zamieszki we Francji, Laurent Nuñez
Laurent Nuñez, architekt bezpieczeństwa w pułapce polityki Fot. Shutterstock

Zniszczone kamienice, płonące barykady na obrzeżach Pól Elizejskich, zdewastowane dzielnice mieszkaniowe wokół placu Clichy. W nocy z niedzieli na poniedziałek przez Paryż przetoczyły się kolejne zamieszki. Jak to możliwe, że w jednym z najlepiej uzbrojonych i przeszkolonych systemów policyjnych Europy dochodzi do aktów wandalizmu pod oknami bezbronnych mieszkańców? W centrum uwagi staje bezsilna policja i jedna postać: Laurent Nuñez.

REKLAMA

"Jestem odpowiedzialny za to, co się dzieje" – oświadczył Laurent Nuñez, francuski minister spraw wewnętrznych, przyznając, że w niektórych miastach doszło do "utraty kontroli". Po zamieszkach, do których doszło w weekend w całym kraju, Nuñez podał się do dymisji. Prezydent Francji Emmanuel Macron rezygnacji nie przyjął i – jak przekazał w poniedziek rano Pałac Elizejski – polecił ministrowi pozostać na stanowisku.

Zamieszki we Francji. Macron nie przyjął dymisji szefa MSW

Macron spotkał się z szefem MSW w niedzielę wieczorem. Mówił co prawda o "brakach w przygotowaniu i rozpoznaniu", ale uznał, że Nuñez powinien pozostać na stanowisku, aby zapewnić ciągłość dowodzenia w policji i służbach bezpieczeństwa. Francuski prezydent polecił też jak najszybsze opracowanie nowych metod przeciwdziałania fali przemocy. I to zadanie będzie karkołomne, ponieważ francuska policja wpadła w pułapkę.

Przez Francję (ale płonie nie tylko Paryż – fala protestów zalała kolejne duże miasta na Zachodzie, m.in. Mediolan i Brukselę) przelała się fala gwałtownych protestów i zamieszek wywołanych narastającym sprzeciwem wobec rosnących kosztów życia, wysokiej inflacji, rosnących cen żywności, podwyżek cen paliw oraz gorszych perspektyw dla młodzieży. Bunt młodych podpala Europę i manifestacje początkowo miały charakter pokojowy, lecz szybko przerodziły się w starcia z policją oraz akty wandalizmu.

Częściowe przyznanie się Nuñeza do odpowiedzialności i widoczny paraliż na ulicach Francji nie są jednak wyłącznie kwestią błędu w dowodzeniu. To efekt głębokiego, strukturalnego dylematu francuskij doktryny bezpieczeństwa. Wyznaczony do roli "odgromnika" Nuñez musi balansować między ryzykiem wywołania krwawej eskalacji a zarzutem całkowitej wstrzemięźliwości wobec wandali.

Laurent Nuñez, architekt bezpieczeństwa w pułapce polityki. Kim jest szef MSW Francji?

Aby zrozumieć pozycję, w jakiej znalazł się Laurent Nuñez (rocznik 1964), trzeba przyjrzeć się jego życiorysowi. Jest podręcznikowym przykładem państwowego technokraty. Od 12 października 2025 roku sprawuje funkcję ministra spraw wewnętrznych Francji. Karierę zaczynał jako urzędnik skarbowy, by po ukończeniu prestiżowej École Nationale d'Administration (ENA) wejść w struktury administracji terenowej.

Był podprefektem w podparyskim departamencie Seine-Saint-Denis oraz prefektem policji w Bouches-du-Rhône (Marsylia). Seine-Saint-Denis to rejon bezpośrednio graniczący z Paryżem, uznawany za jeden z najtrudniejszych w strukturze francuskiego MSW ze względu na nawarstwiające się problemy społeczne, przestępczość oraz wyzwania związane z integracją. Marsylia i otaczający ją departament Bouches-du-Rhône to z kolei kolejny strategiczny rejon, w którym jako szef tamtejszych służb Nuñez musiał mierzyć się z przestępczością zorganizowaną, w tym z wojnami klanów narkotykowych i handlem bronią.

Nuñez ma więc doświadczenie w terenowych punktach zapalnych. Dodatkowo, w latach 2017–2018 kierował Dyrekcją Generalną Bezpieczeństwa Wewnętrznego (DGSI), czyli francuskim kontrwywiadem, po czym został krajowym koordynatorem ds. wywiadu i walki z terroryzmem (CNRLT). Przejął funkcję Prefekta Policji w Paryżu w 2022 roku po Didierze Lallemancie, czyli postaci znanej z niezwykle twardej, kontrowersyjnej ręki wobec ruchu "żółtych kamizelek".

Nuñez miał być przeciwieństwem swojego poprzednika. Spokojny, pragmatyczny, chłodno analizujący ryzyko, zorientowany na deeskalację. Dziś bierze na siebie część winy za brak skutecznej ochrony obywateli i został umieszczony na linii ognia: ma gasić pożar społeczny środkami policyjnymi, nie posiadając przy tym przyzwolenia na użycie siły, która mogłaby ten pożar ugasić.

Dylemat doktrynalny francuskich służb

Podstawowym powodem powściągliwości francuskich służb jest ewolucja tzw. Schéma National de Maintien de l'Ordre (Krajowego Schematu Utrzymania Porządku). Po krytyce, jaka spadła na Francję za bilans podczas protestów żółtych kamizelek w Paryżu i innych miastach sprzed kilku lat (liczne przypadki utraty wzroku po użyciu wyrzutni LBD czy amputacje dłoni po wybuchach granatów hukowych), procedury zostały drastycznie usztywnione.

Służby otrzymały jasny sygnał: priorytetem jest uniknięcie jakiejkolwiek ofiary śmiertelnej lub ciężkiego uszczerbku na zdrowiu wśród manifestantów, zwłaszcza w sytuacjach, gdy dużą część tłomu stanowią nieletni i uczniowie szkół średnich.

Polityka deeskalacji stworzyła jednak ogromną lukę operacyjną. Grupy dewastujące miasta doskonale znają "czerwone linie" policji. Wiedzą, że dopóki nie szturmują bezpośrednio strategicznych budynków rządowych, dowódcy oddziałów CRS (francuskie oddziały policji państwowej) czy żandarmerii będą zwlekać z szarżą w ciasnej zabudowie mieszkaniowej. Unikanie bezpośredniego zwarcia chroni uczestników manifestacji, a przy okazji oddaje ulice i prywatny majątek obywateli na łaskę najbardziej agresywnych grup.

Taktyka "rozproszonego chaosu"

Drugim czynnikiem, który ujawnił bezsilność służb, jest całkowite niedostosowanie tradycyjnych taktyk policyjnych do formy współczesnych zamieszek. Francuskie siły bezpieczeństwa są skrojone pod reakcję na masowe i zwarte pochody. Tymczasem zadymiarze i grupy typu Black Bloc zastosowali taktykę mobilnego, rozproszonego "roju".

Zamiast ścierać się z kordonami, mniejsze, kilkudziesięcioosobowe grupy odłączają się i uderzają w osiedla mieszkaniowe, gdzie brakuje jakichkolwiek sił policyjnych. Po szybkich akcjach, takich jak podpalenie aut, dewastacja witryn sklepowych czy obrzucenie elewacji, następuje natychmiastowe rozproszenie się w bocznych uliczkach przed przyjazdem oddziałów BRAV-M (motocyklowych brygad policji). Ciężkie furgony żandarmerii nie są w stanie sprawnie manewrować w ciasnych uliczkach. Zanim oddział uformuje szyk i uzyska zgodę na użycie gazu łzawiącego, sprawcy są już co najmniej kilkaset metrów dalej.

W efekcie tysiące funkcjonariuszy stoi w zwartych kordonach wokół instytucji państwowych, podczas gdy kilkaset metrów dalej mieszkańcy na własną rękę próbują bronić swoich klatek schodowych i samochodów.

Co na to Nuñez? JJego zdaniem dyskusje o tym, jaki jest prawdziwy powód, dla którego Francja się pali, nie powinny pomijać odpowiedzialności "wandali, szabrowników i aktywistów skrajnej prawicy", którzy – jak stwierdził – chcieli "zabijać policjantów". Mówił też o "odpowiedzialności politycznej", którą – w jego opinii – ponosi skrajnie lewicowa partia Francja Nieujarzmiona (LFI). Zarzucił jej, że nie krytykuje wystarczająco aktów przemocy.

Kto naprawdę płaci za ten paraliż?

Nuñez i państwowi decydenci wykazują taktyczną wstrzemięźliwość, co prowadzi do niebezpiecznego pęknięcia społecznego. Cenę za brak twardej interwencji ponoszą zwykli mieszkańcy i przedsiębiorcy, w których lokale lecą koktajle Mołotowa.

Laurent Nuñez to wybitny ekspert od spraw bezpieczeństwa i wywiadu, skrępowany politycznym dylematem współczesnej Francji. Dopóki władze wykonawcze nie rozstrzygną podstawowego konfliktu między priorytetem wizerunkowej deeskalacji a fizycznym obowiązkiem przywrócenia porządku, francuska policja pozostanie potęgą na papierze, ale bezradną wobec sprytnej i bezwzględnej przemocy na ulicach.