
Adrian Zandberg i Aleksandra Owca ogłosili, że Partia Razem w 2027 roku wystartuje do Sejmu na własny rachunek. Po rozłamie z Nową Lewicą, utracie połowy posłów i marginalizacji w parlamencie, liderzy partii uznali krakowski wynik Owcy za przepustkę do wielkiej polityki. Stara lewica wyciąga kalkulatory i sprawdza: czy to groźba czy próba samounicestwienia?
Kiedy współprzewodnicząca Razem zdobyła niecałe 7 proc. w przedterminowych wyborach na prezydenta Krakowa, w partii wystrzeliły korki od szampana. Dość upokorzeń ze strony rządu Tuska i złośliwości Włodzimierza Czarzastego – partia zdecydowała o wystawieniu w następnych wyborach własnych list w całym kraju. Tusk i Czarzasty chyba odetchnęli z ulgą.
Partia Razem trzaska drzwiami. "Wyjechali na naszych plecach, a teraz sabotują".
Adrian Zandberg wraz z nową współprzewodniczącą partii Aleksandrą Owcą postanowili wymierzyć Włodzimierzowi Czarzastemu karę ostateczną. Podczas briefingu pod Wawelem padła oficjalna deklaracja: w wyborach parlamentarnych w 2027 roku Partia Razem nie chce mieć ze Zjednoczoną Lewicą nic wspólnego i wystartuje całkowicie samodzielnie.
Jeśli teraz rozglądacie się za lupą, by zobaczyć skalę poparcia dla tej partii, macie rację. Co więc skłoniło polityków do porzucenia wygodnej pozycji u boku Nowej Lewicy i wzięcia się do pracy?
Paliwem do tej nagłej demonstracji siły stały się przedterminowe wybory prezydenta Krakowa z 27 września 2026 roku. Aleksandra Owca, startując z własnego komitetu, zajęła w nich czwarte miejsce z wynikiem 6,91 proc. (17 684 głosy).
W partii uznano to za epokowy triumf: Owca pokonała kandydatkę oficjalnej Nowej Lewicy Darię Gosek-Popiołek (4,81 proc.), która jesienią 2024 roku opuściła szeregi Razem, by pozostać w klubie Włodzimierza Czarzastego. W oczach Zandberga i Owcy te niecałe 18 tysięcy krakowskich głosów to glejt uprawniający do rzucenia wyzwania całemu duopolowi i utarcia nosa dawnym partyjnym towarzyszom z Wiejskiej.
Druga sprawa to fakt, że towarzysze z Wiejskiej mają dość tzw. razemitów. Partia wjechała do parlamentu na plecach starej lewicy, ale odmówiła współpracy w ramach koalicji i nieustannie podgryza ugrupowanie przewodzone przez Czarzastego. Czara goryczy musiała się w końcu przelać.
Sytuacja przypomina trochę dowcip, w którym jeden pracownik mówi do drugiego: jeśli szef nie zmieni zdania, to odchodzę z firmy. A co powiedział? – pyta drugi. – Że odchodzę z firmy.
4 posłów i żebranie o podpisy
Za buńczucznymi zapowiedziami Zandberga o "walce o dwa mandaty w samej Małopolsce" kryje się jednak ponura rzeczywistość parlamentarna. W wyborach w 2023 roku cała formacja Zjednoczonej Lewicy zdobyła 8,61 proc. głosów (26 posłów w Sejmie), z czego Partia Razem wprowadziła ośmioro posłów i dwie senatorki. Jednak po wejściu lewicy do rządu Donalda Tuska partia Zandberga wybrała wygodną pozycję: odmówiła wejścia do gabinetu, zarzucając brak gwarancji budżetowych na mieszkalnictwo i ochronę zdrowia, ale jednocześnie przez rok tkwiła we wspólnym klubie.
Gdy w październiku 2024 roku doszło do rozłamu, partia pękła na pół. Bardziej pragmatyczna frakcja pod wodzą Magdaleny Biejat, Doroty Olko, Joanny Wichy i Darii Gosek-Popiołek uznała, że ważniejsza jest realizacja programu w rządzie, i została w koalicji. Zandberg został z partyjną ortodoksją. Po późniejszym odejściu Pauliny Matysiak Koło Poselskie Razem skurczyło się do zaledwie czterech osób. To Adrian Zandberg, Marcelina Zawisza (szefowa koła), Maciej Konieczny i Marta Stożek.
Efekt? Kompletny paraliż. Zgodnie z art. 32 Regulaminu Sejmu, aby wnieść poselski projekt ustawy, potrzeba podpisów co najmniej 15 posłów (lub całej komisji). Czteroosobowe koło Razem nie może samodzielnie złożyć do laski marszałkowskiej absolutnie niczego. A jak już wymyślą jakiś projekt, to tygodniami zbierają pod nim podpisy posłów z innych partii.
Partia próbuje więc działać na poziomie samorządowym – przykładem jest inicjatywa, którą opisywali dziennikarze InnPoland: nowy podatek w Warszawie, bo Partia Razem zakończyła zbiórkę podpisów pod projektem uchwały o tzw. martwych mieszkaniach.
Zobacz także
Na plecach SLD do Sejmu, potem sabotowanie
Włodzimierz Czarzasty od miesięcy nie gryzie się w język. Szef Nowej Lewicy wielokrotnie w kuluarach i wywiadach narzekał na razemitów, określając ich mianem politycznych pasożytów, którzy potrafią wyłącznie przeszkadzać, marudzić i sabotować żmudną pracę w trudnej koalicji czterech partii.
Zarzut pod adresem duetu Zandberg–Zawisza powtarza się w obozie rządzącym jak mantra: wyjechaliście do parlamentu na plecach Lewicy.
To struktury terenowe dawnego SLD, aparat partyjny i fundusze wyborcze Czarzastego w 2019 i 2023 roku wzięły na siebie ciężar kampanii, podczas gdy liderzy Razem dostali biorące "jedynki" i "dwójki" w wielkich miastach. Gdy mandaty były już w kieszeni, a subwencja podzielona, Razem zaczęło zachowywać się jak recenzent z loży szyderców: krytykowało każdy kompromis budżetowy, atakowało ministrów własnego klubu i stroiło się w piórka jedynych sprawiedliwych.
Widmo 2015 roku: ambicje kontra próg wyborczy
Decyzja (mocno zresztą wymuszona) o wystawieniu własnych list w całym kraju to dla Razem rosyjska ruletka. Działacze partii zaklinają rzeczywistość, wspominając krakowską zbiórkę podpisów i bezpośrednią agitację gazetek. Ale ogólnokrajowe wybory parlamentarne to zupełnie inna skala logistyczna.
Wystawienie list we wszystkich 41 okręgach wymaga zebrania setek tysięcy podpisów, zorganizowania struktur w małych miasteczkach (gdzie Razem praktycznie nie istnieje) i przekroczenia progu 5 proc. dla partii. Sondaże dają dziś formacji Zandberga poparcie w granicach 3,5–4 proc.
Politycy koalicji przypominają Zandbergowi rok 2015. Wtedy partia Razem również poszła sama, zdobywając 3,62 proc. głosów. Do Sejmu nie weszła, ale odebrała poparcie Zjednoczonej Lewicy Barbary Nowackiej i Leszka Millera, która zdobyła 7,55 proc. i nie przekroczyła 8-procentowego progu koalicyjnego. Efekt? Lewica całkowicie wypadła z Sejmu na cztery lata, a PiS zdobyło pierwszą w historii III RP samodzielną większość.
Przed takim scenariuszem ostrzegali zresztą komentatorzy zaraz po krakowskim głosowaniu, co relacjonowaliśmy w tekście: festiwal zaklinania rzeczywistości w Krakowie, PiS świętuje wyborczą… klęskę.






