
Francja wciąż płonie. Obrazy z ulic Paryża, Lyonu czy Marsylii do złudzenia przypominają najczarniejsze momenty kryzysu "żółtych kamizelek" czy zamieszek z 2023 roku. W tym wszystkim Emmanuel Macron rozegrywa ostatni akt swojej prezydentury i powoli mówi swoim rodakom: adieu.
Emmanuel Macron wygłosił w niedzielę wieczorem orędzie wzywające do spokoju i dialogu, a niedługo potem ulice Paryża i Marsylii ponownie zostały ogarnięte zamieszkami. Wystąpienie prezydenta Francji wywołało nad Sekwaną falę komentarzy pełnych rozczarowania.
Orędzie Emmanuela Macrona nie uspokoiło Francji
"Wolałbym, podobnie jak miliony Francuzów, decyzji i inicjatyw umożliwiających powrót do porządku oraz odbudowę autorytetu Państwa, ukaranie szabrowników i wandali, a także szczegółowej metody na wznowienie dyskusji z uczniami liceów i organizacjami związkowymi. Nasz kraj potrzebuje być rządzony" – napisał Edouard Philippe, były premier i centroprawicowy kandydat na prezydenta.
"Wystąpienie Emmanuela Macrona budzi ogromny niepokój. Prezydent wydaje się całkowicie przytłoczony sytuacją, niezdolny do przeciwstawienia siły państwa chaosowi, który zagraża Republice. Uroczyście wzywam go do wywiązania się ze swoich obowiązków i ogłoszenia stanu wyjątkowego w celu ochrony Francuzów" – skomentował Bruno Retailleau, kolejny kandydat na prezydenta.
"Jestem wściekła" – skwitowała Marine Tondelier, liderka Zielonych i również kandydatka na prezydenta. "Zamiast zacząć od jakiegoś mea culpa, Emmanuel Macron wzywa nas do Matignon (siedziba premiera Francji – red.) jak dzieci do tablicy w szkole, aby 'uzyskać jasne i publiczne stanowiska'. Nie ma sensu organizować całej tej inscenizacji, Zieloni wyrażają się bardzo jasno: potępiamy wszelką przemoc. Jeśli pójdziemy do Matignon, to po to, by pracować nad rozwiązaniami kryzysów społecznych, środowiskowych i demokratycznych. A nie po to, by stawić się przed komisją dyscyplinarną" – dodała.
"Żałosne przemówienie Emmanuela Macrona. Ta tchórzliwa i zdezorientowana władza nie ma już nic do powiedzenia Francuzom, nic im do zaproponowania. Nie ma nawet już siły, by ich chronić" – to z kolei komentarz Jordana Bardelli, lidera Zjednoczenia Narodowego.
Dlaczego Macron reaguje tak, jakby rozpaczliwie chciał przywrócić porządek w kraju, ale z jakiegoś powodu po prostu nie mógł tego zrobić?
Emmanuel Macron nie zrobi rewolucji we Francji. Za 181 dni kończy się jego prezydentura
Odpowiedź kryje się w jednej liczbie: 181. Dokładnie tyle dni pozostało od 19 października 2026 do pierwszej tury wyborów prezydenckich we Francji, które zaplanowano na kwiecień 2027 roku. Emmanuelowi Macronowi zostało ostatnie pół roku prezydentury.
Francuski prezydent w orędziu nazwał rzeczy po imieniu, oskarżając organizatorów protestów o celowe destabilizowanie państwa w kluczowym momencie. Wskazał, że nawoływanie do ulicznego chaosu na 181 dni przed pójściem Francuzów do urn ma na celu "osłabienie Republiki i pozbawienie debaty".
Ale Macron doskonale też wie, że – choć sam nie może ubiegać się o trzecią kadencję – stawka jest najwyższa z możliwych. Na szali ważą się losy jego całego obozu politycznego oraz to, czy Francja wiosną 2027 roku wpadnie w ręce skrajnej prawicy pod wodzą Marine Le Pen, która – mimo że usłyszała kluczowy wyrok na wybory 2027 – w sondażach radzi sobie doskonale.
To właśnie ta perspektywa wiąże prezydentowi ręce. Wprowadzenie bezwzględnych rozwiązań siłowych, masowe aresztowania czy ogłoszenie stanu wyjątkowego mogłyby przynieść skutek odwrotny do zamierzonego. Zamiast uspokoić nastroje, doprowadziłyby do natychmiastowej radykalizacji i konsolidacji elektoratu antyrządowego. Jeden tragiczny w skutkach błąd policji na ulicy mógłby stać się iskrą, która ostatecznie pogrzebie szanse centrowego kandydata namaszczonego przez Macrona i da paliwo opozycji.
Emmanuel Macron nie przyjął dymisji Laurenta Nuñeza
Wizerunek Macrona jako silnego przywódcy ucierpiał również przez potężną wpadkę podległych mu służb, które drastycznie zaniżyły szacunki dotyczące skali ogólnokrajowych demonstracji z 17 października. Przed wyjściem ludzi na ulice źródła policyjne szacowały, że w protestach weźmie udział łącznie około 200 tys. osób (w tym 40 tys. w samym Paryżu).
Rzeczywistość brutalnie zweryfikowała te prognozy – francuskie MSW podało ostatecznie, że w demonstracjach w całym kraju uczestniczyło około 550 tys. osób (czyli o 350 tys. więcej niż przewidywano), a Związek zawodowy CGT ocenił frekwencję na aż 800 tys. uczestników. W efekcie siły porządkowe w pierwszej fazie zamieszek zostały całkowicie zdominowane przez tłum, co obnażyło bezradność państwa i wywołało wściekłość opozycji. A dzienniki takie jak "Le Figaro" czy "Libération" zarzuciły policji i służbom wywiadowczym błędy w przewidywaniu rozwoju wypadków.
Z powodu zbyt małej liczby funkcjonariuszy na ulicach demonstracje szybko wymknęły się spod kontroli. Doszło do fali brutalnych zamieszek, wandalizmu i grabieży w Paryżu, Marsylii czy Limoges, gdzie doszczętnie spłonął zabytkowy 140-letni ratusz. Bilans weekendu? Zatrzymano ponad 1800 osób, a rannych zostało przeszło 500 policjantów i żandarmów.
W normalnych warunkach politycznych taka kompromitacja skończyłaby się natychmiastową dymisją Laurenta Nuñeza, szefa Ministerstwa Spraw Wewnętrznych. Macron znalazł się jednak w sytuacji bez wyjścia. Dymisja ministra na pół roku przed wyborami byłaby oficjalnym przyznaniem się do całkowitej porażki w sferze bezpieczeństwa.
Prezydent odrzucił więc rezygnację Nuñeza, wybierając rozwiązanie pośrednie. Mówił o "brakach w przygotowaniu i rozpoznaniu", ale uznał, że Nuñez powinien pozostać na stanowisku, aby zapewnić ciągłość dowodzenia w policji i służbach bezpieczeństwa. Francuski prezydent polecił też jak najszybsze opracowanie nowych metod przeciwdziałania fali przemocy. Więcej piszemy o tym w artykule: Dlatego francuska policja przegrywa na ulicach. Laurent Nuñez i anatomia bezsilności.
To jednak wywołało wrażenie chaosu decyzyjnego, jednocześnie wzmacniając narrację o prezydencie, który "niby chce, ale nie może".
Zobacz także
Emmanuel Macron stanął w rozkroku
Obecna strategia Pałacu Elizejskiego to polityczny taniec na linie, który wygląda na brak zdecydowania. Z jednej strony Macron zapowiedział bezwzględne kary dla chuliganów ("będziemy bezkompromisowi wobec wandali i tych, którzy uciekają się do przemocy", "ci, którzy próbowali obalić Republikę, zostaną pociągnięci do odpowiedzialności"), a władze chcą wprowadzić lokalne zakazy zgromadzeń. Ale w tym samym orędziu prezydent przyznał, że Francuzi słusznie wyrażają niezadowolenie z wysokich cen paliw, które rosną z powodu wojny w Ukrainie (a w ślad za nimi rosną też ceny gazu), i zadeklarował "pełne zrozumienie dla niepokojów młodzieży i gotowość do szerokiego dialogu nad reformami ekonomicznymi".
I ten rozkrok osłabia pozycję Macrona. Dla zwolenników twardego porządku publicznego prezydent Francji jest miękki i niezdecydowany. Dla lewicy i protestujących młodych ludzi pozostaje "prezydentem bogaczy". Próba zadowolenia wszystkich na 181 dni przed wyborami sprawia, że Macron nie zadowala nikogo.
Ostatnim elementem tej układanki jest naturalna słabość wynikająca z końca kadencji. Macron nie dysponuje stabilną większością parlamentarną (to pokłosie 2024 roku, gdy rozwiązał parlament po wyborach do PE), która pozwoliłaby mu na swobodne i szybkie działania bez oglądania się na opozycję. Każdy jego krok jest dziś prześwietlany przez pryzmat nadchodzącej kampanii. Partnerzy koalicyjni zaczynają grać na siebie, a urzędnicy państwowi myślą o swojej przyszłości po erze Macrona.
Budzące się we Francji rewolucyjne nastroje wygasza się dziś poprzez przeczekanie i gaszenie punktowych pożarów, a nie za pomocą systemowych reform czy zdecydowanej siły. Emmanuel Macron chciałby przejść do historii jako reformator, który okiełznał francuski radykalizm. Jednak zegar nieubłaganie odlicza czas. 181 dni to zbyt mało, by wygrać wojnę z głębokimi podziałami społecznymi, ale wystarczająco dużo, by przez jeden fałszywy krok stracić we Francji wszystko.






