
Na sali plenarnej Sejmu rozległo się szczekanie. Dosłownie. Podczas wystąpienia ministra obrony narodowej Władysława Kosiniaka-Kamysza z ław PiS dobiegły odgłosy psa. Kamery nie zostawiły miejsca na wątpliwości, kto je wydawał. Nagranie wrzucił potem do sieci wiceszef Kancelarii Premiera i obejrzało je pół Polski. A po 48 godzinach, zamiast refleksji, pojawił się wpis posłanki Dominiki Chorosińskiej, która pokazała, jak wygląda zdziczenie w praktyce.
Aktorką w tym – wątpliwej jakości – przedstawieniu była Dominika Chorosińska. Posłanka PiS z okręgu podwarszawskiego, w Sejmie od 2019 roku, absolwentka krakowskiej szkoły teatralnej. Przez dwa tygodnie grudnia 2023 roku, w rządzie powołanym po to, żeby upaść, pełniła funkcję ministra kultury i dziedzictwa narodowego. To, jak wypadła w tej roli, jest osobnym rozdziałem tej biografii. Warto jednak tę linijkę życiorysu Chorosińskiej zapamiętać, bo domyka całość sztuki pod tytułem "Była ministra kultury szczeka na wicepremiera w Sejmie, żując gumę".
Jeszcze w sobotę sprawę starał się zamknąć w kilku zdaniach wiceprezes PiS Tobiasz Bocheński. "Mogę przeprosić. Nie powinno mieć to miejsca" – bił się w pierś w Polsat News i dodał, że standardy poszły ostro w dół, ale politycy nie powinni się temu poddawać, tylko "powinni mierzyć wyżej". Kilka oczywistych zdań, które mogłyby zostać przypisem do wydarzeń z sali plenarnej parlamentu z 4 września.
Dominika Chorosińska z PiS pokazała, jak wygląda zdziczenie w praktyce
Ale nie zostały, bo w niedzielę rano Chorosińska postanowiła wrócić na scenę w drugim akcie. "Jedyny język, jaki rozumieją Donald Tusk i Władysław Kosiniak-Kamysz, to szczekanie psów z Kłodzka" – oświadczyła we wpisie w mediach społecznościowych.
Posłanka PiS miała 48 godzin na refleksję, tym bardziej że wydaje się, iż jej własna partia zdążyła się od niej zdystansować. Jednak świadomie, tym razem na piśmie, postanowiła nadać swojemu szczekaniu sens. Brzmi on tak: sprawa dziecka g*ałconego przez lata jest wystarczająco użytecznym rekwizytem, żeby zrobić z niej efekt dźwiękowy.
Przypomnijmy, o czym mowa. W marcu Kamila L. została skazana przez Sąd Okręgowy w Świdnicy na sześć i pół roku więzienia za nieudzielenie pomocy małoletniej ofierze przestępstwa s*ksualnego. Jej mąż Przemysław L. dostał 25 lat za g*ałt na córce działaczki. Cały proceder trwał 11 lat (od 2011 do 2022 roku). W tym czasie Kamila L. miała być też świadkiem obrzydliwych czynów męża, w których cierpiały zwierzęta.
Kobieta była lokalną działaczką Koalicji Obywatelskiej w powiecie kłodzkim, fotografowała się z politykami pierwszego szeregu, ale partia oświadczyła, że od ponad dwóch lat nie należała do jej struktur. W tej sprawie są pytania, które trzeba zadawać. I opozycja ma pełne prawo je stawiać. Ba, ma nawet obowiązek.
Zobacz także
Tylko że po piątku i po niedzieli nikt już ich nie usłyszy. Bo dzisiaj nikt nie mówi o Kłodzku, każdy mówi o szczekaniu byłej ministry kultury. Chorosińska własnymi rękami zamieniła dramat dziecka w mem. To osobliwa forma politycznej niekompetencji: mieć w ręku sprawę, która realnie boli rządzących, i przehandlować ją za krótkotrwałą uwagę w mediach.
Jest jednak coś gorszego niż niekompetencja Chorosińskiej
W historii z Kłodzka jest człowiek – ofiara, dziewczynka, dziś dorosła kobieta, która publicznie opowiadała o koszmarze, jaki przeżywała latami. I jej historia nie jest własnością żadnej partii ani pani Chorosińskiej. Nie jest materiałem na dowcip sytuacyjny w Sejmie ani na wpis w niedzielny poranek. Osoba, która zamienia ten dramat w odgłos zwierzęcia rzucany w stronę politycznego rywala, nie broni ofiary. Robi z niej narzędzie i to w sposób, którego żadna liczba wykrzykników w mediach społecznościowych nie uszlachetni.
Szczególnie gdy w opisie profilu na X tej samej posłanki widnieje hasztag "Dla Rodzin, Dla Polski". Chorosińska pokazała w Sejmie, a potem w swoich mediach społecznościowych, jak wygląda zdziczenie w praktyce.

Władysław Kosiniak-Kamysz, który został obszczekany przez Chorosińską, nazwał to obrazem "politycznej degradacji i upadku całego PiS" i trudno mu odmówić racji, choć brzmi to jak wyłącznie partyjna riposta. Rzecz w tym, że w Sejmie nic za takie rzeczy nie grozi. Przewodnicząca sejmowej Komisji Etyki Poselskiej Elżbieta Burkiewicz powiedziała "Faktowi", że formalnie potrzebny jest wniosek, by komisja mogła zająć się sprawą. Ale nie oszukujmy się, jaka nie byłaby to sankcja, po pani Chorosińskiej spłynie to jak po kaczce.
W polskim Sejmie nie ma kary, którą posłanka albo poseł potraktowałby poważnie, nie ma nawet dostatecznie mocnego odruchu wstydu we własnym klubie ani partii – jest kilka przyzwoitych zdań Bocheńskiego i cisza całej reszty PiS. A skoro nie ma kosztu, to jest zysk: zasięgi, cytaty, rozpoznawalność (choć tak samo wątpliwa, jak szczekanie w Sejmie i wpis Chorosińskiej w niedzielę rano). Tylko czekać aż następnym razem ktoś podniesie stawkę, bo szczekanie już będzie passé.
I tu poniekąd wpadłem we własną pułapkę. Bo ten tekst jest częścią nagrody, po którą sięgnęła posłanka PiS. O to właśnie jej chodziło: żeby mówiono. Można było przemilczeć szczekanie Chorosińskiej i zapewne byłoby to mądrzejsze.
Ale bywają rzeczy, których przemilczeć nie wolno, bo milczenie oznacza zgodę na to, że "tak się teraz w polskim parlamencie postępuje". Więc zapiszmy to zwyczajnie, bez emocji: w piątek 4 września posłanka Rzeczypospolitej Dominika Chorosińska szczekała na wicepremiera i ministra obrony narodowej w Sejmie.
Wyborcy za nieco ponad rok będą mieli okazję powiedzieć, czy tak chcą być reprezentowani. To jedyna sankcja, jaka w tym systemie może zadziałać.






