
Jak ujawnia francuski dziennik "Le Monde", od 9 do 22 listopada na poligonie w Nowej Dębie odbędą się manewry wojskowe tzw. koalicji chętnych. Blisko 3 tys. żołnierzy z Francji, Wielkiej Brytanii, Niemiec i kilku innych państw zachodnich przetestuje w Polsce scenariusz zabezpieczenia pokoju w Ukrainie. Cel jest strategiczny: pokazać Moskwie, że Europa ma realną siłę do ochrony zawieszenia broni.
"Bezprecedensowe ćwiczenia wojskowe" – tak francuski "Le Monde" określa listopadowe manewry koalicji państw wspierających Kijów. Polska stała się hubem tej operacji, sojusznicy omijają oficjalną machinę decyzyjną Sojuszu Północnoatlantyckiego. To szkolenie ma dać Europie narzędzia do realnego zagwarantowania bezpieczeństwa za naszą wschodnią granicą.
Polska bazą dla (nie)obcych armii. Grunt pod misję w Ukrainie
Po niemal dwóch latach dyplomatycznych szczytów, deklaracji poparcia, wyrazów oburzenia, apeli i gabinetowych negocjacji europejska pomoc dla Kijowa wchodzi w zupełnie nowy, ściśle militarny wymiar. Na poligonie w Nowej Dębie na Podkarpaciu odbędą się pierwsze w historii manewry wojskowe tzw. koalicji chętnych (Coalition of the willing). O tym, że koalicja chętnych zdecydowała o ćwiczeniach w Polsce, premier Donald Tusk informował już latem.
W ramach tej operacji na terytorium Polski pojawi się blisko 3 tysiące żołnierzy w mundurach obcych armii. Cel? Przygotowanie i przetestowanie zdolności europejskich sił zbrojnych do zorganizowania misji wojskowej w Ukrainie po wypracowaniu ewentualnego zawieszenia broni lub zakończeniu działań wojennych.
Koalicja chętnych została sformowana na początku 2025 roku jako format zrzeszający państwa zdeterminowane do udzielania Kijowowi bezpośrednich gwarancji bezpieczeństwa. Obecnie grupa liczy 37 państw – w większości europejskich, ale współpracują z nią także sojusznicy spoza kontynentu, m.in. Kanada, Japonia czy Turcja. Listopadowy zjazd na Podkarpaciu zgromadzi kontyngenty z blisko dziesięciu zachodnich stolic.
Najliczniej reprezentowane będą armie Francji oraz Wielkiej Brytanii, które od początku pełnią rolę politycznych i wojskowych liderów tego formatu. Do Nowej Dęby swoje pododdziały wysyłają Niemcy, Holandia, Belgia, Hiszpania, Szwecja, Litwa i Estonia. W manewrach bezpośredni udział wezmą żołnierze i oficerowie Sił Zbrojnych Ukrainy.
W manewrach weźmie udział około 500 polskich żołnierzy, których zadaniem będzie zabezpieczenie całego zaplecza technicznego, logistycznego oraz teleinformatycznego ćwiczeń.
Co na to NATO? NATO na to nic
Jednym z najważniejszych ustaleń dziennikarzy "Le Monde" jest status prawno-operacyjny manewrów. Kwatera Główna NATO w Brukseli została oficjalnie poinformowana o planowanych działaniach, jednak Sojusz Północnoatlantycki jako instytucja nie bierze w nich bezpośredniego udziału.
To świadomy zabieg: uruchomienie misji stabilizacyjnej w ramach oficjalnych struktur NATO wymagałoby jednomyślności wszystkich 32 członków Sojuszu, co dawałoby łatwe weto państwom sceptycznym wobec wspierania Ukrainy lub rodziło ryzyko paraliżu decyzyjnego w Waszyngtonie.
Działając jako suwerenna "koalicja chętnych", europejskie stolice omijają biurokratyczne bariery i tworzą mechanizm reagowania niewymagający powoływania się na Artykuł 5 NATO. Ma to znaczenie, bo Putin wysyła Europie groźny sygnał – zachodnie wojska w Ukrainie gotów jest uznać za cele.
Zobacz także
Zamiast czołgów – logistyka i polowanie na drony
Jak zaznacza francuska prasa, osoby oczekujące widowiskowych szarż czołgów i salw rakietowych będą rozczarowane. Charakter ćwiczeń w Nowej Dębie odzwierciedla realia nowoczesnego pola walki i specyfikę planowanej misji zabezpieczającej.
Główne punkty manewrów obejmują trzy filary. To po pierwsze procedury dowodzenia (command & control), czyli zgranie systemów łączności i struktur sztabowych oficerów z dziesięciu armii, operujących w różnych językach i na odmiennym sprzęcie. Drugą ważną sprawą są korytarze logistyczne. Chodzi o przetestowanie mechanizmów szybkiego, transgranicznego przemieszczania ludzi, zaopatrzenia, paliwa i części zamiennych z głębi Europy Zachodniej przez Polskę ku granicy z Ukrainą.
Kolejnym kluczowym elementem taktycznym ma być walka z dronami (anti-drone warfare). Doświadczenia z frontu ukraińskiego pokazują, że żadna misja stabilizacyjna nie przetrwa bez szczelnej tarczy antydronowej. Żołnierze będą ćwiczyć wykrywanie, zagłuszanie radioelektroniczne i fizyczne niszczenie rojów bezzałogowców kamikadze. To lekcja ważna także dla nas – jeszcze niedawno media alarmowały, że "polskie wojsko jest ślepe i głuche" wobec małych dronów nad bazami.
Dlaczego Nowa Dęba na Podkarpaciu i jaka jest rola Warszawy?
Wybór Nowej Dęby – drugiego co do wielkości poligonu wojskowego w Polsce – był w ocenie "Le Monde" całkowicie naturalny. Po pierwsze, Podkarpacie leży w bezpośrednim sąsiedztwie granicy ukraińskiej, co pozwala testować logistykę w warunkach maksymalnie zbliżonych do rzeczywistych. Po drugie, nasza armia – a Polska chce mieć największą armię w Europie – dysponuje unikalną infrastrukturą szkoleniową (w tym zaawansowaną bazą wybudowaną wspólnie z Norwegami), w której od miesięcy szkoleni są ukraińscy żołnierze.
Władze w Warszawie zadeklarowały pełne udostępnienie infrastruktury, lotnisk i poligonów, stawiając jednak twardą, czerwoną linię polityczną: Wojsko Polskie nie wyśle swoich oddziałów lądowych do udziału w przyszłej misji stabilizacyjnej wewnątrz Ukrainy. Rola Polski ma sprowadzać się do bycia hubem logistyczno-technicznym i bezpiecznym zapleczem sojuszników. Już na początku dyskusji o misji było jasne, że w sprawach Ukrainy Donald Tusk będzie się kierował bezpieczeństwem Polski.






