęściej wysyłają po prostu zdjęcie. Chcą się pochwalić efektem i pokazać, że całe przedsięwzięcie zostało zakończone.

Dla klientów to ogromna nagroda – wysłać fotografię z ułożonymi poduszkami, na której siedzą z kawą w nowej przestrzeni. To symboliczny moment, w którym mogą powiedzieć sobie: "Udało się". Zamykają duży etap i widzą namacalny efekt swojej pracy.

Rzadziej opowiadają szczegółowo o tym, jak zmieniło się ich codzienne funkcjonowanie. Częściej dzielą się dumą z efektu wizualnego, ulgą i satysfakcją: "Proszę zobaczyć, skończyliśmy i naprawdę bardzo mi się podoba".

Przed realizacją niemal zawsze pojawia się obawa, czy końcowy efekt będzie dokładnie taki, jakiego oczekiwali. Dlatego moment, kiedy można wejść do gotowego wnętrza, zobaczyć je na żywo i poczuć tę przestrzeń, przynosi ogromną radość.

A tak naprawdę chcemy mieszkać funkcjonalnie i wygodnie, czy raczej "pod Instagram"?

To zależy od indywidualnych potrzeb i priorytetów. Dla niektórych najważniejsze jest to, żeby wnętrze ich inspirowało. Wiele osób – najczęściej kobiet – przychodzi do mnie właśnie ze zdjęciami z Instagrama i mówi: "Chciałabym tak mieszkać".

Traktujemy takie fotografie jako inspirację. Nie szukamy w nich konkretnej kanapy czy stołu, ale klimatu i emocji, których dana osoba potrzebuje. Zdjęcia pokazują nam, w jakiej estetyce ktoś czuje się dobrze.

Nigdy jednak nie kopiujemy wnętrza jeden do jednego. To trochę jak z makijażem – nie da się przenieść czyjegoś wyglądu wprost, bo każdy ma inną twarz, inne rysy i inną urodę. Z wnętrzem jest dokładnie tak samo. Żeby przestrzeń naprawdę pasowała do konkretnej osoby, trzeba ją przeanalizować indywidualnie.

Możemy zachować podobny kierunek stylistyczny, ale finalne wnętrze zawsze będzie inne niż inspiracja. I właśnie dlatego klienci często uważają swoje mieszkanie za najpiękniejsze – bo zostało stworzone dokładnie dla nich.

Wygoda i komfort również dla każdego oznaczają coś innego. Każdy z nas ma inną wrażliwość na przestrzeń i detale. Dla jednej osoby nadmiar rzeczy na wierzchu będzie przytłaczający, a ktoś inny w minimalistycznym wnętrzu powie: "O rany, jak tu pusto!".

Na nasze potrzeby mieszkaniowe ogromny wpływ ma styl życia, przyzwyczajenia, a nawet wykonywana praca.

Miałam na przykład klientów – małżeństwo, które pracuje w tym samym szpitalu. On jest chirurgiem i całe dnie spędza na sali operacyjnej przy bardzo ostrym świetle. Ona pracuje przy zdjęciach RTG, w zupełnie innych warunkach.

Ich domowe gabinety zostały więc zaprojektowane całkowicie inaczej. Gabinet pani jest bardzo jasny, praktycznie bez ciemnych elementów. U jej męża dominuje z kolei ciemniejsza, bardziej przytulna stylistyka – z drewnem i bez górnego światła, które kojarzyłoby mu się z pracą.

Choć oboje pracują w tym samym budynku, po całym dniu potrzebują zupełnie innych bodźców, żeby odpocząć. Właśnie dlatego nie ma jednego uniwersalnego przepisu na idealne wnętrze. Musi ono odpowiadać konkretnemu człowiekowi i jego codzienności.

Czy na konsultacje trafiają do pani również samotni mężczyźni?

Zdarza się to, choć jest to zdecydowana mniejszość. Są to jednak często bardzo ciekawe projekty.

Wiele zależy od tego, czy dany mężczyzna zawsze mieszkał sam, czy stał się singlem niedawno, na przykład po rozwodzie. W tej drugiej grupie często pojawia się myśl: "Wcześniej nie mogłem, a teraz urządzę dom całkowicie po swojemu, na własnych zasadach". Powstają wtedy naprawdę interesujące wnętrza, w których o wszystkim decyduje jedna osoba.

Inaczej wygląda praca z młodym singlem, który urządza swoje pierwsze mieszkanie. Taki klient często jeszcze dokładnie nie wie, czego chce i co właściwie oznacza dla niego "ładnie". Wie natomiast, że zależy mu na funkcjonalności.

Jako projektanci bardzo lubimy takich klientów, bo przychodzą z dużym zaufaniem, są otwarci na sugestie i pozwalają się spokojnie przeprowadzić przez cały proces.

Kobiety nadal stanowią jednak około 90 proc. naszych klientów i to one najczęściej podejmują ostateczne decyzje dotyczące stylistyki oraz kolorystyki.

Co możemy zrobić sami, tu i teraz, bez dużych wydatków, żeby poczuć ulgę?

Najwięcej napięcia bardzo często generuje strefa wejściowa. Zanim uzbieramy pieniądze na wymarzoną, pojemną szafę, warto zacząć od prostego i niedrogiego rozwiązania – kupić estetyczny, duży kosz, z przykrywką albo bez.

Może być nawet elementem dekoracyjnym. Po wejściu do domu możemy wrzucić tam czapki, szaliki czy inne drobiazgi, których nie chcemy mieć na widoku, a na które brakuje miejsca w szafkach.

W ten sposób ukrywamy chaos, przestrzeń od razu wygląda lepiej, a my dokładnie wiemy, gdzie czego szukać. To daje szybką ulgę i zdejmuje z nas część codziennego napięcia.

Kupienie nowych poduszek czy dekoracji raczej nie sprawi, że nagle poczujemy spokój. Najpierw warto sprawić, żeby dom przestał generować stres. Estetyka przychodzi dopiero później.

Często nawet nie zauważamy, jak bardzo chaos przestrzenny i brak wyznaczonych miejsc na rzeczy wpływają na nasze samopoczucie. Wystarczy inaczej, mądrzej zorganizować przestrzeń, którą już mamy, żeby poczuć się lepiej.