kadr z "Lalki"
Kinowa "Lalka" pokazuje, jak powinno się ekranizować powieści z XIX w. Mat. prasowy

Po burzy, którą to wywołała premiera netfliksowej "Lalki", w końcu otrzymaliśmy ekranizację powieści Bolesława Prusa, która nie oburza i nie żenuje. Reżyser Maciej Kawalski postanowił stworzyć obraz bliższy książkowemu pierwowzorowi. Mogło skończyć się katastrofą: czymś nudnym i nieatrakcyjnym dla współczesnego widza. Od razu jednak uspokajam: tak się nie stało.

REKLAMA

W polskiej popkulturze trwa sezon na "Lalkę". A właściwie "Lalki", gdyż Netflix zaproponował nam serial, dość luźno oparty na powieści Prusa, z kolei Maciej Kawalski ekranizację, która jest o wiele bardziej bezpieczna, a przez to potencjalnie nudna. Całe szczęście zgrabną realizacją pokazał, jak historia, którą ponad 100 lat temu stworzył jeden z najwybitniejszych polskich pisarzy, nadal jest aktualna i może rezonować ze współczesnym odbiorcą.

Pojedynek na "Lalki"

Sam pomysł, by w tym samym czasie tworzyć produkcje filmowe oparte na tym samym materiale źródłowym, wydaje się szalony. Nie jest jednak obcy polskiemu kinu. Na przełomie lat 90. i 2000. mówiło się o pracach nad ekranizacjami "Krzyżaków". Za jeden film miał odpowiadać Bogusław Linda, za drugi Jarosław Żamojda. Nie udało się – do dziś jedyną kinową wersją tej głośnej powieści Henryka Sienkiewicza pozostaje ta z 1960 roku.

"Lalki" otrzymaliśmy jednak dwie: jedna trafiła na Netfliksa, druga do kin. Twórcy jednej i drugiej podeszli do opowieści o Izabeli Łęckiej i Stanisławie Wokulskim w zupełnie inny sposób. Niestety platforma streamingowa postawiła na jej zwulgaryzowanie, przepisanie postaci w taki sposób, że nie da się ich lubić, a tym samym im kibicować. Nie wspominając już o momentach, które wręcz ociekają cringe'em.

Rozumiem intencje twórców, ale, by dokonać reinterpretacji, najpierw należy dokonać prawidłowej interpretacji. Tego przy pracach nad skryptem serialu "Lalka" musiało zabraknąć.

Prawilna "Lalka"

Film Kawalskiego jest o wiele bliższy fabuły książkowej. Przez to potencjalnie mógłby być nudny, przynajmniej dla przedstawicieli młodszego pokolenia. Mimo więc pozorów twórcy mieli tu do wykonania o wiele trudniejsze zadanie niż ich frywolni koledzy z Netfliksa. Jaki efekt udało się im osiągnąć?

Od razu uspokoję: kinowa "Lalka" jest bardzo udana. Zaryzykuję nawet tezę, że to najlepsza polska superprodukcja od czasów "Miasta 44". A wszystko osiągnięto zabiegami na tyle prostymi, że aż dziwne, że Netflix po nie nie sięgnął.

Film zaskakuje samym początkiem. Widzimy bowiem Stanisława Wokulskiego (Marcin Dorociński), który wraz ze swoimi ludźmi transportuje broń w czasie wojny rosyjsko-tureckiej. Nagle rozpoczyna się ostrzał. Następuje dramatyczne cięcie. Dopiero wtedy akcja przenosi się do Warszawy, do której główny bohater wraca z wielkim bogactwem.

Poznajemy też Izabelę Łęcką (Kamila Urzędowska), której rodzina ma spore problemy finansowe. Głównie z winy ojca naszej bohaterki, Tomasza Łęckiego. Szybko zauważamy, że Wokulski kocha się w młodej kobiecie.

Zaczyna się główna intryga, w której naszemu protagoniście pomaga pani Meliton (Agata Kulesza). I tu pojawia się pierwsza ogromna zaleta filmu: humor! Sama scena pierwszej rozmowy Dorociński z Kuleszą pokazuje to najlepiej. To właśnie ten duet będzie potem w czasie seansu spuszczał sporo powietrza z napiętej atmosfery. Wielokrotnie aktorom pomaga na tym polu dynamiczny, tiktokowy montaż, który sprawia, że ekranizacja "Lalki" nie jest wcale tak bezpiecznie i anachronicznie zrealizowana jak chcą to widzieć niektórzy krytycy.

Jest komizm, ale ekranizacja powieści Prusa to jednak przede wszystkim dramat. I na tym poziomie film ponownie działa. Ogromna w tym zasługa aktorów, szczególnie Dorocińskiego, który tą swoją rolą ponownie pokazał, że jego międzynarodowa kariera nie bierze się znikąd. Widz widzi ból, jaki odczuwa (zaskoczenie! da się to pokazać bez języka z filmów Pasikowskiego), jego empatię względem innych, biedniejszych mieszkańców Warszawy, ale też to, jak miłość do Łęckiej go niszczy i czasami wyciąga z niego negatywne cechy (jego reakcja na flirt jednego z subiektów z jego ukochaną).

Wspaniale wypadają też wspomniana już Kulesza (kradnie każdą scenę, w której się pojawia), naprawdę rozczulający Marek Konrad w roli Ignacego Rzeckiego czy Andrzej Seweryn, który wcielił się w Tomasza Łęckiego.

Nie rozumiem przy tym fali krytyki, jaka spadła na Kamilę Urzędowską. Tak, nie otrzymała tutaj szansy na pokazanie swojego kunsztu aktorskiego, gdyż miała stosunkowo mało do zagrania. Jednocześnie jednak jest taką Izabelą, jaką znamy z pierwowzoru, czyli tą, która podkreśla dramatyczny los Wokulskiego. Na tym bowiem polegała jego tragedia – został pokonany przez miłość, a dokładniej: przez kobietę bardzo banalną, jedynie ładną. I na tym polu Urzędowska sprawdza się bardzo dobrze.

Dalsza część artykułu poniżej.

Nie, nie jest idealnie

Czy więc film jest pozbawiony wad? Nie. Żałuję, że nie rozwinięto wątków dotyczących przeszłości głównego bohatera. Sam początek filmu sugeruje nam, że dowiemy się coś więcej o jego losach w czasie wojny. Potem temat powraca, ale tylko w jednej scenie. Szkoda, gdyż rozbudowanie tego wątku pomogłoby nam jeszcze lepiej zrozumieć motywację Wokulskiego. I kolejna wada: jego biografię poznajemy głównie z dialogów, co trochę kłóci się z zasadą "show, not tell".

Gdybym miał mocno doszukiwać się też minusów, musiałbym wskazać też na scenę spotkania Wokulskiego, w trakcie którego namawia on arystokratów do inwestycji w jego spółkę. Zmiana stosunku do niego przez tych ostatnich następuje zbyt szybko. To jednak jedynym moment filmu, który "wybił" mnie z seansu.

Całość zachwyca

Mimo tych małych wad, "Lalka" zachwyca. To przede wszystkim wspaniała gra aktorska całej (tak, całej!) obsady i piękna, przejmująca muzyka Łukasza Targosza. Nie rozumiem też narzekania na to, że film jest długi, przez co, jak twierdzą niektórzy, seans staje się pod koniec męczący. Osobiście kompletnie nie poczułem 2,5 godziny w kinie. Zresztą samo zakończenie wbija w fotel i pozostanie wam przed oczami przez długi czas.

Tak, właśnie tak powinno się ekranizować lektury szkolne: pokazując, że te potrafią wzruszać i rezonować ze współczesnym widzem. I to bez sięgania po wulgaryzację treści i uwspółcześniania na siłę głównych bohaterów. W naTemat pisaliśmy już zresztą, że książkowym purystom spadnie kamień z serca.

Warto dodać, że są też smaczki dla uważnych widzów: w filmie "Lalka" do sklepu Wokulskiego wchodzi prawdziwa postać. W naTemat można przeczytać również inną niż moja opinię o konkurencyjnej produkcji: "Lalka" Netflixa depcze lekturę, ale robi to po mistrzowsku. Porównacie też u nas bohaterów obu "Lalek".