Ilustracja w stylu komiksowym przedstawia, jak wygląda praca detektywa śledzącego zdrady.
Jak wygląda praca detektywa śledzącego zdrady? Fot. naTemat.pl

– Miałem kiedyś klienta, który kazał obserwować żonę. Jeździliśmy za nią dwa tygodnie. A ona tylko: dom, praca, przedszkole. Tłumaczę mu: "Wydał pan już mnóstwo pieniędzy, a ja widzę, że pana żona jest czysta". On jednak szedł w zaparte: "Nie, ona na pewno kogoś ma". W końcu zapytałem wprost, po czym to wnosi, bo wcześniej nie podał żadnych konkretów. A on na to: "Bo od dwóch tygodni nie było sek*u”. Ręce mi opadły – opowiada Maciej Hajnus, detektyw.

REKLAMA

Aleksandra Tchórzewska: Ma pan broń?

Maciej Hajnus, detektyw: Prawdziwej nie – tylko taką na śruty. I to nie dlatego, że nie mógłbym jej mieć, bo mógłbym. Po prostu nie chcę. 

Wie pani, dzisiaj nawet po oddaniu strzału w powietrze trzeba pisać sprawozdanie: do czego broń została użyta i w jakich okolicznościach. To wszystko za bardzo komplikuje sprawę.

Noszę przy sobie gaz pieprzowy. 

Bywa niebezpiecznie? Ktoś kiedyś próbował pana zaatakować?

Miałem kiedyś taką sytuację podczas imprezy firmowej. Obserwowałem jednego z mężczyzn – robiłem mu zdjęcia i nagrywałem krótkie ujęcia, kiedy tańczył na parkiecie. Gdy wychodziłem z lokalu, nagle ruszyło za mną pięciu osiłków.

Dogonili mnie i zapytali wprost: "Słuchaj, co ty tu o nas nagrywałeś?". Odpowiedziałem spokojnie, że nic. Wyciągnięcie legitymacji detektywa byłoby w tamtej chwili najgorszym możliwym pomysłem – mam wrażenie, że mógłbym z tego nie wyjść cało.

Byli wyraźnie podpici i zażądali, żebym pokazał im telefon. Powiedziałem wtedy: "Dobra, pokażę ci, ale jeśli nic nie znajdziesz, stawiasz flaszkę". Jeden z nich, chyba trochę bardziej trzeźwy od reszty, zgodził się na taki układ.

Otworzyłem więc w telefonie albumy z Facebooka. Był na tyle pijany, że nawet nie bardzo orientował się, co przegląda. Po chwili oddał mi telefon i stwierdził, że rzeczywiście nic tam nie ma. Odpuścili, a ja spokojnie wyszedłem z imprezy.

To tylko na filmach wszyscy noszą przy sobie broń i wszyscy do siebie strzelają.

Jakie jeszcze mity chciałby pan obalić?

Największym mitem jest przekonanie, że detektyw może zakładać podsłuchy czy ukryte kamery. Klienci bardzo często o to pytają, tymczasem ustawa o usługach detektywistycznych jasno tego zabrania.

Ludzie muszą zrozumieć, że nie mamy takich możliwości jak policja czy służby. Często słyszę: "Niech pan pójdzie do urzędu, pokaże legitymację, to panu wszystko powiedzą". Otóż nie powiedzą.

Każda informacja – PESEL, numer księgi wieczystej czy adres – to efekt żmudnej pracy, a czasem także konieczności podania się za kogoś innego, żeby w ogóle rozpocząć rozmowę. Odkąd weszło RODO, praca w terenie stała się dużo trudniejsza.

Dawniej wchodziło się do bloku, sprawdzało listę lokatorów na tablicy i od razu było wiadomo, kto gdzie mieszka. Dzisiaj takich spisów już nie ma. Często muszę śledzić człowieka aż pod same drzwi mieszkania, żeby mieć pewność, pod którym numerem faktycznie przebywa.

Czyli nuda, a nie adrenalina?

To zależy od charakteru sprawy. Jeśli zapyta mnie pani o zdrady małżeńskie, to jest to największa nuda, jaką można sobie wyobrazić. Najczęściej oznacza to osiem godzin siedzenia w samochodzie i czekania, aż coś się wydarzy. I nieważne, czy jest trzydzieści stopni upału, czy dwadzieścia stopni mrozu. 

Zupełnie inaczej wyglądają sprawy gospodarcze: sprawdzanie wiarygodności kontrahentów czy poszukiwanie osób. Tam faktycznie cały czas coś się dzieje.

A to nie jest tak, że w telefonie znajdzie się wszystko?

Ludzie naoglądali się filmów i myślą, że detektyw to może się wszędzie włamywać. Rzeczywistość jest inna: nie mamy takich uprawnień jak policja czy służby specjalne. Za założenie kamer w czyimś mieszkaniu czy włamanie na telefon traci się licencję – to po prostu przestępstwo. My tego nie robimy.

Owszem, klienci mogą kupić oprogramowanie szpiegowskie na własną rękę, jeśli mają fizyczny dostęp do telefonu partnera, i sami sprawdzać, z kim on pisze. Często przynoszą mi gotowe wydruki z WhatsAppa. 

Zdrady wychodzą w banalny sposób? Podpatrzy pan kogoś w hotelu, w samochodzie, podczas pocałunku? Jak to wygląda w praktyce?

Czasem bywa to wręcz uderzająco proste, bo ludzie sami chwalą się zdradą na Facebooku. Pamiętam sprawę kobiety, która regularnie wyjeżdżała ze swoim szefem. Oficjalnie były to delegacje. Długo nie mogłem jednak ustalić, dokąd jeździli – zawsze jakoś udawało im się wymknąć obserwacji.

Aż pewnego razu zobaczyłem jej zdjęcie na Facebooku. Siedziała nad basenem w męskiej koszuli. Dzięki temu, że często bywam w różnych hotelach, rozpoznałem charakterystyczny skos okien. Wiedziałem, że to może być tylko jedno miejsce. Pojechałem tam i oczywiście ich zastałem.

Podejrzenia klientów często się sprawdzają?

Muszę pani powiedzieć, że statystyka jest bezlitosna. Jeśli przychodzi do mnie kobieta podejrzewająca męża o zdradę, ma rację w 90 procentach przypadków. Jeśli jednak przychodzi mężczyzna, trafia rzadziej niż w połowie.

Miałem kiedyś klienta, który kazał obserwować żonę. Śledziliśmy ją przez dwa tygodnie, a ona tylko: dom, praca, przedszkole. Tłumaczę mu: "Proszę pana, obserwujemy ją już dwa tygodnie. Wydał pan mnóstwo pieniędzy, a z mojego doświadczenia wynika, że pańska żona jest czysta". On jednak upierał się przy swoim: "Nie, ona na pewno kogoś ma". W końcu zapytałem wprost, na czym opiera swoje podejrzenia, bo wcześniej nie podał żadnych konkretów. A on na to: "Bo od dwóch tygodni nie było sek*u".

Ręce mi opadły.

I co było dalej?

Klient był bardzo zawzięty i chciał, żebyśmy dalej jeździli za jego żoną. Ale ja nie chcę, żeby ktoś później przeżył szok, gdy wystawię mu rachunek na kwotę, której nie będzie w stanie udźwignąć. Powiedziałem mu więc: "Proszę pana, niech mi pan zaufa. Obserwowałem w życiu tysiące osób. Pana żona nie ma żadnych znamion kobiety, która zdradza. Nigdy nie spotkała się z nikim podejrzanym, nawet na kawę". W końcu odpuścił.

Niektórzy mężczyźni przychodzą do mnie, bo coś sobie uroiło im się w głowie. Jeden z klientów wysłał mnie kiedyś za swoją żoną do sanatorium. Wykupił mi wszystko: pobyt, zabiegi, pełen pakiet.

Haczyk polegał na tym, że żona miała 83 lata, a on i tak był przekonany, że go tam zdradza. Chodziłem więc za tą panią, a ona – jak to w tym wieku – spacerowała, chodziła na zabiegi i właściwie nic więcej się nie działo.

Przynajmniej pan sobie wypoczął w sanatorium. 

Tak, zafundowałem sobie zabiegi na plecy, bo przy tej siedzącej pracy to prawdziwe zbawienie.

Czy zdarzają się historie par, które kończą się inaczej niż rozwodem? Na przykład pan dostarcza dowody zdrady, ale klient jednak decyduje się na wybaczenie i nowy start?

Oczywiście. Około 20 proc. moich spraw kończy się w ten sposób – ludzie po prostu się dogadują. Wiem to stąd, że gdy dochodzi do rozwodu, zazwyczaj jestem wzywany do sądu jako świadek, bo mój raport trafia do akt sprawy. Jeśli sąd mnie nie wzywa, to dla mnie jasny sygnał, że strony doszły do porozumienia.

A jak sądy podchodzą do pracy detektywów? Traktują was poważnie?

Bardzo poważnie. Miałem sytuację, w której pełnomocnik strony przeciwnej, chcąc mnie zdyskredytować, zapytał, czy posiadam legitymację detektywa i wpis do ewidencji działalności. Potwierdziłem. Kiedy mecenas poprosiła o okazanie dokumentów, sędzia uciął krótko: "Pani mecenas, nie czas na to. Pan zeznaje pod przysięgą i złożył sprawozdanie, więc mu wierzę. Jeśli pani nie wierzy, sprawdzi sobie pani dokumenty po rozprawie".

Co ciekawe, sądy często bardziej polegają na moich bezpośrednich zeznaniach niż na samych zdjęciach czy filmach. Materiały wizualne traktuję raczej jako zabezpieczenie – na wypadek, gdyby strona przeciwna twierdziła, że jej tam nie było albo że sytuacja wyglądała inaczej. Wykonuję swoją pracę solidnie i rzetelnie, więc w moich zeznaniach nie ma miejsca na przekłamania.

Dalsza część wywiadu poniżej

Czytaj także:

Zdarzyło się panu odmówić przyjęcia zlecenia, bo uznał pan, że klient kłamie, jest nieetyczny albo po prostu chce się na kimś zemścić?

Raz musiałem odmówić zlecenia, bo klient okazał się moim znajomym – w takiej sytuacji nie da się zachować niezbędnego obiektywizmu. Jeśli chodzi o złe intencje czy kłamstwa, rzadko udaje się je wyczuć już na pierwszym spotkaniu. Prawda zazwyczaj wychodzi w trakcie zlecenia.

Miałem też taką sytuację: pewna kobieta wynajęła nas, by znaleźć dowody na zdradę jej męża. Jeździliśmy za nim, ale człowiek był absolutnie czysty. Za to zupełnym przypadkiem natknęliśmy się na samą klientkę w towarzystwie innego mężczyzny. Okazało się, że to ona zdradzała i desperacko szukała "haków" na męża.

Maciej Hajnus

detektyw

W takich przypadkach moja praca jest krótka: napisałem raport stwierdzający, że mąż nie dopuścił się zdrady, i podziękowałem za współpracę. 

Zdarza się, że klienci są niecierpliwi? Że chcą znać prawdę już następnego dnia i zaczynają na pana naciskać?

Tacy klienci trafiają się regularnie. Zazwyczaj staram się ich wyciszyć i wytłumaczyć, że nie da się zrobić wszystkiego "na już". Jeśli zależy pani na dyskrecji i rzetelności, trzeba uzbroić się w cierpliwość.

Pamiętam sytuację z adwokatem jednego z moich klientów. Kiedy udowodniłem, że mąż klientki jest wierny, prawnik miał pretensje. Twierdził, że skoro od razu zauważyłem brak zdrady, mogłem to napisać natychmiast, a nie ciągnąć sprawę. Pomyślałem wtedy: "Niezły z pana fachowiec".

Przecież, żeby z całą pewnością stwierdzić, że ktoś nie zdradza, muszę wykonać olbrzymią pracę. Nie podpiszę się pod raportem, jeśli nie mam stuprocentowej pewności. Niektórzy prawnicy zupełnie nie rozumieją tej dynamiki.

A od ilu lat jest pan w zawodzie? To było marzenie z dzieciństwa, czy czysty przypadek?

Kompletnie nie wiedziałem, że zostanę detektywem. Po studiach na SGH w Warszawie pracowałem jak każdy – w pewnym momencie byłem nawet dyrektorem handlowym. Później otworzyłem firmę windykacyjną, bo na rynku brakowało takich usług, a ja czułem temat.

Z czasem okazało się, że skuteczna windykacja wymaga rzetelnego wywiadu gospodarczego. Aby zdobyć informacje, które nie opierają się tylko na ogólnodostępnych rejestrach typu KRS, trzeba mieć odpowiednie uprawnienia. Zrobiłem je w 2014 roku, choć samym wywiadem zajmuję się od blisko dwudziestu lat.

Wtedy też zaczęła się współpraca z emerytowanymi policjantami i – obok obsługi firm – pojawiły się zlecenia od osób prywatnych. Właśnie te zdrady i sprawy rodzinne.

Zdarzyło się panu kiedyś prześwietlać nianię na zlecenie podejrzliwych rodziców?

Nigdy. Natomiast są rodzice, którzy chcą ode mnie wypożyczyć sprzęt do monitoringu domu. Wtedy odmawiam.

A co z rodzicami, którzy chcą sprawdzić własne, dorastające dzieci?

Tacy klienci zdarzają się bardzo często. Zazwyczaj zgłaszają się do mnie rodzice, którzy – mówiąc wprost – przez lata nie mieli dla swoich dzieci czasu.

Biznesmeni, wiecznie zapracowani, nagle budzą się z ręką w nocniku, bo dziecko znika z domu, ma uwagi w szkole albo dziwnie się zachowuje. Chcą wiedzieć, z kim się zadaje i co robi po lekcjach.

Maciej Hajnus

detektyw

Finały bywają skrajne. Czasami okazuje się, że dziecko po prostu zapisało się na treningi, o których zapomniało powiedzieć rodzicom, i wszystko jest w porządku. Ale bywa i tak, że faktycznie znajdujemy je w parkach, gdzie piją, ćpają i wpadają w bardzo złe towarzystwo.

Zdarza się panu wchodzić ze śledzonymi w interakcję? Zagaduje pan, udaje przypadkowego przechodnia, czy raczej unika jakiegokolwiek kontaktu?

To zależy od zlecenia. Jeśli sytuacja tego wymaga, przyjmuję inną tożsamość i po prostu rozmawiam. Przy sprawach o zdradę zazwyczaj nie ma takiej potrzeby – tam najlepiej sprawdza się całkowita niewidoczność.

Kontakt staje się niezbędny, gdy musimy wykazać przed sądem czyjeś realne zarobki. Często zdarza się, że mąż oficjalnie udaje biednego, twierdząc, że nic nie zarabia, podczas gdy w rzeczywistości pracuje na czarno. Wtedy muszę do niego podejść, udając klienta, który chce go wynająć do konkretnej pracy. Pytam o stawki, terminy, ustalam szczegóły.

Taka osoba jest później bardzo zaskoczona, gdy widzi mnie na sali rozpraw w roli świadka. 

Zdjęcia i nagrania przekazuje pan klientowi bezpośrednio, czy trafiają one dopiero do sądu?

Zgodnie z ustawą o usługach detektywistycznych, wszystko, co zbiorę, jest własnością klienta. Przekazuję mu komplet materiałów, które on zazwyczaj oddaje swojemu adwokatowi. 

Moim obowiązkiem jest natomiast niezwłoczne wykasowanie wszystkich tych plików z moich baz. Nie mam prawa ich przechowywać. W momencie przekazania teczki klientowi, dla mnie ta sprawa definitywnie się kończy.

Moment przekazania zdjęć czy nagrań bywa trudny? Musi pan dźwigać rozpacz kobiety, która po dwudziestu latach dowiaduje się, że mąż ma inną?

Płacz w moim biurze to częsty widok. Zazwyczaj scenariusz jest ten sam: klientka przychodzi pełna złości, wyzywa męża od drani, jest pewna, że on sypia z jakąś "Zośką". Ale kiedy kładę na stół dowody i okazuje się, że ta "Zośka" to bolesna prawda, pewność siebie znika, a zaczynają się łzy. Kobiety niby wiedzą, czego się spodziewać, ale konfrontacja z faktami zawsze boli.

Z drugiej strony bywają momenty, których się nie zapomina – jak uśmiech mężczyzny, który dowiaduje się, że jego podejrzenia były bezpodstawne i wychodzi z biura po prostu szczęśliwy. To są dwie skrajności tej pracy.

Dalsza część wywiadu poniżej

Ma pan swój ranking sygnałów, które niemal zawsze świadczą o zdradzie?

Podstawą jest telefon. Jeśli ktoś nagle zaczyna z nim uciekać, trzyma go cały czas w kieszeni, nie wypuszcza z ręki nawet idąc do toalety, albo wychodzi z domu, żeby swobodnie pogadać – to jest pierwszy alarm. 

Drugi to nagła metamorfoza: karnet na siłownię, dieta pudełkowa, wybielanie zębów. Jeśli facet, który przez lata o siebie nie dbał, nagle robi się na bóstwo, to niemal zawsze stoi za tym ktoś trzeci. 

Kim są ludzie, którzy pana wynajmują? To osoby majętne czy raczej zdesperowane, które muszą zapożyczyć się na detektywa?

Z klientami bywa różnie. Paradoksalnie, ci bardzo majętni, dla których kwota rzędu dziesięciu tysięcy nie jest wielkim problemem, potrafią być najtrudniejsi przy rozliczeniu. Umawiamy się na konkretną stawkę, wykonuję robotę, oni są zadowoleni z efektów, ale na samym końcu... zaczynają negocjować. Muszą jeszcze coś "urwać". Zawsze im powtarzam: negocjuje się na początku, nie po zrobieniu sprawy.

Z kolei ci mniej zamożni często biorą na detektywa kredyt. Oni nigdy nie dyskutują o cenie. Przychodzą, płacą tyle, na ile się umówiliśmy, i po prostu czekają na rzetelne informacje. Często kalkulują to sobie jako inwestycję – wiedzą, że jeśli dowód będzie solidny, te pieniądze zwrócą im się później w sądzie podczas podziału majątku czy walki o alimenty.

Od kiedy w Polsce mówi się o boomie na usługi detektywistyczne?

Zmiany zaczęły się, gdy zawód został uwolniony i zasady jego wykonywania przestały być tak restrykcyjne. Kiedyś zdobycie licencji wymagało trudnego egzaminu w komendzie wojewódzkiej, a dziś system rejestracji i ewidencjonowania jest prostszy, co sprawiło, że na rynku pojawiło się więcej usług detektywistycznych. 

Przychodzą do mnie ludzie, którzy mają licencję, ale zerowe pojęcie o robocie. Pamiętam człowieka ze średnim wykształceniem, który całe życie był listonoszem i nagle chciał być detektywem. Bez znajomości kodeksu, bez wyczucia, co można, a czego nie wolno klientowi doradzić, w tej pracy giniesz. Trzeba czuć prawo, żeby nie wpakować siebie i klienta w kłopoty.

Właśnie – gdzie kończy się profesjonalizm, a zaczyna stalking? Jakie granice są dla pana nieprzekraczalne?

Stalking w moim zawodzie nie istnieje. Pracuję na bazie licencji, która daje mi prawo do obserwacji i fotografowania. Granicą profesjonalizmu jest bycie niewidzialnym. Żeby ktoś mógł mnie posądzić o stalking, musiałby najpierw zorientować się, że jest śledzony.

Jeśli tylko poczuję, że osoba obserwowana zaczyna coś podejrzewać, natychmiast wycofujemy się na chwilę z akcji. W takich momentach robimy pauzę, zmieniamy samochód.

Czekamy kilka dni, a potem wracamy do gry w nowym składzie. I doprowadzamy sprawę do końca.

A jaki jest najdziwniejszy gadżet, jakiego używał pan w pracy?

Kiedy zaczynałem jako młody detektyw, dałem się nabrać na "magię" sklepów szpiegowskich. Sprzedali mi kamerę guzikową – miała być rewelacyjna. W rzeczywistości to był kompletny niewypał. Nie miałem żadnej kontroli nad tym, co nagrywam. Raz nagrałem niebo, innym razem ziemię, a obserwowanej osoby wcale.

Teraz mam nowoczesne i świetne narzędzia, ale nie mogę zdradzić, o jakie chodzi.

Czy pan cały czas jest głową w pracy?

W tygodniu tak – cały czas myślę o sprawie, którą prowadzę, i o tej, którą muszę przygotować. W wolne weekendy staram się wyjeżdżać z rodziną i wtedy faktycznie odpoczywam. Ale to nie jest praca "od-do". Nie polega na tym, że chowam notes i wracam do domu. Czasem wpadam tylko na chwilę, a wieczorem albo w nocy znów muszę gdzieś jechać.

Ciekawi mnie, jak ludzie reagują na pana zawód. Jako dziennikarka często spotykam się z dystansem – ludzie boją się, że "zbieram materiał" nawet w prywatnej rozmowie. Pan też jest postrzegany jako ktoś, kto cały czas "skanuje" i wietrzy podstęp?

Zdarzają się takie sytuacje. Pamiętam sprawę dłużnika mojego klienta, który przyjechał do firmy na rozmowy. Klient chciał, żebym był przy tym obecny, ale tamten człowiek kategorycznie zażądał, żebym wyszedł. Wziął mojego klienta na bok i powiedział, że przy mnie nie będzie rozmawiał, bo na pewno go nagrywam i nie wiadomo, co z tym potem zrobię.

A dzieci? Tata-detektyw, to chyba musi być ekscytujące?

Starszy syn jest już lekarzem. Kiedy studiował, często brałem go ze sobą do pracy na wakacje, żeby dorobił i zobaczył, jak wygląda prawdziwa praca śledcza. Powiedział później, że lekarz też musi być dobrym detektywem – najważniejsze jest zebranie rzetelnego wywiadu od pacjenta.

Młodszego syna, który studiuje w Krakowie, też nieraz biorę do pomocy. Córka ma dwanaście lat. Jej koleżanki i nauczycielki są zafascynowane moim zawodem, ale ona sama nie garnie się do tego. Pamiętam, jak miała sześć lat i podczas poranków w kinie Helios strażak zapytał ją przed wszystkimi dziećmi, kim chce zostać, gdy dorośnie. Odpowiedziała: "Wiadomo, jak mój brat – lekarzem". Strażacy nie byli zadowoleni, że nie chce iść w ich ślady.

Po tylu latach patrzenia na ludzi w ich najgorszych momentach – kiedy kłamią, zdradzają albo szukają haków na najbliższych – potrafi pan jeszcze po prostu im ufać? Tak zwyczajnie?

Potrafię. Może też dlatego, że trafiłem w życiu na taką kobietę, jaką jest moja żona.