
Co może zrobić Polak w Nowym Jorku, gdy do odlotu zostało mu kilka godzin? Ja postanowiłem sprawdzić, jak miewa się kolebka polskości w tym mieście. Greenpoint, legendarna dzielnica, gdzie na ulicy mówi się po polsku, kupuje polskie wędliny i pieczywo. Zamiast filmowego snu o sukcesie zastałem dzielnicę seniorów, którzy z nostalgią wspominają lata 80., i młodych, dla których Greenpoint stał się za drogi lub zbyt ciasny.
Wbrew powszechnym mitom na Greenpoincie nie kaleczy się języka ojczystego karykaturalnym "ponglishem". Tu mówi się czystą, żywą polszczyzną – od niedzielnego rosołu po siarczyste przekleństwa. Problem w tym, że mówią nią głównie ludzie mocno (i to bardzo mocno) po siedemdziesiątce. Oto moja podróż przez pękający w szwach, zardzewiały Nowy Jork do serca dzielnicy, która powoli staje się żywym muzeum.
Nowojorski kocioł i podróż w czasie
Kilka dni temu trafiłem służbowo do Nowego Jorku. Wszystko załatwiłem, do odlotu z lotniska w Newark miałem jeszcze dobrych kilka godzin. Zamiast koczować na terminalu z laptopem na kolanach, postanowiłem sprawdzić na własne oczy, jak dziś miewa się legenda. Legenda o Greenpoincie – mitycznej "Little Poland", o której przez dekady opowiadano w polskich domach jako o ziemi obiecanej, azylu i twierdzy naszej emigracji.

Żeby jednak w ogóle zrozumieć, czym jest Greenpoint, trzeba najpierw zrzucić z oczu filtr hollywoodzkich filmów i dotknąć prawdziwego Nowego Jorku. Brudnego, nierównego, często brzydko pachnącego.
Kilka dni wcześniej z lotniska JFK podjechałem kolejką AirTrain na stację Jamaica w Queens, skąd odjeżdżał mój autobus. Wysiadłem i w ułamku sekundy poczułem, jakbym wylądował… prosto na Karaibach. Rozejrzałem się po peronie i przystanku: byłem jedynym białym człowiekiem w zasięgu wzroku. W powietrzu unosił się zapach ulicznego jedzenia, dudnił bas z głośników, a wokół panował specyficzny, tropikalny luz i potworny bałagan.
Potem zaczęła się długa jazda autobusem przez Nowy Jork, który w przewodnikach zazwyczaj nie istnieje. To nie jest spójna metropolia. To poszarpany, kompletnie poplątany konglomerat stref przemysłowych, baz transportowych, magazynów, portowych doków i wciśniętych między nie kwartałów mieszkalnych. Przejeżdżałem przez ulice, które z przecznicy na przecznicę zmieniały swój kod kulturowy: mikroskopijne enklawy włoskie, chińskie, filipińskie, latynoskie.

Obok mnie usiadły trzy kobiety, które z absolutną swobodą, w pół słowa przechodziły z hiszpańskiego na angielski i z powrotem. Wsiadali Hindusi, Azjaci z najdalszych zakątków kontynentu, Ukraińcy, potomkowie dawnych fal migracji.
W tym gigantycznym mrowisku – w samym mieście mieszka blisko 8,8 miliona ludzi, a w całej metropolii nawet 18 milionów, czyli połowa Polski – widać coś jeszcze. Nowoczesność w Nowym Jorku zatrzymała się kilkadziesiąt lat temu.
Miasto dusi się we własnej infrastrukturze. Wąskimi gardłami są zardzewiałe mosty i tunele, wiecznie zakorkowane, budowane często na przełomie XIX i XX wieku. Średni wiek nowojorskiego mostu to dziś około 70 lat – większość z nich dawno przekroczyła zakładany czas eksploatacji, a co dziesiąty jest w stanie wymagającym natychmiastowego remontu. Dziurawe jak szwajcarski ser jezdnie, łuszcząca się farba na wiaduktach, wiecznie opóźnione metro i sypiące się elewacje.
Pośrodku tego zgrzytającego mechanizmu leży on – zielony punkt na mapie Brooklynu, oddzielony od błyszczącego szkłem Manhattanu zaledwie wstęgą East River.

"Trzymaj się, mamo". Język, który przetrwał bez skazy
Siedziałem w autobusie, gdy na jednym z przystanków drzwi otworzyły się i weszły dwie starsze panie, mocno po osiemdziesiątce. Jedna z nich od razu zaczęła głośno narzekać na pasażerów, którzy wchodzą tyłem i nie odbijają kart: "Ja płacę za przejazd, a oni po prostu wchodzą i jadą za darmo! Przecież to jest zwykłe złodziejstwo, to nieuczciwe!".
Mówiła czystą, nienaganną polszczyzną. Żadnego nowojorskiego zaciągania, żadnych karykaturalnych wstawek. Wiedziałem jedno: wjechałem na Greenpoint. I wiedziałem, że muszę tu wysiąść.

Przez lata w Polsce utarł się mit o "polonusach z Greenpointu", którzy po trzech miesiącach za oceanem mówią potworkiem językowym: "zaparkowałem kara na kornerze i idę na szopy do groserni". Nic bardziej mylnego. Przynajmniej nie dzisiaj.
Wbrew temu, czego się spodziewałem, język polski na ulicach Greenpointu brzmi zaskakująco naturalnie. Owszem, czasem ktoś wtrąci krótkie "I think" albo angielską nazwę ulicy, ale ludzie mówią tu pełnymi, poprawnymi zdaniami. Starają się mówić ładnie. A co najważniejsze – przeklinają z tą samą ojczystą swobodą, co na warszawskiej Woli czy łódzkich Bałutach.

Przechodzę obok dwóch mężczyzn wychodzących najwyraźniej do pracy:
– A co tam słychać u Mariuszka? – pyta jeden. – A daj spokój, odkąd wypie*dolił do miasta, to go prawie nie widuję – macha ręką drugi.
Kawałek dalej starsza kobieta idzie z telefonem przy uchu, głośno tłumacząc córce, że syn przyjeżdża z żoną na obiad, więc od rana nastawiła pyszny rosół i musi tylko dokupić świeżą włoszczyznę. Przed przystankiem niemłoda już kobieta ostrożnie prowadzi seniorkę o balkoniku. Pomaga jej wsiąść do autobusu, całuje ją czule w czoło i rzuca na pożegnanie: "Trzymaj się, mamo!".
Kawałek dalej polski zakład ślusarski. Jego szef tłumaczy klientowi, jak powinien włożyć wkładkę w drzwi, po polsku.

Tutaj polski nie jest egzotyką. Jest domyślnym tłem. Nie musisz się zastanawiać, w jakim języku zagadać. Możesz zjeść polski obiad, kupić polskie wędliny, polski chleb, soki, syropy. Pod ręką masz polską aptekę, prawników, lekarzy, zakłady pogrzebowe. Wchodzisz do dowolnego sklepu i mówisz "dzień dobry", słyszysz "dzień dobry". Nawet sprzedawca ubrań, który zdecydowanie (sądząc po kolorze skóry) Polakiem z pochodzenia nie był, pytał mnie "czi jakosz ci pomóc?". A obok starszy Polak negocjował z żoną przez telefon, jakie buty kupić wnuczce.
Na wystawie w księgarni są polskie nowości (jednej sam jeszcze nie czytałem), plakaty promujące polskie wydarzenia kulturalne i rozrywkowe. Legenda mówi, że wielu emigrantów sprzed wielu lat przetrwało w Nowym Jorku bez znajomości angielskiego. I choć nie wiem, czy jest w tym ziarno prawdy, to moim zdaniem jest to do osiągnięcia.

To zupełnie inne doświadczenie niż to, które opisują niektórzy emigranci z Europy Zachodniej. Pisaliśmy o tym w tekście "Macie takie rzeczy w Polsce?" – syndrom ekspata to hejt na ojczyznę, gdzie dystans do kraju bywa reakcją obronną.
Dzielnica, która posiwiała
Ale kiedy zetrze się tę pierwszą warstwę wzruszenia, przed oczami staje obraz dość smutny i melancholijny. Greenpoint drastycznie się zestarzał. Jeszcze w latach 70. i 80. XX wieku – w epoce emigracji solidarnościowej i kryzysu schyłkowego PRL-u – to miejsce tętniło biologiczną siłą. Młodzi, zdeterminowani ludzie z Polski przyjeżdżali tu z jedną walizką, brali każdą pracę na budowach i przy sprzątaniu, zakładali rodziny. W 2000 roku aż dwie trzecie wszystkich mieszkańców Greenpointu urodzonych poza USA stanowili Polacy.

Naprawdę mogłeś tu przeżyć całe życie bez znajomości angielskiego: polski rzeźnik, polski lekarz, polski prawnik, polska msza u św. Stanisława Kostki i polska gazeta kupowana rano w kiosku. Dziś ci ludzie mają po 70, 80 lat. I w większości zostali sami.
– Młodych mamy coraz mniej, proszę pana – usłyszałem od starszej pani, do której przysiadłem się na ławce w parku. Powiedziałem jej "dzień dobry", bo po prostu wiedziałem, że jest z Polski. Miała w oczach ten sam rys, który spotyka się na ławkach w Ciechocinku czy na krakowskich Plantach. Ani trochę nie zdziwiła się, że obcy facet zagaduje ją w jej ojczystym języku.
– Mój syn przeniósł się na Maspeth, bo tam spokojniej i taniej. Siostra kupiła dom w New Jersey. A Greenpoint? Proszę pana, Greenpoint to już w większości starzy ludzie. Kto miał siłę i pieniądze, ten uciekł.

Choć stan Nowy Jork wciąż jest największym skupiskiem Polonii w Ameryce (ponad 775 tysięcy osób deklarujących polskie pochodzenie), to sam Greenpoint przestał być jej demograficznym sercem. Dziś pod kodem pocztowym 11222 mieszka niespełna 6 tysięcy Polaków. Znacznie więcej mieszka ich dziś w Queens: w Ridgewood i Glendale (prawie 7 tysięcy) czy w Maspeth, gdzie Polacy stanowią ponad 16 procent wszystkich mieszkańców.
Podobną opowieść o przemijaniu starej emigracji zebraliśmy kiedyś w wywiadzie: polski emigrant z USA po 25 latach wrócił do Polski i opowiada, jak jest.
Walec gentryfikacji. Pomiędzy zapyziałością a nowojorskim snem
Dlaczego tak się stało? Odpowiedź ma jedno imię, które odmieniają przez wszystkie przypadki nowojorscy urbaniści: gentryfikacja.

Tuż za miedzą leży Williamsburg. Dawna, ponura dzielnica przemysłowa i magazynowa w ciągu ostatnich dwóch dekad przeszła niesamowitą metamorfozę. Stała się mekką artystów, młodych rekinów finansjery z Wall Street, hipsterów i deweloperów stawiających luksusowe apartamentowce z widokiem na panoramę Manhattanu. Czynsze wystrzeliły w kosmos.
I ten deweloperski walec powoli, ale nieubłaganie wjechał na Greenpoint.
Zobacz także
Większość polskich imigrantów z lat 80. nie została milionerami. Wykonywali ciężką, fizyczną pracę, wynajmowali skromne mieszkania w starych kamienicach z drewnianymi schodami.
Gdy właściciele budynków zorientowali się, że za kawalerkę po odmalowaniu mogą wziąć od młodego analityka z Manhattanu trzy albo cztery tysiące dolarów miesięcznie, los polskich lokatorów był przesądzony. Starszych ludzi chronią jeszcze resztki dawnych umów z kontrolowanym czynszem (rent control), ale ich dzieci nie miały tu czego szukać.

Większość polskich imigrantów z lat 80. nie została milionerami. Wykonywali ciężką, fizyczną pracę, wynajmowali skromne mieszkania w starych kamienicach z drewnianymi schodami.
Gdy właściciele budynków zorientowali się, że za kawalerkę po odmalowaniu mogą wziąć od młodego analityka z Manhattanu trzy albo cztery tysiące dolarów miesięcznie, los polskich lokatorów był przesądzony. Starszych ludzi chronią jeszcze resztki dawnych umów z kontrolowanym czynszem (rent control), ale ich dzieci nie miały tu czego szukać.

Greenpoint nie umarł, ale zmienił swoją rolę. Przestał być taranem polskiej emigracji, a stał się jej sentymentalnym archiwum. Młodzi Polacy w Nowym Jorku pracują dziś na Manhattanie, kodują w Google, obracają papierami w bankach inwestycyjnych i mieszkają w nowoczesnych loftach na Queensie albo w domach z ogródkiem w New Jersey. Mało kto marzy już o ciasnym pokoju przy Manhattann czy Nassau Avenue.
Co ciekawe, prąd płynie dziś również w drugą stronę – pisaliśmy, że 44 proc. młodych Polaków wciąż rozważa emigrację zarobkową, tyle że dzisiejsze kierunki wyglądają zupełnie inaczej niż przed czterdziestu laty.
Ale kiedy przychodzi pierwsza niedziela października i Piątą Aleją rusza Parada Pułaskiego, albo gdy trzeba załatwić poświadczenie notarialne, kupić prawdziwy chleb na zakwasie czy po prostu poczuć zapach domu – wszyscy i tak wracają tutaj. Na ten zardzewiały, nieco zapyziały, ale wciąż nasz kawałek Brooklynu.






