
Koniece jednego z bardziej nerwowych i nieprzewidywalnych posiedzeń Rady Polityki Pieniężnej w tym roku. Przy Świętokrzyskiej ważyły się losy kosztu pieniądza w Polsce, a wraz z nimi wysokość comiesięcznych rat setek tysięcy polskich rodzin spłacających kredyty hipoteczne.
Choć oficjalne wskaźniki inflacji w październiku przyniosły pozorne uspokojenie, członkowie RPP do ostatniej minuty mierzyli się z dylematem: zignorować rosnącą presję kosztową w przemyśle i zaostrzenie kursu przez Fed i EBC, czy wcisnąć hamulec bezpieczeństwa.
Huśtawka nastrojów. Dlaczego listopad był tak trudny?
Listopadowe posiedzenie Rady Polityki Pieniężnej (3–4 listopada 2026 r.) od tygodni elektryzowało ekonomistów, analityków bankowych i rynki walutowe. W przeciwieństwie do poprzednich miesięcy, kiedy konsensus rynkowy był niemal jednomyślny, tym razem dyskusja wewnątrz Rady toczyła się w warunkach skrajnej niepewności makroekonomicznej.
Z jednej strony pojawiły się dane dające przestrzeń do oddechu, z drugiej – pod powierzchnią zaczęły tykać bomby z opóźnionym zapłonem, które mogły zmusić bank centralny do natychmiastowej reakcji.
Zobacz także
Pułapka taniego paliwa kontra realia przemysłu
Kluczowy spór dotyczył interpretacji najświeższych danych Głównego Urzędu Statystycznego. Wstępny szacunek inflacji CPI za październik wykazał spadek wskaźnika do 3,5 proc. r/r (wobec 4,1 proc. we wrześniu), co sprowadziło inflację idealnie do górnej granicy dopuszczalnego pasma odchyleń od celu NBP (2,5 proc. +/- 1 pkt proc.). Dla części gołębio nastawionych członków Rady był to koronny argument za wstrzemięźliwością. Szybko okazało się jednak, że ten odczyt ma drugie, znacznie bardziej niepokojące dno:
Świat zacieśnia politykę, złoty pod presją
Rada Polityki Pieniężnej nie obradowała w próżni. Ogromny wpływ na kalkulacje decydentów miało to, co w ostatnich tygodniach działo się w bankach centralnych po obu stronach Atlantyku.
Amerykańska Rezerwa Federalna (Fed) podniosła przedział stóp procentowych do poziomu 3,75–4,00 proc., a Europejski Bank Centralny wywindował stopę depozytową do 2,50 proc. Zmniejszenie różnicy stóp między Warszawą a Frankfurtem i Waszyngtonem natychmiast zaczęło ciążyć notowaniom polskiego złotego.
Słabsza waluta to droższy import paliw, gazu, elektroniki oraz komponentów przemysłowych, co stanowi bezpośredni impuls proinflacyjny.
Do tego dochodzi krajowa polityka fiskalna – projekt ustawy budżetowej na 2027 rok z deficytem całego sektora finansów publicznych na poziomie 7,1 proc. PKB oznacza, że strumień państwowych pieniędzy wciąż mocno zasila popyt w gospodarce.
Co to oznacza dla portfeli kredytobiorców?
Dla milionów osób spłacających złotowe kredyty mieszkaniowe oparte o wskaźniki WIBOR lub WIRON, to posiedzenie było momentem prawdy. Okres beztroskiego oczekiwania na szybkie i bezbolesne obniżki stóp procentowych dobiegł końca. Niezależnie od natychmiastowego kierunku dzisiejszej decyzji, układ sił w polskiej gospodarce mocno się zmienił.
Przestrzeń do luzowania polityki monetarnej została definitywnie zamknięta na wiele miesięcy. Każdy, kto planuje zaciągnięcie nowego kredytu hipotecznego lub spłaca dotychczasowy, musi brać pod uwagę scenariusz, w którym raty pozostaną na podwyższonym poziomie przez cały 2027 rok, a ryzyko ich skokowego wzrostu w przypadku noworocznego szoku paliwowego jest w pełni realne.
Wraz z decyzją rynki poznają najnowszy raport o inflacji i PKB przygotowany przez analityków NBP. To właśnie ten dokument pokaże, jak eksperci banku centralnego widzą ścieżkę cen w Polsce po wygaśnięciu tarcz osłonowych.
Przekaz płynący z tegorocznego listopadowego posiedzenia jest jednoznaczny: polska gospodarka znalazła się na zakręcie, a walka o stabilność cen i siłę nabywczą portfeli wkracza w najbardziej skomplikowaną fazę.






