Udział premiera Donalda Tuska w obchodach 87. rocznicy wybuchu II wojny światowej na Westerplatte
Tusk wystąpił na Westerplatte. Mówił o Ukrainie i sabotażu. Fot. Kancelaria Premiera / Flickr

Donald Tusk mówił na Westerplatte o samotności polskich żołnierzy z września 1939 roku i o tym, czego wolny świat wtedy nie zrobił. Z tej lekcji historii wystosował apel dotyczący współczesności. "Musimy pomóc przetrwać Ukrainie" – powiedział premier.

REKLAMA

We wtorek 1 września na gdańskim Westerplatte odbyły się główne obchody 87. rocznicy wybuchu II wojny światowej. Premier wystąpił obok prezydenta Karola Nawrockiego, był też szef MON Władysław Kosiniak-Kamysz. Syreny zawyły o 4:45, bo o tej godzinie w 1939 roku pancernik "Schleswig-Holstein" otworzył ogień do polskiej Wojskowej Składnicy Tranzytowej.

Apel Tuska na Westerplatte. Premier wrócił do Monachium z 1938 r.

"87 lat po wybuchu II wojny światowej znowu zło czai się za naszymi granicami. Znowu giną ludzie pod bombami. I to tuż za miedzą, w Ukrainie" – mówił Tusk. "Najbliższe miesiące, ta jesień, ta zima, która są przed nami, mogą być kluczowe nie tylko dla niepodległości Ukrainy, ale dla bezpieczeństwa Polski i całego wolnego świata".

Potem padły najmocniejsze zdania wystąpienia:

Dziś z Westerplatte krzyczymy do wolnego świata: "bądźcie solidarni". Musimy pomóc przetrwać Ukrainie. Nie możemy powtórzyć tamtych błędów. Nie może powtórzyć się Monachium, nie może powtórzyć się polityka ustępowania złu. Jeśli dziś powiemy: "to tylko Ukraina", to ktoś za kilka miesięcy, za rok lub dwa powie: "to tylko Polska".

Donald Tusk

Premier RP

Monachium to układ z 1938 roku, w którym Zachód oddał Hitlerowi część Czechosłowacji, licząc, że dyktator się na tym zatrzyma. Tusk przypomniał też hasła z tamtych lat: "To tylko Czechy", "Nie będziemy umierali za Gdańsk", "To Polska, korytarz, może uda się uniknąć wielkiej wojny", "Nie prowokujmy agresora".

– Równie ogłuszająca, jak salwy ze "Schleswig-Holsteina", była samotność polskich żołnierzy. Nigdy więcej nie możemy dopuścić do takiej sytuacji – zapewnił.

Akty sabotażu w Europie i pożar w fabryce dronów w Skarżysku

Kolejna część wystąpienia dotyczyła aktów dywersji, czyli osłabiania państwa od środka: podpaleń, sabotażu np. na kolei, prowokacji z dronami.

"Polska jest ofiarą wielu prowokacji. Kilkadziesiąt godzin temu miały miejsce najprawdopodobniej kolejne akty sabotażu – podpalenia" – mówił premier. Wyliczył kraje, których takie akcje już dotknęły: Finlandię, Łotwę, Litwę, Estonię, Rumunię, Danię, a ostatnio Niemcy.

Premier nawiązywał najpewniej do pożaru w fabryce WB Electronics w Skarżysku-Kamiennej. Ogień pojawił się krótko po północy z 30 na 31 sierpnia w hali przy ul. Obuwniczej, gdzie powstają elementy dronów. Zakład był wtedy nieczynny, nikt nie ucierpiał, a płomienie gasiło pięć zastępów straży pożarnej.

Policja od początku nie wykluczała podpalenia, a Prokuratura Krajowa wszczęła śledztwo o udział w działalności obcego wywiadu i przestępstwo o charakterze terrorystycznym. Straty oszacowano na co najmniej 15 mln zł, a za takie czyny grozi dożywocie. WB Electronics to największa prywatna firma zbrojeniowa w Polsce, a jej drony trafiają też do ukraińskiego wojska.

Sytuacja Ukrainy przed zimą. "Cudu nie będzie"

Ostrzeżenie premiera, który kilka dni wcześniej mówił, że najbliższe pół roku będzie rozstrzygające, ma pokrycie w tym, co dzieje się na froncie. Brytyjski "The Telegraph" opisuje ostatnie tygodnie jako moment, w którym Rosja przechyla szalę na swoją stronę.

Mychajło Fedorow, ukraiński minister obrony (Zełenski go niedawno odwołał), powiedział Reutersowi, że Ukraina "stopniowo, powoli przegrywa" wojnę. Kreml zmienił taktykę na ciągłe, 60-godzinne fale nalotów i w jedną dobę Kijów przeszedł 19 alarmów lotniczych.

W podkijowskiej Buczy uderzenie w magazyn amunicji zabiło co najmniej 38 cywilów, w tym mieszkańców domu opieki. Rosyjskie ataki zniszczyły około 90 proc. nowoczesnej bazy magazynowej Ukrainy. W Chersoniu pociski zniszczyły główną elektrownię i władze zaapelowały do mieszkańców o ewakuację przed zimą.

Ukraina odpowiada rojami tanich dronów i pociskami Flamingo, ale Rosja rozbudowuje arsenał szybciej. Do Geranów, czyli rosyjskiej wersji irańskich Shahedów, dołożono silniki odrzutowe i podwoiło to ich zasięg do niemal tysiąca kilometrów.

Gen. Kyryło Budanow, były szef ukraińskiego wywiadu wojskowego, studzi nadzieje. Przyznał, że "cudu nie będzie", a Ukraina musi powoływać co najmniej 30 tys. ludzi miesięcznie tylko po to, żeby utrzymać obecny stan armii. Ta liczba mówi o prawdziwych stratach o wiele więcej niż oficjalne komunikaty.