Koniec państwa opiekuńczego i pusta kasa we Francji? Moszyński tłumaczy
Koniec państwa opiekuńczego i pusta kasa we Francji? Moszyński tłumaczy Fot. naTemat

Licealiści, nauczyciele, chuligani w czarnych kapturach, skrajna lewica, debata o islamie, dług publiczny i zbliżające się wybory prezydenckie. Co naprawdę dzieje się we Francji i kto zaczął protesty? Piotr Moszyński w "Allegro ma non troppo" Jacka Pałasińskiego pokazuje Francję, której nie widać za obrazami ulicznych starć. I stawia gorzką diagnozę: państwo przestaje być zdolne do opieki, do której przyzwyczaiło obywateli.

REKLAMA

Płonące barykady przyciągają kamery. Uczniowie idący do ministerstwa upomnieć się o nauczyciela – już znacznie rzadziej. Ten kontrast jest kluczem do opowieści Piotra Moszyńskiego, dziennikarza i wieloletniego pracownika francuskiego radia RFI. W rozmowie z Jackiem Pałasińskim oddziela on szkolny protest od przemocy ludzi, którzy pojawiają się na jego obrzeżach.

Po za pytaniem o przywrócenie porządku na ulicach widzi jednak znacznie trudniejsze: co zrobić, kiedy obywatele domagają się rzeczy podstawowych, a państwo nie potrafi im ich zapewnić?

Nie uczniowie zaczęli

Według relacji Moszyńskiego protest rozpoczął się od nauczycieli jednego z podparyskich liceów. Po wakacjach okazało się, że brakuje osób do prowadzenia części lekcji. Do nauczycieli dołączyli uczniowie, a spór rozprzestrzenił się na kolejne szkoły publiczne.

– Wbrew wszelkim pozorom, zaczęli nauczyciele, a nie uczniowie. Zaczęło się od nauczycieli jednego z podparyskich liceów, którzy wrócili do pracy po wakacjach i stwierdzili, że po prostu części z nich brakuje. Nie ma komu wykładać niektórych przedmiotów i zaczęli protestować – opowiada Moszyński.

Dziennikarz podaje przykład maturzysty, który we wrześniu dowiaduje się, że nauczyciel matematyki pojawi się dopiero w lutym lub marcu. Egzamin ma zdawać w czerwcu. Trudno w takiej sytuacji oczekiwać, że brak lekcji uzna za zwykłą organizacyjną niedogodność.

Do tego dochodzi stan budynków. Moszyński przywołuje telewizyjny materiał, w którym uczeń naciska palcem ścianę, a z niej tryska woda. Pokazuje też toalety bez drzwi. W tej opowieści postulaty młodych ludzi mają bardzo konkretny wymiar: chcą uczyć się w warunkach, które powinny być oczywistością.

Barykady zasłoniły uczniów

Moszyński rozróżnia trzy zjawiska: protest szkolny, przemoc zorganizowanych grup oraz polityczne próby wykorzystania niezadowolenia. Wrzucenie ich do jednego worka sprawia, że za wszystkich zaczynają przemawiać obrazy najbardziej gwałtownych starć.

– Tymczasem kiedy zaczynają się te wydarzenia, które już wielu obserwatorów przyrównuje do partyzantki miejskiej, to te postulaty po prostu giną. Żadna kamera nie śledzi licealistów wybierających się do Ministerstwa Edukacji, żeby porozmawiać z tamtejszymi urzędnikami. To w ogóle nie jest spektakularne – zauważa.

Przywołuje scenę, która burzy prosty podział na protestujących i policję. Naprzeciwko szkolnej pikiety grupa zakapturzonych młodych mężczyzn zaczęła budować uliczną barykadę. Wówczas uczniowie ruszyli i ją rozebrali. Było ich więcej, więc budowniczowie barykady ustąpili.

To istotne rozróżnienie także dla oceny reakcji władz. Jeśli każdy uczestnik protestu zostanie utożsamiony z człowiekiem rzucającym kamieniami, zapewnienie szkole nauczyciela łatwo przedstawić jako ustępstwo wobec przemocy. W relacji Moszyńskiego właśnie taki zarzut pojawia się po ogłoszeniu pomocy dla szkół.

Pomoc dopiero po wyjściu na ulicę

Dziennikarz mówi o zapowiedzi skierowania ponad trzech tysięcy nauczycieli na zastępstwa. Decyzja, która miała łagodzić napięcie, otworzyła kolejny spór: skoro można było uruchomić takie wsparcie, dlaczego uczniowie musieli najpierw zaprotestować?

Rząd znalazł się więc pod podwójnym ostrzałem. Jedni pytają, dlaczego nie zadziałał wcześniej. Drudzy oskarżają go o nagradzanie ulicznych wystąpień. Tymczasem dodatkowi nauczyciele nie rozwiążą problemu zniszczonych budynków. Remonty wymagają czasu i pieniędzy, a presja na natychmiastowe efekty rośnie.

– Radykalizacja protestu sprzyja Francji Niepokornej Jean-Luca Mélenchona, która może przedstawiać się jako obrońca młodych. Uczniowskie żądania stają się wówczas częścią walki o władzę, choć od samego zaostrzenia tej walki w szkołach niczego nie przybędzie – ostrzega Moszyński.

Skąd na to pieniądze?

Najbardziej gorzka diagnoza pada pod koniec rozmowy. Moszyński widzi w szkolnym buncie sygnał wyczerpywania się możliwości francuskiego państwa opiekuńczego. Prawo do przyzwoitej szkoły nie budzi przecież większych wątpliwości. Problem zaczyna się przy rachunku ekonomicznym.

– Wszyscy dochodzą w pewnym momencie do ściany, na której jest napisane: A skąd, bracie, weźmiesz pieniądze? Tych pieniędzy nie ma – mówi.

W jego ocenie Francuzów czeka spór o to, z czego są gotowi zrezygnować, aby państwo mogło normalnie funkcjonować. Każda decyzja o oszczędnościach może wywołać kolejny protest. Każda partia może też obiecać, że ochroni obywateli przed cięciami proponowanymi przez konkurentów.

Doraźne uspokojenie ulic nie będzie zatem dowodem rozwiązania kryzysu. Moszyński obawia się pokusy przeczekania protestów do szkolnych ferii. Deszcz może rozproszyć pikiety, przerwa w nauce osłabić mobilizację, ale ani jedno, ani drugie nie sprowadzi nauczyciela do klasy i nie naprawi szkolnej ściany.

W całej rozmowie w "Allegro ma non troppo" Piotr Moszyński analizuje również zarzuty brutalności policji oraz tezę o religijnych inspiracjach protestów. Dostępna jest na górze strony oraz na naszym kanale YouTube pod tym linkiem.