Andrzej Duda
Twadziel Duda lekceważąco o ew. zamachu na Tuska. "Mnie grożono codziennie" Fot. Gints Ivuskans / Shutterstock

Służby udaremniły potencjalny zamach na premiera i wicepremiera, zatrzymując 60-latka z Dolnego Śląska. Tymczasem były prezydent Andrzej Duda wchodzi w rolę doświadczonego weterana i kpi z rządu, zarzucając mu „robienie wielkiego halo” dla przykrycia kryzysu w szkołach. Gdzie leży prawda o tej sytuacji?

REKLAMA

Po zatrzymaniu 60-letniego radykała podejrzanego o planowanie zamachu na szefów rządu rozgorzała polityczna burza. Chłodny prysznic na rozgrzane głowy postanowił wylać były prezydent. Andrzej Duda przekonuje w telewizji, że groźby śmierci w polityce to chleb powszedni. Udaje kozaka? A może trafia w sedno?

Od szkolnej przemocy po groźby wobec rządu. Domino czy teatrzyk?

Niedzielny komunikat Ministerstwa Spraw Wewnętrznych i Administracji brzmiał jak scenariusz filmu sensacyjnego: pilne zebranie w Centrum Antyterrorystycznym ABW, akcja Policji, Służby Ochrony Państwa oraz Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego i wyeliminowanie bezpośredniego zagrożenia dla życia premierów Donalda Tuska oraz Władysława Kosiniaka-Kamysza.

Zanim jednak opinia publiczna zdążyła przetrawić informację o zatrzymaniu na Dolnym Śląsku 60-letniego radykała, na ekranach telewizorów pojawił się były prezydent Andrzej Duda. Z właściwym sobie dystansem zagrał rolę politycznego weterana, który z niejednego pieca chleb jadł i niejedno widział.

– Byli ludzie, którzy grozili mi czy innym najważniejszym osobom w państwie śmiercią. Różnego rodzaju groźby to była prawie codzienność. Mnie to troszeczkę wygląda tak, jak gdyby pan premier miał problemy z zapewnieniem bezpieczeństwa w szkołach, w związku z czym nagle ogłoszono, że sam jest w niebezpieczeństwie – stwierdził Duda w Polsat News, określając całą sprawę mianem "robienia wielkiego halo".

Pytanie tylko, czy były prezydent ma rację, punktując PR-owe ogrzewanie tematu przez rząd, czy może lekceważy mechanizm, który w erze internetowej radykalizacji bywa śmiertelnie niebezpieczny?

Kim jest zatrzymany 60-latek?

Służby odrzucają oskarżenia o polityczny teatr i podkreślają, że informacja o planowanym zamachu została potraktowana "śmiertelnie poważnie".

Z informacji przekazanych przez szefa MSWiA Marcina Kierwińskiego oraz rzecznika resortu Jacka Dobrzyńskiego wynika, że w niedzielę do Służby Ochrony Państwa trafiło doniesienie. Informator wskazał konkretną osobę z imienia i nazwiska oraz opisał przygotowywany zamach. Policja przy współpracy z ABW namierzyła i zatrzymała około 60-letniego mężczyznę na terenie województwa dolnośląskiego.

Zatrzymany był wyjątkowo aktywny w zamkniętych, skrajnych grupach w sieci, znanych z szerzenia mowy nienawiści, nawoływania do przemocy i skrajnego radykalizmu politycznego.

Schemat jest służbom dobrze znany. Zaledwie kilka miesięcy temu 23-latek planował zamach na czołowych polskich polityków i wpadł przez post w internecie. Jeszcze bardziej niepokojący jest wiek części podejrzanych. We wrześniu ABW zatrzymała członka neonazistowskiej grupy – 17-latka, który miał planować zamach, a śledczy odtworzyli całą ścieżkę radykalizacji na Telegramie i Discordzie.

Czy Duda ma trochę racji? Polityczny PR w cieniu kryzysu

Słowa Andrzeja Dudy wpisują się w klasyczną grę opozycyjną, ale dotykają powtarzalnego mechanizmu. W polityce nie ma przypadku – ujawnienie udaremnionego zamachu nastąpiło w momencie, gdy rząd Donalda Tuska mierzył się ze społeczną krytyką po czarnej serii ataków w szkołach na Mazowszu (m.in. w Leszczydole-Nowinach i Ostrołęce).

Przypomnijmy, że po tych zdarzeniach 15-latek trafił do schroniska i grozi mu proces jak dla dorosłego, a biegli mają ocenić jego dojrzałość emocjonalną.

Doświadczeni politycy wiedzą, że zmiana tematu z "niebezpiecznych szkół" na "zamach na szefów rządu" natychmiast przesuwa akcenty medialne. W tym sensie były prezydent trafnie punktuje chęć rządu do pokazania sprawczości i odzyskania inicjatywy.

Z drugiej strony machanie ręką na groźby i sprowadzanie ich do rzędu "codzienności" jest skrajnie ryzykowne. Polska ma za sobą tragiczne doświadczenia (m.in. zabójstwo prezydenta Gdańska Pawła Adamowicza czy tragiczne wydarzenia w biurze poselskim w Łodzi), gdzie sprawcy również byli naładowani nienawiścią płynącą z sieci i przekroczyli granicę od słów do czynów.

Warto dodać, że po mazowieckich tragediach politycy natychmiast rzucili się do wzajemnych oskarżeń. Opisywaliśmy, jak Kaczyński zareagował na te wydarzenia, łącząc w jednym wpisie wątek rosyjskiej wojny hybrydowej z atakiem na rząd.

Jak szkolne tragedie aktywują "uśpionych" radykałów

Istnieje jeszcze jeden aspekt, o którym były prezydent w swojej kpiarskiej retoryce nie wspomniał, a który dla psychologów i analityków ABW jest kluczowy: efekt naśladownictwa. Kiedy w przestrzeni medialnej przez kilka dni dominuje temat przemocy, nożowników, ataków w placówkach oświatowych i przelewania krwi, u osób o zaburzonej konstrukcji psychicznej lub głęboko zradykalizowanych następuje zwolnienie hamulców moralnych.

Dla 60-latka siedzącego w pełnej nienawiści sieciowej bańce, nagłośnienie ataków w szkołach mogło zadziałać jak impuls: "skoro tamci uderzyli w dzieci, ja uderzę w samą górę".

Ten mechanizm bywa też celowo napędzany z zewnątrz. Przypomnijmy, że za falą fałszywych SMS-ów przed wyborami stała operacja "Euro i Pogrzebowe", czyli dywersja białoruskiego wywiadu – a jej celem było wyłącznie podgrzanie polskich podziałów.

Rozpoznanie takich treści jest przy tym trudniejsze, niż się wydaje. Badania pokazują, że dezinformacja zatruwa umysły skutecznie nawet wobec ekspertów, jeśli trafia w emocje odbiorcy.

Specjaliści NASK dodają, że zgubny wpływ dezinformacji w social mediach polega właśnie na systematycznym wywoływaniu u odbiorców lęku, gniewu i wrogości.

Gdzie leży prawda?

Wypowiedź Andrzeja Dudy, traktująca zagrożenie życia liderów państwa jak mało znaczący epizod, ma wybitnie polityczny i nieco lekceważący wymiar. Były prezydent woli widzieć w akcji służb jedynie wygodny dla Tuska PR-owy parawan na kłopoty w resortach edukacji i spraw wewnętrznych.

Jednak sprowadzanie precyzyjnego sygnału o zamachu na premiera i szefa MON do "robienia wielkiego halo" może być niebezpieczna. Choć politycy z pewnością dyskontują tę sprawę wirtualnymi punktami poparcia, to akurat w tym przypadku lepiej, żeby służby zrobiły "wielkie halo" dziesięć razy za dużo, niż raz spóźniły się o pięć minut.