logo
1 Dywizja Pancerna gen. Maczka w Haddington, 1943. Fot. Wikimedia Commons / domena publiczna

yy

REKLAMA
Muzeum zwycięstwa, nie klęski
/ Fot. Wikimedia Commons / domena publiczna
Oburzenia planami ministra Piotra Glińskiego dotyczącymi przekształcenia budowanego od ośmiu lat Muzeum II Wojny Światowej w Gdańsku w instytucję o wiele węższym zasięgu - Muzeum Westerplatte i Wojny 1939 roku, nie kryją już nie tylko historycy, ale i kombatanci. Właśnie wyrazili swój protest na zebraniu Rady Kombatantów i Osób Represjonowanych Województwa Pomorskiego.

– Muzeum miało pokazywać globalny wymiar wojny i udział w niej polskich żołnierzy, którzy walczyli przecież na wszystkich frontach. Planowana ekspozycja muzeum ma pokazywać działania Polaków na całym świecie, ich heroiczną walkę w bitwie o Tobruk, pod Monte Cassino, działania lotników polskich w walce o Anglię. Muzeum miało pokazywać również wielkie zwycięstwa, nie tylko klęski – podkreślił por. Henryk Bajduszewski, były żołnierz 2 Korpusu Polskiego gen. Władysława Andersa.

Trudno nie przyznać weteranom racji, bo powstające od lat nowoczesne muzeum miało chwalić polski czyn zbrojny, który trwał niemal 6 lat! Tymczasem wizja resortu kultury ograniczy narrację historyczną placówki wyłącznie to 1939 roku. Czego z nowego muzeum się nie dowiemy?

Norweski triumf
/ Fot. Wikimedia Commons / ilustracja z książki "Tułaczy ślad" (2001)
Minęło zaledwie nieco ponad pół roku od klęski w kampanii 1939 roku, a Polacy znów porządnie dali się Niemcom we znaki. Tym razem daleko od okupowanej ojczyzny, w Skandynawii.

Od kwietnia do czerwca 1940 roku nasi żołnierzy z 1 Samodzielnej Brygady Strzelców Podhalańskich, do spółki z alianckimi sojusznikami, z powodzeniem rywalizowali z Niemcami o norweski port Narwik. To było pierwsze polskie zwycięstwo od feralnej jesieni 1939 roku. Po opanowaniu portu polscy żołnierze zostali ewakuowani drogą morską do Francji. Nie złożyli broni.

Sukces "Orła"
/ Fot. NAC
Kiedy żołnierze przywiązani do tradycji Podhala odnosili triumf na lądzie, na morzu świetnie radził sobie polski ORP "Orzeł". Jego wojenne losy okrywa tajemnica, ale zasług tego najnowocześniejszego ówcześnie polskiego podwodnego okrętu, nie sposób przecenić.

Po spektakularnym wyrwaniu się z internowania w Estonii we wrześniu 1939 roku, możliwe było ponowne wypłynięcie na szerokie wody. Niewątpliwie zasługą "Orła" było zdemaskowanie niemieckich planów dotyczących inwazji na Norwegię. Polacy dokonali tego dzięki zatopieniu statku "Rio de Janeiro" transportującego żołnierzy Wehrmachtu. W maju 1940 roku "Orzeł" wypłynął w ostatni, jak się okazało tragiczny, rejs. Nie wiadomo do końca w jakich okolicznościach i gdzie zatonął.

Królowie nieba
/ Fot. Wikimedia Commons / lic. PD-POLAND
O tym, że polski żołnierz brylował w czasie II wojny światowej nie tylko na lądzie, ale i w powietrzu, wiemy ze szkolnych lekcji języka polskiego. Książkę Arkadego Fiedlera poświęconą słynnego Dywizjonowi 303 przerabiał chyba każdy uczeń, choć w podniebnym zmaganiach o Wielką Brytanię od lipca do października 1940 roku uczestniczyły jeszcze trzy inne polskie pododdziały lotnicze w strukturze RAF-u (a powstało ich na Wyspach kilkanaście).

To jednak słynny Dywizjon 303 odnotował wówczas najwięcej zestrzeleń ze wszystkich jednostek alianckich - aż 126 zniszczonych maszyn nieprzyjaciela. Łącznie Polacy w Bitwie o Anglię zestrzelili ponad 200 samolotów niemieckich, a co najmniej kilkadziesiąt uszkodzili.

Na libijskiej pustyni
/ Fot. Wikimedia Commons / domena publiczna
Polacy walczyli mężnie, niezależnie od kontynentu, na jakim się znaleźli. Także w Afryce, a konkretnie w Libii. Sytuacja była jednak niezwykle trudna - pustynny klimat nie był sprzyjający, na dodatek alianci broniący przez wiele miesięcy twierdzy w Tobruku zostali przez Niemców całkowicie odcięci od świata. Walczyli z nie byle kim, bo legendarnym Afrika Korps pod dowództwem "Lisa Pustyni" gen. Erwina Rommla.

Zacięte walki o Tobruk trwały od kwietnia do listopada 1941 roku. Polscy żołnierze z 1 Samodzielnej Brygady Karpackiej gen. Stanisława Kopańskiego przedostali się do Libii z terenów Palestyny; oddział utworzono natomiast w Syrii. W przyjściu brytyjskiej odsieczy jesienią 1941 roku udało się wreszcie przerwać niemieckie oblężenie. Twierdza została obroniona. Polskim sukcesem było wzięcie do niewoli wielu jeńców.

Piekło na włoskiej ziemi
/ Fot. Wikimedia Commone / domena publiczna
To była jedna z najtrudniejszych polskich misji w czasie II wojny światowej. Wydawałoby się, że zdobycie górującego nad okolicą masywu i wielowiekowego klasztoru to zadanie niewykonalne, ale zacięta walka w połączeniu z krwawymi ofiarami, w końcu przyniosła efekt. Potrzeba było jednak wielu miesięcy poświęcenia żołnierzy aż dziesięciu narodowości, w tym m.in. Nowozelandczyków czy Hindusów.

Kluczową rolę w "Bitwie Narodów", jak czasem nazywana jest wielomiesięczna batalia o Monte Cassino, odegrali żołnierze z 2 Korpusu. Przed przystąpieniem do natarcia, zaplanowanego na 11 maja 1944 roku, dowódca napisał w rozkazie: „Zadanie, które nam przypadło, rozsławi na cały świat imię żołnierza polskiego”. Generał Anders nie pomylił się. Tydzień później o Polakach mówiono z uznaniem w częściowo wyzwolonej Europie. Nasi zatknęli na szczycie biało-czerwoną flagę, a hejnał mariacki obwieścił wielkie zwycięstwo.

Pancerni wyzwoliciele
/ Fot. NAC
Około 1800 kilometrów - taką trasę pokonali żołnierze z 1 Dywizji Pancernej dowodzonej przez gen. Maczka, zanim z dumą zatknęli polskie flagi na terytorium Niemiec. Na kontynent przedostali się z Wielkiej Brytanii, a następnie - walcząc w Normandii, przez Holandię i Belgię, znaleźli się w "jaskini lwa". 5 maja 1945 roku, a więc na trzy dni przed oficjalną kapitulacją III Rzeszy, zdobyli niemiecką bazę marynarki wojennej w Wilhelmshaven.

O ile miejscowa ludność obawiała się zemsty Polaków, to mieszkańcy okupowanej Francji czy Belgii, a szczególnie Holendrzy, witali naszych wyzwolicieli jak prawdziwych bohaterów. Polski dowódca musiał nawet zakazać przyjmowania prezentów ofiarowywanych w dowód wdzięczności, aby nie opóźniać marszu! Nic więc dziwnego, że wielu podwładnych gen. Maczka osiadło po wojnie w "drugiej ojczyźnie", głównie w Bredzie.