
"Robimy, nie gadamy". Ten slogan, który po raz pierwszy został użyty przez rząd Donalda Tuska w połowie 2025 roku, najwidoczniej strasznie mu się spodobał, bo koalicja używa go do teraz. Problem w tym, że gadać trzeba, tylko umiejętnie. A tego koalicji rządzącej niezmiennie brakuje. Błędy najwyraźniej widać w momentach wet prezydenta, które są dla rządu łatwą wymówką do porzucania swoich autorskich pomysłów. A powinno być zupełnie odwrotnie.
Zauważyliście, że gdy polityk z rządzącej ekipy jest pytany w mediach o to, co jego zdaniem im się nie udaje, to najczęstszą odpowiedzą jest: komunikacja? Jest to odpowiedź najprostsza i najwygodniejsza, bo odciąga uwagę od kwestii merytorycznych, do niezałatwienia których o wiele trudniej jest się przyznać.
Koalicja 15 Października przez pierwsze półtora roku rządzenia komunikację miała faktycznie beznadziejną, co przełożyło się na porażkę ich kandydata w wyborach prezydenckich. Po obsadzeniu wreszcie stanowiska rzecznika rządu osobą Adama Szłapki coś się ruszyło, ale moim zdaniem rząd wciąż popełnia w komunikacji ze społeczeństwem jeden zasadniczy błąd.
"Zawodzi komunikacja", czyli stary retoryczny numer
Ów błąd polega na tym, że kolejne przyjmowane ustawy (czy też kolejne zmiany wprowadzane poza ustawową procedurą) bardzo rzadko są tłumaczone społeczeństwu pod kątem tego, jak mają one poprawić ludziom życie. Weźmy pierwszy przykład z brzegu: nowelizacja ustawy o publicznym transporcie zbiorowym. Sejmowa większość przyjęła ją i zakomunikowano, że właśnie powstało narzędzie do walki z wykluczeniem komunikacyjnym.
I na tym przekaz rządu na ten temat się zakończył. Nie wytworzono żadnej presji na prezydenta, by ten ustawę podpisał. Więc Karol Nawrocki skorzystał z argumentów przeciwników, wytykających aktowi merytoryczne błędy, i całą reformę wyrzucił do kosza.
Problem w tym, że to weto nie zrobiło praktycznie żadnego wrażenia na opinii publicznej. Dlaczego? Bo nikt nie wiedział, co tak naprawdę ta ustawa ma zmienić. Abstrakcyjne hasła jak "marszałkowie integratorami transportu publicznego", "minimalny standard połączeń" czy "zmiana okresu na który zawierane będą umowy na przewozy" nic ludziom nie mówiły. Nawet jeśli intencje były dobre, a wprowadzane zmiany miały faktycznie polepszyć sytuację mieszkańców odciętych komunikacyjnie od świata, to Polacy z całą pewnością nie mieli świadomości tego, co naprawdę się zmieni.
Z wyborcami rozmawia się dziś inaczej
Gdyby w rządzie ktoś rozumiał nowoczesny sposób komunikacji ze społeczeństwem, to zaplanowałby wielką kampanię informacyjną opartą na konkretnych sytuacjach konkretnych ludzi żyjących w konkretnych miejscowościach.
Rolki, plakaty i spoty reklamowe powinny były zalać przestrzeń publiczną, pokazując jak przykładowa pani Teresa z małej wsi pod Przasnyszem wreszcie będzie mogła bezstresowo dojechać na grób swojego męża. Nie zrobiono tego, być może nie spodziewając się, że ustawa zostanie zawetowana. A jednak. I jedyne co po tym zostało, to ogólnikowe mówienie, że Karol Nawrocki zablokował walkę z wykluczeniem komunikacyjnym.
Inny przykład: deregulacja. Zaczęło się od nawiązania przez rząd współpracy z Rafałem Brzoską, który w imieniu przedsiębiorców zaproponował pakiet spraw, które warto zmienić. I sporą część tych postulatów wdrożono w życie. W lipcu informowano, że udało się to w przypadku aż 160 regulacji, komplikujących przez lata ludziom życie.
Co jednak z tego, skoro dla obywatela to tylko nic nie znacząca liczba? Rozumiem, że spora część prawnych modyfikacji dotyczy trudnych spraw natury fiskalnej czy urzędniczej, ale z całą pewnością o choć 1/10 z nich można było informować ludzi pod kątem tego jak dzięki rządowi ich codzienność zmieni się na lepsze. Mało kto jednak o tym pomyślał.
Brytyjski premier wie jak to się robi
I to jest dobry moment, żebym zabrał was na chwilę na Wyspy Brytyjskie. Od wakacji Wielką Brytanią rządzi Andy Burnham. Wieloletni burmistrz Wielkiego Manchesteru objął premierowską tekę po Keirze Starmerze, który swoją niepopularnością prawie zatopił swoją Partię Pracy.
Wydawało się, że przed Burnhamem jest misja z rodzaju niemożliwej: odbudować poparcie i odsunąć perspektywę przejęcia władzy przez brexitowych populistów. A jednak – w ciągu zaledwie kilku miesięcy poparcie dla laburzystów wzrosło z 18% do 28%, co dało powrót na pierwsze miejsce i zepchnięcie Reform UK Nigela Farage na pozycję numer 2.
Zobacz także
Co sprawiło, że Burnham tak szybko odbudował popularność swojej partii? Pomysł na jego rządzenie jest banalnie prosty. Premier Wielkiej Brytanii od początku kreuje się na człowieka, który naprawia drobne problemy swoich obywateli. O wszystkim opowiada w social mediach. Wystarczy przejrzeć instagramowe konto szefa brytyjskiego rządu, żeby zobaczyć przykłady.
"Zbyt wielu kierowców dostaje niesprawiedliwe mandaty na prywatnych parkingach. Zmieniam to. Teraz każdy będzie miał darmowe 10 minut, żeby zdążyć z nich wyjechać" – opowiada na rolce z 20 października. "Wszyscy wpadamy w dziury w drogach. Cykliści, przedsiębiorcy, rodzice rozwożący dzieci do szkoły. Dlatego inwestujemy w 7000 mil dróg, by nie tylko łatać dziury, ale też nie pozwolić na kolejne" – mówi Andy Burnham w klipie o nazwie "Złe wieści dla drogowych dziur".
Takich mini-pomysłów jest cała masa. Na przykład zapowiedź zmiany zasad obowiązujących w liniach lotniczych, które często kasują spore pieniądze od ludzi tylko za to, żeby ci mieli gwarancję siedzenia obok swojego bliskiego. Burnham zapowiada likwidację takich opłat (tu akurat pomaga mu w tym nieobecność Wielkiej Brytanii w UE).
Jak na Wielką Brytanię przystało, są też zapowiedzi zmian na lepsze w pubach. Premier wprowadza nowy system weryfikacji wieku, dzięki czemu ich młodsi, ale już pełnoletni użytkownicy nie będą odprawiani z kwitkiem, jeśli zapomną z domu dokumentu tożsamości. Drobiazg? Może, ale przy dużej ich ilości zaczyna to robić wrażenie na ludziach. I tak dalej, i tak dalej.
Donald Tusk też się chwali, ale nie tym czym powinien
Na razie Brytyjczycy to kupują, choć oczywiście przyjdzie moment, gdy okaże się, że drobne sprawy to jedno, a walka z fatalną sytuacją gospodarczą kraju to o wiele większa para kaloszy. Nie zmienia to faktu, że tak właśnie powinno budować się nowoczesną komunikację polityczną.
Polski rząd tego nie robi. Premier Donald Tusk ma nieźle prowadzone konto na Instagramie, ale zbyt mocno skupia się w nim na śmiechostkach, opowiadaniu o kolejnych rankingach w których Polska pnie się do góry czy ogłaszaniu następnych wielkich zakupów dla armii. Ludzi jednak mało obchodzą ratingi, a poczucie bezpieczeństwa szybko pryska, gdy tylko jakiś dron naruszy polską przestrzeń powietrzną. Dlatego rządowa komunikacja jest często tak nieskuteczna.
Często, ale nie zawsze. W przypadku ustawy paliwowej wykorzystano mechanizm wykazania jak zmieni się na lepsze codzienność Polaków, i on oczywiście zadziałał. Ludzie uwierzyli, że zmiana w prawie wpłynie na obniżenie cen paliwa, dlatego Karol Nawrocki uznał, że z opinią publiczną walczyć nie może. Pytanie czy ekipa Tuska wyciągnie wnioski z tej sytuacji na przyszłość? Idzie rok wyborczy, w trakcie którego oddawanie ważnych tematów walkowerem może okazać się politycznie zabójcze.
A przecież właśnie teraz przyjmowane są kolejne zmiany wpływające na codzienne życie Polaków. Jak choćby obowiązkowe wynagrodzenie dla stażystów. Jasne, już oprotestowane przez organizacje przedsiębiorców, ale co z tego, przecież jeśli już przyjmuje się takie zmiany, to trzeba je komunikować z pełną mocą, nie oglądając się na krytykę. Tak, żeby podpis ustawy przez prezydenta wywołał entuzjazm u ludzi, "bo tym razem udało się przebić wetomatową barierę". To też dobra taktyka na rzecz rozważań o wecie – o wiele trudniej odmawia się podpisania ustawy, na którą czekają Polacy.






