
Ludzie lubią sprawiać wrażenie oczytanych, ciekawych, bystrych, kompetentnych i przede wszystkim – inteligentnych. Stało się to potężnym walorem, który często opłaca się symulować.
Sprawa "udawanego IQ" jest dość problematyczna. Nauka interesuje się przede wszystkim kontekstem maskowania deficytów intelektualnych w ujęciu lekkiej niepełnosprawności. Jest tam kilka bardzo ważnych wątków do uwzględnienia – w tym lęk przed odkryciem niepełnosprawności przez inne osoby, poczucie nieadekwatności wobec otoczenia czy kosztowna psychicznie konieczność (z wcześniej wymienionych powodów) udawania, że wszystko jest w porządku – ale raczej nie są to kwestie ciekawe dla dużej puli odbiorców.
No bo w końcu takie "zarządzanie wrażeniem" dotyczy też osób, które na skali inteligencji nie plasują się wyraźnie po żadnej ze stron rozkładu (tj. większości osób). IQ stało się jednak tak pożądanym zasobem, że "symulowanie go" może przynosić wymierne korzyści relacyjne i zawodowe. Wydaje mi się, że widać to przede wszystkim w przestrzeni "intelektualnego starcia", czyli w dyskusjach. Tam bardzo dobrze widać kilka zachowań, których motywacją może być chęć "napuszenia" ego IQ.
Co więc robią osoby, które chcą wyglądać na inteligentniejsze, niż są w rzeczywistości?
Bardzo prostym sposobem symulowania inteligencji jest przyjmowanie nadmiernie sceptycznych postaw. Choć wiele tematów da się zamknąć w ramach "to zależy", w praktyce często sceptycyzm przechodzi do unikania ryzyka związanego z obroną własnego światopoglądu, jednocześnie doskonale naśladując rozwagę i głębię, która wiązana jest z inteligencją.
Taki sceptycyzm może być związany również z silnym pesymizmem (bo przecież tylko głupi może być szczęśliwy). Negatywna perspektywa wymaga znacznie mniej zasobów do obrony niż perspektywa pozytywna. Kwestionowanie jest łatwiejsze z perspektywy erystycznej niż wykładanie spójnej listy zalet i szeregu statystyk wspierających dane stanowisko. Zresztą pozycja "atakującego" w ogóle jest łatwiejsza.
Jeszcze łatwiej jest jednak samozwańczo umieścić się w roli arbitra, który symetrystycznie twierdzi: "obie strony mają trochę racji". To pozycja niemal omnipotentna – daje całkowitą kontrolę nad dyskusją bez żadnego własnego wkładu w rozumowanie.
No a jak poznać, że ktoś symuluje inteligencję?
Kiedy ktoś próbuje manipulować autoprezentacją, zazwyczaj oznacza to, że jest to dla niego kwestia ważna. Kiedy stawka rośnie, tezy stają się nie tylko elementem wymiany światopoglądowej, lecz także kwestią tożsamościową. A to może powodować bardzo konkretną reakcję w związku z krytyką jako taką, ale również z krytyką merytoryczną (np. odnoszącą się do przywoływanych statystyk, a nie samego rozumowania). Jest to reakcja ostra, nieproporcjonalnie emocjonalna, a czasem wręcz agresywna. Mówimy tu przede wszystkim o odpowiedzi na akt zarzutu, nie jego treść.
Jedna ze sztuczek maskowania kompetencji polega też na przerzucaniu kosztu weryfikacji danego faktu na rozmówcę, np. przez częste używanie sformułowań: "poczytaj o tym", "to dobrze udokumentowane", jednocześnie umniejszając jego kompetencjom. W takiej sytuacji warto tymczasowo odegrać rolę osoby szczerze zainteresowanej doedukowaniem się w danej dziedzinie i poprosić osobę, która przerzuca na nas ten koszt, by wyjaśniła w dwóch zdaniach, o co chodzi, skoro jest tak biegła w dziedzinie.
W dyskusjach występuje także pewien "wytrych". Długie rozmowy zawierają wiele wątków i wymagają doskonałej sprawności poznawczej, by móc "utrzymać" je wszystkie w zasięgu umysłu. Osoby udające wysoki poziom inteligencji mogą szybciej się męczyć, łatwiej gubić istotę dyskusji i w większym stopniu skłaniać się ku przekazom emocjonalnym.
Udawanie można także rozpoznać w szerszej perspektywie – np. w powtarzającym się repertuarze argumentów, który regularnie pojawia się w narracji danej osoby, nawet jeśli mówimy o dużej rozbieżności tematycznej. Taka zdolność łączenia wątków może być świadectwem bardzo wysokiej sprawności intelektualnej, jednak anegdotki muszą mieć głęboki sens w różnych kontekstach, a nie być oklepanym, "leniwym" wzorcem.
Dalsza część artykułu poniżej.
Zobacz także
Czy IQ w ogóle ma znaczenie?
Kult inteligencji ma się świetnie. IQ stało się cnotą absolutną, którą ostatnio na sztandary wynoszą nawet niektórzy politycy, tacy jak Donald Trump, oraz influencerzy, którzy uwielbiają prostą kategoryzację ludzi. Takie przesycenie dyskusji intelektem to problem, który sam się napędza. Problem nierozwiązywalny.
Wysoka inteligencja, którą może się wyróżniać jedynie część społeczeństwa, jest atutem deficytowym i nie powinna być źródłem kryzysów tożsamościowych u osób, które nie są nim obdarzone. Jednocześnie wpływ samego IQ na status życia, skuteczność zawodową i satysfakcję jest słabszy niż wielu innych, mniej popularnych w infosferze cech.






