
Jarosław Szymczyk, były komendant główny policji, pojawił się 7 września w Sądzie Rejonowym dla Warszawy-Mokotowa. Odpowiada za wybuch granatnika RGW-90 w gmachu KGP sprzed niemal czterech lat. Proces toczy się za zamkniętymi drzwiami, a generał, wchodząc do budynku, nie odezwał się do dziennikarzy ani słowem.
Gen. insp. Jarosław Szymczyk przyjechał do warszawskiego sądu w towarzystwie swojego obrońcy. Przed godziną 11:00 były komendant i jego obrońca zniknęli za drzwiami sali przystosowanej do procesów prowadzonych z wyłączeniem jawności. Pytania mediów do byłego komendanta głównego policji pozostały bez odpowiedzi.
Na ten moment trzeba było czekać wyjątkowo długo. Pierwszy termin rozprawy sąd wyznaczył na 13 listopada 2025 roku, ale start postępowania był potem wielokrotnie przekładany.
Wybuch granatnika w KGP. Dwa zarzuty wobec gen. Szymczyka
Akt oskarżenia Prokuratura Okręgowa w Warszawie przygotowała w styczniu 2025 roku. Zarzuty są dwa. Pierwszy dotyczy okresu od 12 do 14 grudnia 2022 roku. Zdaniem śledczych gen. Szymczyk miał wtedy przy sobie przenośną bezodrzutową broń przeciwpancerną – granatnik RGW-90 – nie mając wymaganej koncesji. Broń trafiła do Polski z Ukrainy, a podczas kontroli na przejściu granicznym nikt nie poinformował o niej Służby Celno-Skarbowej.
Drugi zarzut jest poważniejszy. Chodzi o nieumyślne sprowadzenie zagrożenia dla życia i zdrowia wielu osób, które 14 grudnia 2022 roku przebywały na terenie KGP, a także o zagrożenie dla mienia w wielkich rozmiarach. Według prokuratury ówczesny szef KGP miał zwolnić zabezpieczenia granatnika i doprowadzić do wystrzału, który uszkodził konstrukcję pomieszczeń komendy. W pocisku znajdował się ładunek wybuchowy (oktogen), który nie eksplodował tylko dlatego, że nie zdążył się uzbroić w tak małej przestrzeni.
Sam Szymczyk tłumaczył, że granatnik dostał w prezencie od szefów ukraińskich służb. Twierdził też, że został zapewniony, iż nie zawiera on materiałów wybuchowych i jest "złomem". Ekspertyza Wojskowego Instytutu Technicznego Uzbrojenia, o którą wystąpiła prokuratura, wykazała jednak, że broń była sprawna i ustawiona w tryb HESH, czyli burząco-odłamkowy. To sprzęt o przeznaczeniu stricte wojskowym, dlatego osoba cywilna nie ma nawet teoretycznej możliwości uzyskania pozwolenia na jego posiadanie.
Do granatnika nie dołączono też żadnych dokumentów potwierdzających pozbawienie go cech użytkowych. Na spotkaniu w Kijowie, w trakcie przekazania granatnika, broń była w trybie bezpiecznym, a badania przeprowadzone przez biegłym już po wybuchu wskazały, że Szymczyk samodzielnie wykonał całą serię działań, które odbezpieczyły granatnik i pozwoliły oddać strzał.
Zobacz także
Drugie postępowanie w zawieszeniu
Równolegle toczy się osobne śledztwo, w którym to Szymczyk ma status pokrzywdzonego. Sprawa stoi jednak w miejscu, ponieważ Kijów przekazał, że z powodu trwającej wojny nie jest w stanie zrealizować polskich wniosków o pomoc prawną.
W sierpniu 2025 w naTemat pisaliśmy też o zaskakujących ustaleniach ws. tajemniczego maila. Jak podała "Rzeczpospolita", do KGP miał trafić mail po łotewsku o podłożonym ładunku wybuchowym. Został zatytułowany słowem "bomba" i wysłany z rosyjskiej domeny: na końcu adresu było "ru". Wiadomość przyszła dwa dni przed wyjazdem ówczesnego komendanta do Kijowa, gdzie otrzymał granatnik, który później eksplodował. Policjanci przyznali wtedy, że gdyby wiedzieli o wspomnianym mailu, wyjazd mógłby zostać odwołany.
Miał też o nim nie wiedzieć nawet sam Szymczyk. – Jestem w totalnym szoku, także dlatego, że nikt mnie o tym nie poinformował – skomentował. W treści maila nie było sprecyzowanego miejsca podłożenia ładunku, z tego powodu specjaliści mieli dokonać sprawdzenia pirotechnicznego w KGP, ale to wówczas nie potwierdziło zagrożenia. Wiadomość została więc potraktowana jako fałszywa.






