
Ponad połowa okręgów sejmowych w Polsce wybiera dziś niewłaściwą liczbę posłów. W Warszawie na jeden mandat trzeba zebrać ponad dwa razy więcej głosów niż w Elblągu. Sejm chciał to naprawić, odbierając politykom wpływ na matematykę wyborczą, ale Karol Nawrocki postawił weto. To cyniczna gra na wynik wyborczy w 2027 roku.
Czy w demokratycznym państwie głos jednego obywatela może być wart dwa razy mniej niż drugiego? W Polsce to codzienność zabetonowana decyzją głowy państwa. Państwowa Komisja Wyborcza od lat ostrzegała, że Sejm łamie Konstytucję, ignorując migracje Polaków. Gdy parlament wreszcie uchwalił automatyczny mechanizm korygowania mandatów na podstawie twardych danych GUS, do gry wkroczył Karol Nawrocki.
Dlaczego Nawrocki zablokował konstytucyjną równość wyborów?
Prezydenckie weto chroni wyborcze bastiony PiS kosztem wielkich miast. Karol Nawrocki zawetował nowelizację Kodeksu wyborczego, która miała przywrócić konstytucyjną zasadę równej siły każdego głosu. W efekcie w wyborach parlamentarnych w 2027 roku w ponad połowie okręgów w kraju wybierzemy niewłaściwą liczbę posłów, a głosy milionów mieszkańców aglomeracji i przedmieść będą ważyć o połowę mniej niż głosy w wyludniających się regionach.
Decyzja zapadła przy okazji kolejnej legislacyjnej potyczki z rządem – Nawrocki rozegrał z Tuskiem kolejną bitwę na ustawy, a tym razem wynik to 8:3.
Kto zyskuje, kto traci?
Zgodnie z Konstytucją wybory do Sejmu muszą być proporcjonalne, co w praktyce oznacza prostą zasadę: jeden poseł powinien przypadać na określoną liczbę mieszkańców (tzw. norma przedstawicielska, wynosząca dziś ok. 78 tysięcy osób). Problem w tym, że od 2011 roku przydział mandatów w 41 okręgach w Polsce pozostaje zamrożony. Przez ostatnie 15 lat Polska przeszła gigantyczną migrację wewnętrzną.
Efekt? W wyborach w 2023 roku w Warszawie (obciążonej dodatkowo głosami ponad 600 tys. Polaków z zagranicy) na jeden mandat przypadało rekordowe 85,7 tysiąca oddanych głosów. Tymczasem w Elblągu poseł wchodził do Sejmu kosztem zaledwie 37,4 tysiąca głosów.
Skalę zjawiska, które za tym stoi, pokazują dane statystyczne. Jak wyliczaliśmy, demograficzny hamulec Polski działa tak, że populacja kurczy się szybciej, niż zakładano – na koniec roku było nas 37,3 mln, o 156 tys. mniej niż rok wcześniej.
Wyludnianie uderza zresztą nie tylko w ordynację. Opisywaliśmy, jak pętla na szyi gmin zaciska się przez depopulację, rujnując lokalne finanse i usługi publiczne.
Zobacz także
Błąd 2011 roku i weto Pałacu
Aż w 23 z 41 okręgów wyborczych podział mandatów narusza dziś prawo, przed czym Państwowa Komisja Wyborcza oficjalnie ostrzegała Sejm już czterokrotnie. Uchwalona niedawno nowelizacja miała ten węzeł gordyjski przeciąć. Zakładała całkowite odpolitycznienie procesu: to PKW, bazując wyłącznie na suchych danych GUS o ludności, miała w drodze obwieszczenia automatycznie korygować liczbę mandatów.
Karol Nawrocki zablokował tę zmianę wetem, powołując się na rzekomy zakaz zmieniania reguł gry na rok przed wyborami. To jednak wygodny pretekst – standardy konstytucyjne wymagają zachowania 6 miesięcy ciszy legislacyjnej, a korekta demograficzna nie miała nic wspólnego ze zmianą granic okręgów.
Partyjny rachunek zamiast Konstytucji
Prawdziwy powód decyzji jest czysto polityczny: wyludniające się regiony to tradycyjne bastiony Prawa i Sprawiedliwości, podczas gdy metropolie wybierają kandydatów koalicji. Odebranie mandatów prowincji na rzecz wielkich miast oznaczało realną stratę kilkunastu miejsc w Sejmie dla obozu prezydenta.
Karol Nawrocki wybrał partyjny rachunek zysków i strat kosztem Konstytucji. A to oznacza, że wybory 2027 roku odbędą się według zasad, które sama PKW uznaje za sprzeczne z prawem.






